czwartek, 30 kwietnia 2015

3. Damn, who knew.

Kim jesteś, Mil?
Jack szepnął jej coś na ucho, a ona się roześmiała. Właściwie, lepsze w tym przypadku byłoby określenie: kąciki jej ust uniosły się do góry, odsłaniając jednocześnie wnętrze jej jamy ustnej i na tym koniec. Wtedy mnie dostrzegła. Wtedy złapałem z nią pierwszy kontakt wzrokowy. Przeniosła spojrzenie z mojego ciała na twarz Wojtka, po czym znów zawiesiła wzrok na mnie. Wyglądała na zmieszaną, ale nieprzerwanie patrzyła na mnie swoimi wielkimi niebieskimi oczami, a ja nie chciałem być gorszy i nie kończyłem tej chwili. Były piękne, naprawdę, widziałem w nich chyba ocean, chociaż to przecież tak koszmarne porównanie.
Mimo że biła od niej niesamowita pewność siebie, one, te oczy, zdradzały jej przestraszoną duszę i prawdziwą naturę. To wszystko dało wyczytać się, nawiązując tylko krótki i niezobowiązujący kontakt wzrokowy. Zauważyłem to ja - zwykły ślepiec, który nie widzi otaczającej go prawdy – Aaron Ramsey. Jej oczy się nie śmiały, dlaczego nikt więcej tego nie zarejestrował? Dlaczego Wojtek, Jack czy Alex bezkarnie próbowali ją rozśmieszyć, chociaż ich próby były zbędne? One nic nie zmieniały. Wciąż stała, czasami tylko unosząc kąciki ust do góry. Grała. A ja nie wiedziałem kim jest. I jeżeli mam być w pełni szczery to dowiadywać się nie chciałem.
Przytłoczony spojrzeniem przyjaciół zrobiłem krok do przodu. Nie macie pojęcia jak bardzo nie chciałem go stawiać, bo momentalnie w mojej głowie pojawiła się myśl żeby uciekać, żeby zwiać póki jeszcze mogę. To takie idiotyczne. Przecież prawda jest taka, że nic się nie stało, że życie dalej toczy się swoim osobistym tempem, a ja normalnie, jak co dzień albo co tydzień przyjeżdżam do przyjaciela napić się piwa, pograć w fifę lub po prostu z nim pogadać. Dlatego mój umysł powinien być pusty. A nie był taki ani przez chwilę.
Równe sześć minut walczyłem sam ze sobą, przemierzając odległość 12 metrów.
-Rozumiem, że jesteś kontuzjowany, ale stary, ile można pokonywać drogę od bramy do drzwi? – Krzyknął Wojtek i roześmiał się, a wszyscy zaraz za nim. To nie było śmieszne, lecz wręcz żenujące i przytłaczające. Opuściłem ręce wzdłuż ciała, a na mojej twarzy pojawił się lekki grymas, który w zamierzeniach miał przekazywać co najmniej: tak, Wojtek, mów dalej i być delikatnym uśmiechem, ale na nich się skończyło. Nie potrafiłem wykrzesać z siebie nic więcej. – Nie krzyw się tak, bo nie robisz za dobrego wrażenia.
A czy ja chciałem robić jakiekolwiek wrażenie?
-To jest Milie, moja przyjaciółka. – Przymknąłem delikatnie oczy w duchu śmiejąc się z tego określenia. – Przez jakiś czas będzie wiernym kompanem mojego życia.

Dlaczego się pojawiłaś, Mil?
Poukładałem swój świat na nowo, a przynajmniej próbowałem to robić i byłem już na dobrej drodze. Wylałem solidne fundamenty, na których codziennie budowałem jakiś rąbek swojego świata. Cegła za cegłą, krok po kroku dokładałem jeden pojedynczy element do swojego dzieła, który w przyszłości miał być częścią czegoś wielkiego i solidnego. Nie zburzyłaś tego tamtego dnia, aż tak wielka nie byłaś, ale zachwiałaś wszystkimi postanowieniami i planami, które uznawałem za ważne.
Nie potrafiłem się uśmiechnąć. Nie potrafiłem zdobyć się na ten jeden wcale nie trudny krok, bo on oznaczałby, że cię akceptuję, a przecież było wręcz przeciwnie. Pragnąłem żebyś zniknęła, bo nie pasowałaś do tych marzeń, kłębiących się w mojej głowie. Nie pasowałaś do otoczenia i osób, okalających mnie do tej pory. Nie pasowałaś do nas, do ludzi zżytych ze sobą jak nitka z igłą, jak długopis z kartką, zdolnych poświęcić dla siebie wszystko, począwszy od zdrowia a skończywszy na życiu.
-A-aron. – Odpowiedziałem, na chwilę się zacinając po wypowiedzeniu pierwszej litery mojego imienia. – Miło mi cię poznać.
Powinienem dostać Oscara w kategorii: Najbardziej zakłamany sportowiec 2013 roku.

Dlaczego jesteś Mil?
Pytanie, które wtedy przemykało przez wieczność bez odpowiedzi. Pytanie, które niszczyło moją psychikę na każde możliwe sposoby. Pytanie, które prowadziło na skraj wytrzymałości. Wieczne pytanie. Nie chciałem już pytać. Chciałem śnić. Śnić, śnić, śnić.

-Nie boję się wracać pamięcią do zdarzeń, które ulokowane zostały gdzieś w przeszłości. Ale fakt, ostatnio wspominam coraz rzadziej. Ostatnio uciekam od tego najdalej jak tylko mogę, uciekam od tego tak przeraźliwie bojąc się, że ten obraz pojawi się przed moimi oczami i nie będzie chciał mnie zostawić, a ja już jestem przerażony. Mówią, do jasnej cholery, że każdego dnia wspomnienia coraz bardziej blakną, a u mnie jest przeciwnie, u mnie one z każdą minutą stają się coraz wyraźniejsze.

Zapomniałem się. Znów byłem dzieckiem na wycieczce w Penarth. Odłączyłem się od grupy i przybiłem piątkę z podstarzałym już przewodnikiem, który był dla mnie istnym wzorem, opowiadającym z nutką tajemniczości historię miasta. Wbrew pozorom i mimo młodego wieku - ciekawiła mnie. Chłonąłem każde jego pojedyncze słowo jakby było ono potrzebne do sprawnego funkcjonowania czy życia, a ten widząc moje zainteresowanie, przekazywał nam coraz bardziej szczegółowe informacje, chociaż przecież doskonale powinien zdawać sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy w stanie ich spamiętać.
Byliśmy dziećmi. I właśnie dlatego nie zdawaliśmy sobie sprawy z konsekwencji naszych kroków czy ruchów. Byliśmy nieodpowiedzialni, ale przecież jakie normalnie dziecko jest rozsądne?
Znowu się oddalałem. Nie tylko od grupy, ale również od całego zewnętrznego świata. Podszedłem do wysokiej siatki i mocno ścisnąłem jej zielone elementy, wywołujące czerwone ślady, które do dziś zdobią moje dłonie. Nie tylko one. Nie tylko one, Mil, prawda? Po mojej prawej dłoni skapywały krople szkarłatnej substancji. Przyłożyłem dłoń do twarzy i poczułem metaliczny zapach krwi. Byłem przerażony - nie wiedziałem co się ze mną dzieję, ale nie odważyłem się krzyknąć, bo bałem się odpowiedzialności czy kary, która mogła mnie w przyszłości spotkać. Otarłem tylko skórę materiałem bluzki i znów zacisnąłem dłonie na siatce. To bolało, a wręcz niszczyło, ale przecież już wspominałem – nie byłem normalnym dzieckiem.
Powinienem nigdy więcej jej nie dotknąć, prawda? Powinienem uciec jak najdalej od niej, bo zrobiła mi krzywdę, zraniła, skrzywdziła, a tymczasem ja nie zareagowałem. Wciąż ją zaciskałem.
I wtedy właśnie na mojej prawej dłoni pojawiły się pierwsze blizny. Wtedy właśnie po raz pierwszy ujrzałem tę małą skazę, która przyczynia się do ludzkiego istnienia. Wtedy właśnie pojąłem, że wszystko w życiu zostawia ślady. Wtedy zrozumiałem, że wspomnienie tej chwili zostanie ze mną już na zawsze i zawsze będę pamiętać tamten moment nie tylko ze względu na to, że ją poznałem, że doceniłem jej piękno – piękno piłki, ale również dlatego, bo pozostały we mnie pamiątki. Te małe prostopadłe linie, przecinające wewnętrzną stronę mojej prawej dłoni, na które patrzeć muszę każdego dnia. Linie, które udowadniają mi, że czasami warto zaryzykować, że czasami warto sięgać po coś więcej.

-Te linie są dla mnie ważne. To nie jest tak, że kiedykolwiek chciałem się ich pozbyć, nie chciałem na nie patrzeć, być może o nich zapomnieć czy coś w tym stylu. Oglądam tę dłoń zawsze kiedy wątpię, rozumie Pani? Kiedy w mojej głowie włącza się taka mała, czerwona lampeczka ja odkładam sok czy kubek z herbatą i rozcieram lewą ręką wewnętrzną stronę mojej drugiej dłoni. Te blizny są cholernie ważne. I nie żałuję ani jednej chwili z tamtego dnia. Gdybym miał możliwość powtórzenia jeszcze raz popołudnia 11 sierpnia tamtego roku to nic by się nie zmieniło. Właściwie, nie opłacałoby się tego robić.
-Ale to nie jedyne blizny, które zdobią twoją prawą rękę, prawda?
-Tak, to nie jedyne blizny, które zdobią moją prawą rękę.

Izolowałem się. Karcący wzrok mojego taty nie pozwalał mi wyjść z domu. Miałem ochotę krzyczeć, zacząć płakać i uderzać z całych sił pięściami w jego ciało, ale to nie przyniosłoby większego efektu, więc zaprzestałem dalszych kłótni. Spuściłem głowę i po prostu wyszedłem z salonu, a następnie udałem się do swojego pokoju, który powoli zaczynał mnie przytłaczać sam w sobie.
Byłem nastolatkiem, uczącym się w gimnazjum. Buntownikiem, pokrzywdzonym przez świat, otoczenie i ludzi, który nie zasługiwał na życie. Jak bardzo nastolatek musi nienawidzić samego siebie by twierdzić w tak młodocianym wieku, że nie zasługuje na życie? Jak wiele krzywd musi znieść by przetrwać, by się uodpornić? Ja byłem gówniarzem który podobno ma wszystko - dom, pieniądze, rodzinę, szkołę, ale nie miałem ludzi. Nie miałem koło siebie ludzi, którzy naprawdę mnie kochali, którzy oddaliby zdrowie, mogąc pójść za mną w ogień w przypadku problemów. Nie znałem głosu, który zaprowadziłby mnie na właściwe tory. Miałem tylko piłkę, tylko ją, nauczycielkę pokory, która sprawiła, że odnalazłem w sobie sens, odnalazłem nadzieję, odnalazłem swoją ostoję.
W wieku szesnastu lat do mojej głowy wbiła i zakorzeniła się w niej myśl, że jestem panem świata, że osiągnę wszystko, że jestem jedyny. To ona wybudziła mnie ze złudzenia. To ona sprowadziła mnie na ziemię. To ona udowodniła, że na razie jestem nikim – zwykłym gówniarzem z marzeniami, ale kto może zabronić mi marzyć? Marzenia trzymają mnie przy życiu. Marzenia powodują, że mam po co wstawać, po co budzić się każdego ranka i zasypiać każdej nocy. Marzenia budują moje życie, kształtują mój charakter, czynią lepszym Aaronem Ramseyem, więc dlaczego mam się bać marzyć? Dlaczego mam przed nimi uciekać skoro to dzięki nim, dzięki codziennym słowom: będę najlepszy jestem tutaj? Na Emirates?

-Jakie teraz są twoje marzenia?
-Ja już nie mam marzeń.

You are my Arsenal! My only Arsenal! – rozbrzmiewało w około. To była pieśń tak piękna i tyle znacząca, że pragnąłem by nigdy się nie kończyła, by kibice śpiewali ją już zawsze. Ona pozwalała mi odciąć się od wszystkiego i przeżywać wspólnie z kibicami te szczęśliwe chwile, na które czekaliśmy tyle czasu.
Zajmowałem jedno z wielu czerwonych krzesełek na stadionie po brzegi wypełnionym ludźmi uśmiechającymi się od ucha do ucha, przeżywając każdą chwilę na swój własny i magiczny sposób Czy żałowałem? Oczywiście, że tak. Nie mogłem im pomóc, nie mogłem ani razu kopnąć czarno-białej footbolówki, nie mogłem dotknąć wilgotnej od londyńskiej pogody trawy, ale oni radzili sobie z tym wszystkim cudownie, wygrywali, a to było najważniejsze i przede wszystkim rekompensowało mi każdą chwilę spędzoną w jej towarzystwie.
Siedziałem z nią biodro w biodro, a jej dotyk był dla mnie na tyle niekorzystny, a wręcz irytujący, że momentami miałem ochotę po prostu stamtąd wyjść mimo niesamowitego oddania swojej drużynie. To przekraczało granice mojej wytrzymałości, a przecież odporny byłem bardzo. Co takiego ona w sobie miała?
-Jeżeli masz jakiś problem, a obydwoje wiemy, że masz to, to po prostu powiedź. – Urwała, delikatnie zagryzając dolną wargę. Tak jakby wciąż biła się z tym co chcę powiedzieć. Już od samego wejścia na stadion toczyła wewnętrzną walkę ze swoimi myślami, a po odejściu Wojtka była ona na tyle poważna, że momentami jej oczy podchodziły łzami. Sądząc, że nie zauważam tego wszystkiego, a zauważałem, lecz mało mnie to obchodziło, szybko mrugała oczami, udając, że niespodziewanie jej telefon jest ważniejszy niż cały ten mecz. A to nonsens – w jej oczach była miłość do Arsenalu Londyn. - Czy to takie trudne?
Nie potrafiłem wydusić z siebie żadnego zdania, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że to konieczne. Nie chciałem dać jej tej satysfakcji - satysfakcji, ze ma rację. Nie chciałem żeby otrzymywała to co chciała. Nie byłem przecież drugim Wojtkiem, który spełnia każdy jej kaprys. Nie ukrywam, że bardzo zdziwiła mnie swoimi słowami.
Nie wiem jak do tego doszło, ale obydwoje staliśmy. Górowałem nad nią wzrostem, będąc wyższy praktycznie o głowę. Nigdy wcześniej nie dostrzegłem tej różnicy. Patrzyła mi prosto w oczy, a ja robiłem dokładnie to samo. Tliły się w nich iskierki złości, ponieważ ta rozmowa nie toczyła się w sposób taki jaki przez dziewięćdziesiąt minut meczu rysowała sobie w głowie. Mrugała bardzo rzadko, ale kiedy już to robiła, pojawiał się w nich strach. Strach przemieszany ze złością.
-Kim ty niby jesteś? – Wydusiłem z siebie, właściwie wcale nie poruszając wargami, które bardzo mocno zaciskałem. Przybliżyłem się do niej na tyle blisko, że praktycznie dotykałem biodrami jej brzucha. Była przestraszona, tak – to strach wypełnił jej spojówki całkowicie płosząc z nich, jeszcze kilka sekund temu czającą się w nich złość. Spuściła wzrok.
-Masz życiowy plan uprzykrzyć mi życie?
Tym pytaniem zbiła mnie ze wszystkiego, ale faktycznie – dało mi ono do myślenia. Czy rzeczywiście tak było? Czy naprawdę w mojej głowie jakiś czas temu pojawił się idealny scenariusz planu, według którego próbowałem uprzykrzyć jej życie? W jakiś stopniu właśnie to miałem na celu. W jakimś stopniu to była jedna z pierwszych myśli, które pojawiły się w mojej głowie tamtego sierpniowego popołudnia na parkingu przed domem Wojtka, ale nie w dominującym. Nie byłem chyba aż takim sukinsynem.
-Nie pochlebiaj sobie. – Wysyczałem, drwiącym tonem głosu. Stała oniemiała. Miałem wrażenie, że gdyby nie moja prawa ręka przytrzymująca jej talię to by upadła. Pozwoliła sobie na chwilę słabości, pokazując jednocześnie, że uderzyłem tak, że zabolało. Kilka sekund później zagryzała już dolną wargę, udając, że tego wszystkiego co zdarzyło się dosłownie przed chwilą tak naprawdę nie było. Prawda była taka, że nie oczekiwałem na odpowiedź. Nie wymagałem jej. Chciałem pokazać, że jestem mocniejszy, silniejszy, ważniejszy. Odszedłem.
Przekroczyłem próg tunelu i przybiłem piąstkę ze stojącym obok Colinem, po czym wziąłem od niego małą butelkę wody, którą zachęcająco wyciągał w moją stronę. Uśmiechnąłem się, dostrzegając iskierki szczęścia czające się w jego oczach, uszczypnąłem go w lewe ramie, a on poczochrał moje włosy jak starszy opiekun czy ojciec dumny ze swojego syna. Objąłem go i kilkukrotnie poklepałem w plecy, a on wciąż się śmiejąc, popchał mnie do przodu, niespodziewanie znikając w tłumie.
Przyłożyłem plastik do ust. Po zaczerpnięciu kilku łyków rześkiej wody wszystko spadło na mnie w przeciągu jednej, malutkiej milisekundy, rozgniatając mnie w miejscu. Bo widzicie, zdałem sobie sprawę z głębokiego sensu i znaczenia rozmowy przeprowadzonej kilka minut wcześniej na zapełnionych po brzegi trybunach Emirates Stadium i tego jak bardzo straciłem w jej oczach, w oczach ich. Coś zakuło mnie w okolicach klatki piersiowej i poczułem jak moje nogi odmawiają mi posłuszeństwa do tego stopnia, że z wrażenia automatycznie położyłem prawą rękę na szafce, opierając na niej cały ciężar ciała. Przetarłem twarz dłonią, marząc by to wszystko, każde słowo i gest, każdy ruch i każde nienawistne spojrzenie, którym ją obdarzyłem okazało się snem, ale wiedziałem, że to niemożliwe i czułem się z tym okropnie.

-Wypominałem sobie to tysiące razy, ale teraz to już nieważne, liczą się tylko te pozytywne i szczęśliwe chwile. Tamta była jedną ze szczęśliwszych w moim życiu. Nie najszczęśliwszą, zdecydowanie nie najszczęśliwszą, ale jedną ze szczęśliwszych. W gruncie rzeczy, do tej pory nie potrafię znaleźć najszczęśliwszej chwili mojego życia i idealnie jej wyszlifować w swoich wspomnieniach, ale wiem, że ona już miała swoje miejsce. To największe szczęście do którego dąży się przez całe życie już miało miejsce, dla mnie ono było.

-Ramsey, złotko. – Popatrzyłem na Lucasa, który minął mnie, a następnie chwycił za szyje i wymachiwał przed oczami do połowy opróżnioną butelką szampana. – Gdzie ty byłeś, kiedy ciebie nie było?
-Zapytaj Wojtka. – Szepnąłem ledwo słyszalnie, głośno wypuszczając z płuc powietrze. Spojrzał na mnie pytającym spojrzeniem, ale szybko zrezygnował z doszukiwania się w mojej mimice czegoś co mogłoby przykuć jego uwagę i wciągnął mnie za krawat do szatni.

Pół godziny później zajmowałem wygodny fotel tuż przy szklanym stoliku w salonie Wojtka, trzymając w dłoni kolejne już gorzkie piwo i zachwycałem gości opowieściami, które obrazowały wszystkie największe wpadki poszczególnych członków naszego zespołu. Śmiałem się do rozpuku, dosłownie, do rozpuku, ale to była wina tylko i wyłącznie buzującego w mojej krwi alkoholu. Udawałem, że bawię się doskonale, że nie dostrzegam, że gospodarz, siedzący na kanapie ze znudzeniem przyglądający się tym wszystkim wydarzeniom, odpływa. Nie potrafiłem nie zarejestrować tego małego i nic nieznaczącego dla otoczenia szczegółu, który mnie z kolei przerażał. Nie miałem przecież pewności wokół czego jego myśli krążą i czy aby na pewno nie zaczynało się to i nie kończyło na niej. Dałbym dosłownie wszystko żeby miał w głowie obraz tej stuprocentowej akcji Torresa, którą wybronił dzisiejszego popołudnia lub faul na Oscarze, ale nie ją. Wszystko, ale nie ją, bo to oznaczałoby, że znaczy dla niego rzeczywiście więcej niż wszystkim się wydawało. Że to nie jest tylko durny wymysł jego chorej wyobraźni.
-Milie, chodź do nas. – Powiedział Wojtek niespodziewanie wyrwany ze swojego świata. Wyciągnął w jej kierunku nawet lewą rękę, ale ona nie zrobiła ani kroku.
-Nie będę wam przeszkadzać. – Szepnęła, osiągając swój cel. Zakłuło mnie to. Uderzyło prosto we mnie, sprawiając, że mój policzek parzył, bo wydawało mi się, że kilka sekund temu przyjął cios prosto z tej jej delikatnej dłoni.
I poczułem się wtedy jeszcze gorzej. Gorszej niż w tym zatłoczonym tunelu, kiedy prawie traciłem oddech. Gorzej niż na wypełnionym po brzegi stadionie Arsenalu Londyn. Miałem ochotę się gdzieś schować, uciec. A jeszcze gorzej poczułem się, patrząc w jej tęczówki, w które patrzeć tak naprawdę nigdy nie chciałem, bo bałem się ujrzeć to co ujrzeć musiałem. Nie wiem, może zdawałem się jej być lepszym człowiekiem?
Patrzyła na mnie z drugiego końca pokoju, mrużąc mocno oczy, a ja czułem, że mogłaby mnie wręcz przeszywać i patrzyć tym wzrokiem, gdyby nie cienka i przezroczysta tafla, która nas dzieliła – jej łzy. Słone krople wydostawały się z jej zamazanych i szklących się oczu, niszcząc jej delikatny i nieskazitelny dotąd makijaż. Czułem się fatalnie, patrząc wprost na nią, ale nie byłem na tyle odważny by oderwać wzrok i odejść. To zabawne – zabrakło mi odwagi. Odwagi. Mogłem stracić wszystko – pewność siebie, klasę, lecz nie odwagę. Nie ją. Byłem nikim, bo przecież sam tę sytuację zbudowałem i wytworzyłem, a teraz brakowało mi odwagi. To takie niepodobne do mnie.
Trwaliśmy tak – ja oparty o framugę drzwi, starałem się grać rozluźnionego i niewzruszonego, ona mimo wszelkich starań nie potrafiła powstrzymać łez, które jeszcze wciąż pojedyncze, wydostawały się na zewnątrz jej organizmu. Miałem wrażenie, że każdy patrzy na nas jak na istoty z innej planety, których zachowanie zdecydowanie odbiega od tego ziemskiego i zwyczajnego dla nich. Czekałem aż ktoś to przerwie, ktokolwiek.
Zrobił to Wojtek, a ja od razu pożałowałem, że użyłem słowa ktokolwiek. Cholernie żałowałem, bo on znów patrzył na nią tym swoim czułym i uwielbionym wzrokiem, a mnie obdarzył jedynie takim, w którym ciskał w moją stronę piorunami, jakby chciał zabijać. Zraniłem jego Milie. Jego sprzeczną samej sobie, przestraszoną Milie.
Zraniłem ją.

3 komentarze:

  1. Po każdym rozdziale tutaj przypominam sobie, dlaczego nie powinnam pisać. I nic więcej już nie powiem.

    PS, Adka, jedno moje małe ale: zapełnionych po brzegi trybunach Emirates Stadium i tego jak bardzo STRACIŁAM w jej oczach :*

    OdpowiedzUsuń