Słońce
wdzierało się do wnętrza mieszkania przez krótkie, białe firanki, rozświetlając
każdy jego kąt. W pomieszczeniu panował ład i porządek, panele były jeszcze
mokre od płynu i wody, a meble lśniły mleczkiem do czyszczenia drewna. Nie
mogłem opanować emocji ani usiedzieć w miejscu. Przełykałem wtedy ostatni kęs
kanapki z sałatą, ogórkiem i papryką.
Minęły
dwa miesiące odkąd wyjechała i chociaż z dnia na dzień coraz łatwiej żyło mi
się z jej odejściem to wcale nie przestawałem tęsknić. Na początku miałem
nadzieje. Codziennie wstawałem z łóżka, licząc na to, że właśnie dziś ją
zobaczę – w piekarni, przy boisku, na stadionie, ale gdzieś w końcu dostrzegę
jej sylwetkę pośród tłumu. Czekałem, aż otworzę drzwi swojego mieszkania, za
którymi stać będzie sama Milie, która znajdzie i przedrze na pół kartkę
zostawioną Wojtkowi na blacie, mówiąc, że to wszystko było testem sprawdzającym
nas samych albo roześmieje się, tłumacząc dlaczego postąpiła tak a nie inaczej.
Coraz częściej wmawiałem sobie, że wyjechała tylko na trochę i to Londyn okazał
się jej innym światem. Później jednak przekonywałem się, że czas zabija. Zabija
marzenia i plany, że po tygodniach oczekiwania nadzieja jednak powoli podupada,
a jej miejsce zajmują zupełnie inne uczucia.
Tamtego
dnia te tygodnie tęsknoty i oczekiwania zamieniły się w złość i niekończącą się
irytację. Na początku wierzyłem, że to ja postąpiłem nie tak jak powinienem, że
w pewnym momencie moje zachowanie znacznie odbiegło od norm, które założyła
sobie sama Milie. Próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie czy czyny i słowa,
którymi ją otaczałem były nieszczerze czy wręcz mieściły się w klamrach obłudy,
ale to nie przynosiło skutku. Czasami bałem się zbyt bardzo i to było moją
osobistą porażką, bo wszystko zbyt często zostawiałem właśnie jej, żeby radziła
sobie z problemami na swój sposób. W zasadzie, miałem ją przecież na
wyciągnięcie ręki, nawet za bardzo nie musiałem się starać, żeby uwierzyła w
moje pozytywne zamiary. Wystarczyło tylko żebym ją troszeczkę pokochał i
pokazał, że ma w Londynie swoje miejsce, jakiś kawałek dla siebie, ale ja nie
pisałem się na miłość. Nie pisałem się na to, że będę szeptał czułe słówka,
dając jakiekolwiek gwarancje. Niestety, nie kochałem jej. Tak to prawda – moje
uczucia nigdy nie zostały w żaden sposób sprecyzowane, bo przecież sam nie
wiedziałem, kim ona realnie dla mnie jest. Czy łączyła nas tak naprawdę jedynie
moja potrzeba jej bliskości, czy w naszym otoczeniu tliło się coś więcej? Może
to te niewiadome budowały między nami mur, który powoli stawał się nie do
pokonania? Może kłopot tkwił w braku elementów autentyczności w mojej osobie,
które mogły konstruować jej zaufanie? Może wymagałem od siebie o wiele za dużo
niż byłem w stanie rzeczywiście dać? I tak mijały dni, a ja próbowałem pojąć,
dlaczego nie zrozumiała, że jest mi potrzebna.
Później
zacząłem dostrzegać rysy w działaniu samej Milie. Przestałem obciążać winą za
jej odejście tylko siebie, lecz część tego ciężaru przerzucałem również na jej
barki. Powoli przestawało mnie obchodzić jaki ciężar musiałaby dźwigać, gdyby
znajdowała się gdzieś obok, po prostu próbowałem odbić sobie tygodnie, kiedy
żyłem w przeświadczeniu, że to ja byłem tym złym. To nie ja byłem kłopotem,
lecz sama Milie, która bała się zaufać. Często udawała, że z natury jest silna,
dzięki czemu tuszowała swój strach. Rzeczywiście, może nie zasługiwałem na samą
wiarę w moje czyny, lecz każdy zasługuje chociaż na kredyt zaufania, którego
ona mimo mocnych starać, nigdy nie potrafiła mi dać. I to cofało mnie w tył.
Bywały świetne, lepsze, dobre,
udane, gorsze, złe, straszne i w końcu potworne mecze w moim wykonaniu. Nie
potrafiłem utrzymać stałej formy przez dłuższy czas, a jeżeli już mi się to
udawało, moją przygodę przerywały niegroźne
urazy, ale jednak wpływały one przecież na moją nieobecność na boisku, więc nie
do końca były nieszkodliwe.
Powoli traciłem pewność siebie.
Zamiast dumnie wypinać pierś w przód, ja robiłem krok w tył, spuszczałem wzrok
z dół i po prostu się chowałem. Uciekałem przed zaciekawionymi spojrzeniami
otoczenia i odpowiadałem na pytania jakimiś półsłówkami, które w ostateczności
na nic nie wskazywały. Nie potrafiłem już otwarcie cieszyć się grą i tym co
mnie otacza. Nie dawało mi radości nic co wiązało się z piłką, a przecież to
była moja ostatnia droga ucieczki. Wcześniej śmiałem się na sam widok stadionu,
przybijałem znajomym piątki na powitanie, a każde podanie było czymś magicznym,
wręcz nieopisanym. Jakby wszystkim sterował potężny magik z niewyobrażalną
mocą.
Gdy grałem fenomenalnie – wszyscy
chwalili. Gdy nadszedł gorszy dzień i nic nie wychodziło – pojawiały się fale
bezgranicznej krytyki, która podcinała mi skrzydła. Spadałem bez nich jak Ikar
w otchłań oceanu, bo nagle nic nie trzymało mnie w powietrzu. Zatapiałem swoje
ciało w chłodnej wodzie i odpływałem, ale w końcu przecież traci się energię,
więc powoli opadałem na dno. Ktoś wysysał ze mnie siłę, zabierał wiarę.
Wiara była i jest nieodłącznym
elementem mojego życia, ale o ile ja wierzyłem w siebie zawsze, o ile zdawałem
sobie sprawę z tego ile jestem wart to otoczenie nie było o tym przekonane.
Problem tkwił w tym, ze we mnie nie wierzył praktycznie już nikt.
Nikt. Nie wtedy. Nie tamtego
słonecznego dnia, którego w Londynie nie było już od dawna. Strach wzbudzał we
mnie drgawki do tego stopnia, że wyginałem kciuki na każde możliwe i znane mi
sposoby by nie pokazać towarzyszom i tysiącom ludzi zebranym wokół mnie, że się
boję, że wątpię, że coś zniszczę i zawalę. I nic nie będzie już tak piękne. Tak
kolorowe jak budują to wszyscy ambitni ludzie w tym świecie poza naszym.
Wznoszono naszą markę nade
wszystko. Powtarzano, że jesteśmy faworytem skazanym na porażkę, że dzieło
Wengera nie jest zdolne do wygranej, a ja może bym to uszanował gdyby nie
słowa, które kiedyś wyryły się w mojej psychice i pamięci, wyryły się w moją
duszę tak mocno jak góry w ziemię, jak słońce w niebo.
Czego byś nie powiedział i czego byś nie zrobił, ja
zrobię to lepiej, bo umiem walczyć.
Dlatego ja walczyłem. Dlatego
wierzyłem. Dlatego się nie poddałem. Gdzieś w środku mnie, w głębi mojego
organizmu tliła się iskierka nadziei, że jeszcze będzie przepięknie, że jeszcze
będzie normalnie, że Arsenal czekają dni największej chwały. Że osiem lat
porażek i niepowodzeń może przysłonić jeden dzień. Jeden dzień chwały, kiedy
zapomnimy co to strach, co to niesprawiedliwość. Co to groza. Byliśmy
doskonałym i znakomitym zespołem i mogło nam się udać wszystko, lecz po prostu
strach doprowadzał mój organizm i umysł do skrajnych analiz, które za wszelką
cenę starałem się wyeliminować by nie wpłynąć destrukcyjnie na innych.
Starałem się unormować
przyśpieszony oddech, w głębi duszy marząc, by moje serce biło po tych
dziewięćdziesięciu minutach, po wszystkim co mnie czeka w identycznie szybkim
tempie, bo to oznaczałoby triumf i nieskończone szczęście ludzi, których kocham
całym sercem. To oznaczałoby zmazanie krytyki, która ciążyła na nas od tylu lat
i nieświadomie wgniatała w ziemię. To byłoby piękne uczucie. Jedno z
najważniejszych i najpiękniejszych w moim życiu, do którego dążyłem od samego
początku, o które walczyłem wstając każdego ranka, wylewając każdą kroplę potu
i pokonując każdy pojedynczy kilometr.
Zmrużyłem delikatnie oczy,
unosząc głowę lekko do góry i patrzyłem w błękitno niebieskie niebo, które już
dawno nie było tak intensywne. Słońce oblewało Londyn całą swoją energią i nie
przeszkadzała mu żadna pojedyncza chmurka. Oczekiwałem na gwizdek, który byłby
zarówno moim największym zbawieniem jak i utrapieniem. I wtedy, kiedy patrzyłem
w to idealne niebo, kiedy podziwiałem kontury każdej z chmur, kiedy myślałem o
marzeniach spełnionych i spełniających się, poczułem szturchnięcie Jacka i ten
wymarzony dźwięk, wokół którego kręciło się całe moje życie – gwizdek.
Biegnę, odbieram, biegnę, podaję, biegnę. To schemat tak prosty sam w sobie, ale jednak na
tyle ważny i konieczny, że zależało od niego wszystko. Dosłownie wszystko.
Wynik, wygrana, przyszłość zaufanie, wiara - oni mi ufali.
Biegłem. Biegłem ile sił w
płucach momentami tracąc oddech z wycieczenia, ale moja fizyczność w tamtym
momencie wydawała się tak odległym i żałosnym tematem, że próbowałem całkowicie
wyzbyć się go z głowy, bo czułem, że jestem w stanie pokonać każdą najmniejszą
przeszkodę na swojej drodze, która mogłaby mi zaszkodzić w czymkolwiek co dla
mnie było słuszne. Nic i nikt nie był w stanie mnie wtedy zatrzymać. Nikt –
czułem to. Nic – nie miałem w sobie ograniczeń. Pokonywałem wszelkie bariery
dotąd nie do przejścia i odnosiłem wrażenie, że dzięki temu jestem w końcu
szczęśliwy, że dzięki temu znów czuję radość, bo już od dłuższego czasu nie
zauważałem uśmiechu na swojej twarzy.
Biegłem, oddając całe serce i
wszystkie siły, które jeszcze miałem, bo wiedziałem, że to się opłaca, że to w
końcu zaprocentuje. Podskakiwałem w miejscu znów ciesząc się, że oni obok mnie
są, że mnie wspierają i że pójdą za mną w ogień. Widziałem determinację
wypisaną na ich twarzach i ogień w oczach, który był w stanie przezwyciężyć
wszystko. To cudowne uczucie. Mieć pewność i świadomość, że oni mnie nie
opuszczą, że zostaną już na zawszę. To dawało wiarę, że mogę przenosić góry czy
każdą inną przeszkodę, dlatego wciąż potrafiłem się odbudowywać. To dawało
ulgę, że wszystkie niepowodzenia prowadzą do sukcesu, że prowadzą do tego
upragnionego i wyczekiwanego punktu o który walczy się przez całe życie. Czułem
się wielki, byłem wielki, bo potrafiłem wygrać już na starcie walkę z każdą
wątpliwością, tlącą się w mojej głowie, która powstaję po to by zniszczyć. Ale
teraz to już nie miało żadnego znaczenia.
W życiu potrzebny jest trening.
Potrzebne jest ciągłe wykonywanie setek powtórzeń danego czynu by stać się w
nim najlepszym. Potrzebna jest melancholia, która w końcu doprowadza do
miejsca, w którym jest się w czymś najlepszym. Potrzebna jest monotonia,
powodująca, że mamy ochotę z tego wszystkiego się wycofać, rzucić w cholerę,
zrezygnować z marzeń i porzucić aspirację, zostawić za sobą pół życia i
wyruszyć na poszukiwanie nowej pasji. Ale czasami jest również tak, ze ta pasja
zaszczepia się w nas na tyle mocno, że nie da się jej wymazać. Czasami jest tak,
że ona pojawia się w najbardziej niespodziewanym momencie na nowo, znów i znów,
zatruwa nasze życie w każdym calu, doprowadza do szaleństwa, bo z niej nie da
się tak po prostu zrezygnować. To było tamtego dnia.
Sędzia doliczył do podstawowego
czasu gry trzy minuty. Wciąż powtarzałem swojemu organizmowi, że dam radę, bo
to tylko sto osiemdziesiąt sekund. Prawdziwym ograniczeniem jest głowa, prawda?
Jeżeli powtarzamy jej, że to jest wykonalne to organizm potrafi dostosować się
do warunków, ale jeżeli przegrywamy walkę w głowię to możemy pakować walizki
już na starcie i wracać do domu, bo z góry stoimy na przegranej pozycji.
Dlatego ja powtarzałem, że podołam. Bramka Mesuta dała nam wszystkim taki
zastrzyk energii, że nie potrafiliśmy ani minuty ustać w miejscu. Chcieliśmy
wciąż mieć piłkę przy sobie, nie dopuścić do przeprowadzenia przez przeciwnika
ani jednej skutecznej akcji. Pragnęliśmy żeby to wszystko już się skończyło.
I wtedy nastąpiła chwila
dekoncentracji. Straciłem ten mały okrągły przedmiot z pola widzenia, a już
chwilę później musiałem pędzić za zawodnikiem ile sił w nogach, ale
zniwelowanie dzielącej nas straty było niewykonalne. Otworzyłem szczerzej oczy,
chociaż bardzo chciałem je zamknąć i po prostu nie patrzyć na to wszystko.
Zakryłem twarz dłonią i już, już byłem bliski upadku, ale piłka w ostatniej
chwili zmieniła parabolę lotu, uwierzycie w to? W ostatniej chwili, kiedy była
już na styku z linią, Wojtek wybił ją kilkanaście metrów przed siebie, a sędzia
w tym samym momencie zakończył mecz. Z piekła do nieba, z góry i w dół – nie
mogłem w to uwierzyć.
Biegłem wzdłuż białej i
najdłuższej linii boiska, kręcąc wskazującym palcem w górze koła. Kieran
próbował mnie złapać, a ja pragnąłem obiec ten cały stadion i czuć się
szczęśliwym. Czuć się wielkim. Być niedostępnym i wolnym przez krótką chwilę.
Są takie chwilę w życiu, że nie liczy się już
brudny garnek, bo przypaliliśmy rano mleko, które gotowaliśmy do płatków, nie
liczy się kłótnia z najlepszą przyjaciółką, samotność, ból lub nieszczęście. Są
takie chwile, kiedy doceniamy całe to wsparcie, kiedy ma się ochotę skakać,
krzyczeć i po prostu płakać jak małe dziecko, bo marzenia się spełniają, a
tysiące dni wyrzeczeń, utraceni przyjaciele i ukochana były przypisane naszemu
istnieniu, chociaż to cholernie boli. Niebywale. Jak nic innego. Są takie
chwilę, które kształtują nasz charakter sto razy bardziej niż inne. Wie Pani,
to był tego rodzaju dzień, w którym człowiek dostaję możliwość poczucia się
lepszym człowiekiem. Z początku przesycony wątpliwościami, później powoli
zapełniał się wiarą aż w końcu osiągnęliśmy sto procent pewności i sięgnęliśmy
po wygraną. To był nasz dzień.
Złapał mnie za skrawek koszulki i
przyciągnął mocno do siebie, a następnie rzucił się w ramiona. Ściskał mnie na
tyle mocno, że kiedy wypuścił moje ciało ze swoich objęć, opadłem bezwiednie na
wilgotną murawę. Krzyczał: dziękuję,
dziękuje Aaron, a moje ciało drżało. Przez krótką chwilę miałem przed
oczami zachodzące za stadionem słońce, a nade mną, centralnie nad środkiem
stadionu widać było delikatne kontury księżyca. Później przed oczami miałem już
tylko ciemność. Uderzałem najsilniej jak potrafiłem głową o trawę, czując jak
pojedyncze krople łez wydostają się spod mocno zaciśniętych powiek, ale nie
wstydziłem się tego. Ciało jednego z moich braci opadło na mnie całym swoim
ciężarem. Zacisnąłem dłonie na skrawkach jego ubrania, wyładowując całą siłę na
towarzyszu. Byłem mu wdzięczny za każdą wspólnie spędzoną chwilę, za każdą
pojedyncza minutę na boisku, za każde wzloty i upadki, za to, że pomógł mi
dojść do tego upragnionego miejsca, za wiarę w to, że słuszność goni słuszność,
którą mnie zarażał, za każde krytyczne słowo, pomagające mi piąć się wyżej, budujące
moją wytrwałość dzięki której nie zrezygnowałem ani na minutę. Przez cały ten
czas byli ze mną. I mimo że dawałem im miliony powodów do skopania mnie,
zepchnięcia na dno, oni dzielnie szli ramię w ramię ze mną.
Tamte chwile były mi potrzebne.
Była potrzebna mi taka swoista odskocznia, która pozwoli mi zapomnieć. Dzięki
której poczuję się lepszym człowiekiem. Potrzebny był mi tłum szczęśliwych
kibiców, śpiewający: We are Arsenal, we
are the champions. We are the King, we are the Arsenal. Jedno uniesienie
dłoni sprawiało, że krzyczeli, jeden okrzyk sprawiał, że go powtarzali, jeden
klas budził do życia wiele tysięcy rąk. To było takie beztroskie. I dlatego
właśnie tamte chwile zapamiętam jako najbardziej beztroskie w moim życiu. Nie
musiałem myśleć o problemach. Nie musiałem analizować tego co robię źle, bo
wszystko co niedobre i błędne zostało mimowolnie wymazane przez los, który tym
razem okazał się szczęśliwy dla nas i dla mnie co przecież dotąd było
szczególną rzadkością. To był nonsens, to było coś w co nie potrafiłem za żadne
skarby świata uwierzyć.
Mogłem bezkarnie leżeć na trawię
i podejmować próby unormowania oddechu, który w tamtym momencie wydawał się na
tyle niepotrzebny do życia, że gdybym mógł wcale bym tego nie robił. Gdybym
mógł wybrałbym zwykłe istnienie, do którego nie potrzeba myśli ani analiz. Nie
traciłbym na to czasu, który ubywał, bo powinienem się z nimi cieszyć. To była
upragniona chwila. Możliwość zobaczenia łez w ich oczach, możliwość poczucia
łez z kącikach swoich oczu, radość kibiców, bo tamta chwila była warta każdego
cierpienia. Leżałem na trawie i nie dowierzałem. Nie dowierzałem, że po tylu
porażkach, po tylu niepowodzeniach mogę złapać materiał koszulki na wysokości
swojego serca i dumnie unosić go ku górze w geście triumfu, chwaląc się, że
reprezentuję klub z armatką – moją ostoję, która wyryła się w moim sercu już na
zawsze.
Czy to była najpiękniejsza chwila
w moim życiu? Tak, zdecydowanie tak. Jeszcze nigdy nie czułem tak niesamowitej
satysfakcji, bo pokazałem, że jestem czegoś wart. Że zasługuję na to by
szczęście się mnie trzymało, żeby było ze mną, a nie uciekało wraz z nią.
Czułem, że mogę przenosić góry.
Wciąż miałem również świadomość,
że w ostatnich sekundach meczu, popełniłem błąd, który mógł kosztować nas
łagodnie mówiąc naprawdę dużo.
Tamtej nocy mój kufel zapełniał
podstarzały mężczyzna o imieniu Tony.
_____
Tak, w oparciu o ten rozdział mogę powiedzieć, że jestem prorokiem. Napisałam go w styczniu 2014 roku, marząc o wielkim triumfie i 17 maja 2014 roku moje pragnienia się spełniły. To było coś pięknego. She wore, she wore, she wore a yellow ribbon, she wore a yellow ribbon in the merry month of May!
Boże, pamiętam to jak dziś! To były czasy, pijani i szczęśliwi szliśmy przez miasto śpiewając "We are The Arsenal, we are by far the greatest team the world has ever seen!".
OdpowiedzUsuńCudownie to opisałaś. Emocje i walka. Uwielbiam.