czwartek, 8 października 2015

9. Everything I do, I do big.

Słońce wdzierało się do wnętrza mieszkania przez krótkie, białe firanki, rozświetlając każdy jego kąt. W pomieszczeniu panował ład i porządek, panele były jeszcze mokre od płynu i wody, a meble lśniły mleczkiem do czyszczenia drewna. Nie mogłem opanować emocji ani usiedzieć w miejscu. Przełykałem wtedy ostatni kęs kanapki z sałatą, ogórkiem i papryką.
Minęły dwa miesiące odkąd wyjechała i chociaż z dnia na dzień coraz łatwiej żyło mi się z jej odejściem to wcale nie przestawałem tęsknić. Na początku miałem nadzieje. Codziennie wstawałem z łóżka, licząc na to, że właśnie dziś ją zobaczę – w piekarni, przy boisku, na stadionie, ale gdzieś w końcu dostrzegę jej sylwetkę pośród tłumu. Czekałem, aż otworzę drzwi swojego mieszkania, za którymi stać będzie sama Milie, która znajdzie i przedrze na pół kartkę zostawioną Wojtkowi na blacie, mówiąc, że to wszystko było testem sprawdzającym nas samych albo roześmieje się, tłumacząc dlaczego postąpiła tak a nie inaczej. Coraz częściej wmawiałem sobie, że wyjechała tylko na trochę i to Londyn okazał się jej innym światem. Później jednak przekonywałem się, że czas zabija. Zabija marzenia i plany, że po tygodniach oczekiwania nadzieja jednak powoli podupada, a jej miejsce zajmują zupełnie inne uczucia.
Tamtego dnia te tygodnie tęsknoty i oczekiwania zamieniły się w złość i niekończącą się irytację. Na początku wierzyłem, że to ja postąpiłem nie tak jak powinienem, że w pewnym momencie moje zachowanie znacznie odbiegło od norm, które założyła sobie sama Milie. Próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie czy czyny i słowa, którymi ją otaczałem były nieszczerze czy wręcz mieściły się w klamrach obłudy, ale to nie przynosiło skutku. Czasami bałem się zbyt bardzo i to było moją osobistą porażką, bo wszystko zbyt często zostawiałem właśnie jej, żeby radziła sobie z problemami na swój sposób. W zasadzie, miałem ją przecież na wyciągnięcie ręki, nawet za bardzo nie musiałem się starać, żeby uwierzyła w moje pozytywne zamiary. Wystarczyło tylko żebym ją troszeczkę pokochał i pokazał, że ma w Londynie swoje miejsce, jakiś kawałek dla siebie, ale ja nie pisałem się na miłość. Nie pisałem się na to, że będę szeptał czułe słówka, dając jakiekolwiek gwarancje. Niestety, nie kochałem jej. Tak to prawda – moje uczucia nigdy nie zostały w żaden sposób sprecyzowane, bo przecież sam nie wiedziałem, kim ona realnie dla mnie jest. Czy łączyła nas tak naprawdę jedynie moja potrzeba jej bliskości, czy w naszym otoczeniu tliło się coś więcej? Może to te niewiadome budowały między nami mur, który powoli stawał się nie do pokonania? Może kłopot tkwił w braku elementów autentyczności w mojej osobie, które mogły konstruować jej zaufanie? Może wymagałem od siebie o wiele za dużo niż byłem w stanie rzeczywiście dać? I tak mijały dni, a ja próbowałem pojąć, dlaczego nie zrozumiała, że jest mi potrzebna.
Później zacząłem dostrzegać rysy w działaniu samej Milie. Przestałem obciążać winą za jej odejście tylko siebie, lecz część tego ciężaru przerzucałem również na jej barki. Powoli przestawało mnie obchodzić jaki ciężar musiałaby dźwigać, gdyby znajdowała się gdzieś obok, po prostu próbowałem odbić sobie tygodnie, kiedy żyłem w przeświadczeniu, że to ja byłem tym złym. To nie ja byłem kłopotem, lecz sama Milie, która bała się zaufać. Często udawała, że z natury jest silna, dzięki czemu tuszowała swój strach. Rzeczywiście, może nie zasługiwałem na samą wiarę w moje czyny, lecz każdy zasługuje chociaż na kredyt zaufania, którego ona mimo mocnych starać, nigdy nie potrafiła mi dać. I to cofało mnie w tył.
Bywały świetne, lepsze, dobre, udane, gorsze, złe, straszne i w końcu potworne mecze w moim wykonaniu. Nie potrafiłem utrzymać stałej formy przez dłuższy czas, a jeżeli już mi się to udawało, moją przygodę przerywały niegroźne urazy, ale jednak wpływały one przecież na moją nieobecność na boisku, więc nie do końca były nieszkodliwe.
Powoli traciłem pewność siebie. Zamiast dumnie wypinać pierś w przód, ja robiłem krok w tył, spuszczałem wzrok z dół i po prostu się chowałem. Uciekałem przed zaciekawionymi spojrzeniami otoczenia i odpowiadałem na pytania jakimiś półsłówkami, które w ostateczności na nic nie wskazywały. Nie potrafiłem już otwarcie cieszyć się grą i tym co mnie otacza. Nie dawało mi radości nic co wiązało się z piłką, a przecież to była moja ostatnia droga ucieczki. Wcześniej śmiałem się na sam widok stadionu, przybijałem znajomym piątki na powitanie, a każde podanie było czymś magicznym, wręcz nieopisanym. Jakby wszystkim sterował potężny magik z niewyobrażalną mocą.
Gdy grałem fenomenalnie – wszyscy chwalili. Gdy nadszedł gorszy dzień i nic nie wychodziło – pojawiały się fale bezgranicznej krytyki, która podcinała mi skrzydła. Spadałem bez nich jak Ikar w otchłań oceanu, bo nagle nic nie trzymało mnie w powietrzu. Zatapiałem swoje ciało w chłodnej wodzie i odpływałem, ale w końcu przecież traci się energię, więc powoli opadałem na dno. Ktoś wysysał ze mnie siłę, zabierał wiarę.

Wiara była i jest nieodłącznym elementem mojego życia, ale o ile ja wierzyłem w siebie zawsze, o ile zdawałem sobie sprawę z tego ile jestem wart to otoczenie nie było o tym przekonane. Problem tkwił w tym, ze we mnie nie wierzył praktycznie już nikt.
Nikt. Nie wtedy. Nie tamtego słonecznego dnia, którego w Londynie nie było już od dawna. Strach wzbudzał we mnie drgawki do tego stopnia, że wyginałem kciuki na każde możliwe i znane mi sposoby by nie pokazać towarzyszom i tysiącom ludzi zebranym wokół mnie, że się boję, że wątpię, że coś zniszczę i zawalę. I nic nie będzie już tak piękne. Tak kolorowe jak budują to wszyscy ambitni ludzie w tym świecie poza naszym.
Wznoszono naszą markę nade wszystko. Powtarzano, że jesteśmy faworytem skazanym na porażkę, że dzieło Wengera nie jest zdolne do wygranej, a ja może bym to uszanował gdyby nie słowa, które kiedyś wyryły się w mojej psychice i pamięci, wyryły się w moją duszę tak mocno jak góry w ziemię, jak słońce w niebo.
Czego byś nie powiedział i czego byś nie zrobił, ja zrobię to lepiej, bo umiem walczyć.
Dlatego ja walczyłem. Dlatego wierzyłem. Dlatego się nie poddałem. Gdzieś w środku mnie, w głębi mojego organizmu tliła się iskierka nadziei, że jeszcze będzie przepięknie, że jeszcze będzie normalnie, że Arsenal czekają dni największej chwały. Że osiem lat porażek i niepowodzeń może przysłonić jeden dzień. Jeden dzień chwały, kiedy zapomnimy co to strach, co to niesprawiedliwość. Co to groza. Byliśmy doskonałym i znakomitym zespołem i mogło nam się udać wszystko, lecz po prostu strach doprowadzał mój organizm i umysł do skrajnych analiz, które za wszelką cenę starałem się wyeliminować by nie wpłynąć destrukcyjnie na innych.
Starałem się unormować przyśpieszony oddech, w głębi duszy marząc, by moje serce biło po tych dziewięćdziesięciu minutach, po wszystkim co mnie czeka w identycznie szybkim tempie, bo to oznaczałoby triumf i nieskończone szczęście ludzi, których kocham całym sercem. To oznaczałoby zmazanie krytyki, która ciążyła na nas od tylu lat i nieświadomie wgniatała w ziemię. To byłoby piękne uczucie. Jedno z najważniejszych i najpiękniejszych w moim życiu, do którego dążyłem od samego początku, o które walczyłem wstając każdego ranka, wylewając każdą kroplę potu i pokonując każdy pojedynczy kilometr.
Zmrużyłem delikatnie oczy, unosząc głowę lekko do góry i patrzyłem w błękitno niebieskie niebo, które już dawno nie było tak intensywne. Słońce oblewało Londyn całą swoją energią i nie przeszkadzała mu żadna pojedyncza chmurka. Oczekiwałem na gwizdek, który byłby zarówno moim największym zbawieniem jak i utrapieniem. I wtedy, kiedy patrzyłem w to idealne niebo, kiedy podziwiałem kontury każdej z chmur, kiedy myślałem o marzeniach spełnionych i spełniających się, poczułem szturchnięcie Jacka i ten wymarzony dźwięk, wokół którego kręciło się całe moje życie – gwizdek.
Biegnę, odbieram, biegnę, podaję, biegnę. To schemat tak prosty sam w sobie, ale jednak na tyle ważny i konieczny, że zależało od niego wszystko. Dosłownie wszystko. Wynik, wygrana, przyszłość zaufanie, wiara - oni mi ufali.
Biegłem. Biegłem ile sił w płucach momentami tracąc oddech z wycieczenia, ale moja fizyczność w tamtym momencie wydawała się tak odległym i żałosnym tematem, że próbowałem całkowicie wyzbyć się go z głowy, bo czułem, że jestem w stanie pokonać każdą najmniejszą przeszkodę na swojej drodze, która mogłaby mi zaszkodzić w czymkolwiek co dla mnie było słuszne. Nic i nikt nie był w stanie mnie wtedy zatrzymać. Nikt – czułem to. Nic – nie miałem w sobie ograniczeń. Pokonywałem wszelkie bariery dotąd nie do przejścia i odnosiłem wrażenie, że dzięki temu jestem w końcu szczęśliwy, że dzięki temu znów czuję radość, bo już od dłuższego czasu nie zauważałem uśmiechu na swojej twarzy.
Biegłem, oddając całe serce i wszystkie siły, które jeszcze miałem, bo wiedziałem, że to się opłaca, że to w końcu zaprocentuje. Podskakiwałem w miejscu znów ciesząc się, że oni obok mnie są, że mnie wspierają i że pójdą za mną w ogień. Widziałem determinację wypisaną na ich twarzach i ogień w oczach, który był w stanie przezwyciężyć wszystko. To cudowne uczucie. Mieć pewność i świadomość, że oni mnie nie opuszczą, że zostaną już na zawszę. To dawało wiarę, że mogę przenosić góry czy każdą inną przeszkodę, dlatego wciąż potrafiłem się odbudowywać. To dawało ulgę, że wszystkie niepowodzenia prowadzą do sukcesu, że prowadzą do tego upragnionego i wyczekiwanego punktu o który walczy się przez całe życie. Czułem się wielki, byłem wielki, bo potrafiłem wygrać już na starcie walkę z każdą wątpliwością, tlącą się w mojej głowie, która powstaję po to by zniszczyć. Ale teraz to już nie miało żadnego znaczenia.
W życiu potrzebny jest trening. Potrzebne jest ciągłe wykonywanie setek powtórzeń danego czynu by stać się w nim najlepszym. Potrzebna jest melancholia, która w końcu doprowadza do miejsca, w którym jest się w czymś najlepszym. Potrzebna jest monotonia, powodująca, że mamy ochotę z tego wszystkiego się wycofać, rzucić w cholerę, zrezygnować z marzeń i porzucić aspirację, zostawić za sobą pół życia i wyruszyć na poszukiwanie nowej pasji. Ale czasami jest również tak, ze ta pasja zaszczepia się w nas na tyle mocno, że nie da się jej wymazać. Czasami jest tak, że ona pojawia się w najbardziej niespodziewanym momencie na nowo, znów i znów, zatruwa nasze życie w każdym calu, doprowadza do szaleństwa, bo z niej nie da się tak po prostu zrezygnować. To było tamtego dnia.

Sędzia doliczył do podstawowego czasu gry trzy minuty. Wciąż powtarzałem swojemu organizmowi, że dam radę, bo to tylko sto osiemdziesiąt sekund. Prawdziwym ograniczeniem jest głowa, prawda? Jeżeli powtarzamy jej, że to jest wykonalne to organizm potrafi dostosować się do warunków, ale jeżeli przegrywamy walkę w głowię to możemy pakować walizki już na starcie i wracać do domu, bo z góry stoimy na przegranej pozycji. Dlatego ja powtarzałem, że podołam. Bramka Mesuta dała nam wszystkim taki zastrzyk energii, że nie potrafiliśmy ani minuty ustać w miejscu. Chcieliśmy wciąż mieć piłkę przy sobie, nie dopuścić do przeprowadzenia przez przeciwnika ani jednej skutecznej akcji. Pragnęliśmy żeby to wszystko już się skończyło.
I wtedy nastąpiła chwila dekoncentracji. Straciłem ten mały okrągły przedmiot z pola widzenia, a już chwilę później musiałem pędzić za zawodnikiem ile sił w nogach, ale zniwelowanie dzielącej nas straty było niewykonalne. Otworzyłem szczerzej oczy, chociaż bardzo chciałem je zamknąć i po prostu nie patrzyć na to wszystko. Zakryłem twarz dłonią i już, już byłem bliski upadku, ale piłka w ostatniej chwili zmieniła parabolę lotu, uwierzycie w to? W ostatniej chwili, kiedy była już na styku z linią, Wojtek wybił ją kilkanaście metrów przed siebie, a sędzia w tym samym momencie zakończył mecz. Z piekła do nieba, z góry i w dół – nie mogłem w to uwierzyć.
Biegłem wzdłuż białej i najdłuższej linii boiska, kręcąc wskazującym palcem w górze koła. Kieran próbował mnie złapać, a ja pragnąłem obiec ten cały stadion i czuć się szczęśliwym. Czuć się wielkim. Być niedostępnym i wolnym przez krótką chwilę.

Są takie chwilę w życiu, że nie liczy się już brudny garnek, bo przypaliliśmy rano mleko, które gotowaliśmy do płatków, nie liczy się kłótnia z najlepszą przyjaciółką, samotność, ból lub nieszczęście. Są takie chwile, kiedy doceniamy całe to wsparcie, kiedy ma się ochotę skakać, krzyczeć i po prostu płakać jak małe dziecko, bo marzenia się spełniają, a tysiące dni wyrzeczeń, utraceni przyjaciele i ukochana były przypisane naszemu istnieniu, chociaż to cholernie boli. Niebywale. Jak nic innego. Są takie chwilę, które kształtują nasz charakter sto razy bardziej niż inne. Wie Pani, to był tego rodzaju dzień, w którym człowiek dostaję możliwość poczucia się lepszym człowiekiem. Z początku przesycony wątpliwościami, później powoli zapełniał się wiarą aż w końcu osiągnęliśmy sto procent pewności i sięgnęliśmy po wygraną. To był nasz dzień.

Złapał mnie za skrawek koszulki i przyciągnął mocno do siebie, a następnie rzucił się w ramiona. Ściskał mnie na tyle mocno, że kiedy wypuścił moje ciało ze swoich objęć, opadłem bezwiednie na wilgotną murawę. Krzyczał: dziękuję, dziękuje Aaron, a moje ciało drżało. Przez krótką chwilę miałem przed oczami zachodzące za stadionem słońce, a nade mną, centralnie nad środkiem stadionu widać było delikatne kontury księżyca. Później przed oczami miałem już tylko ciemność. Uderzałem najsilniej jak potrafiłem głową o trawę, czując jak pojedyncze krople łez wydostają się spod mocno zaciśniętych powiek, ale nie wstydziłem się tego. Ciało jednego z moich braci opadło na mnie całym swoim ciężarem. Zacisnąłem dłonie na skrawkach jego ubrania, wyładowując całą siłę na towarzyszu. Byłem mu wdzięczny za każdą wspólnie spędzoną chwilę, za każdą pojedyncza minutę na boisku, za każde wzloty i upadki, za to, że pomógł mi dojść do tego upragnionego miejsca, za wiarę w to, że słuszność goni słuszność, którą mnie zarażał, za każde krytyczne słowo, pomagające mi piąć się wyżej, budujące moją wytrwałość dzięki której nie zrezygnowałem ani na minutę. Przez cały ten czas byli ze mną. I mimo że dawałem im miliony powodów do skopania mnie, zepchnięcia na dno, oni dzielnie szli ramię w ramię ze mną.
Tamte chwile były mi potrzebne. Była potrzebna mi taka swoista odskocznia, która pozwoli mi zapomnieć. Dzięki której poczuję się lepszym człowiekiem. Potrzebny był mi tłum szczęśliwych kibiców, śpiewający: We are Arsenal, we are the champions. We are the King, we are the Arsenal. Jedno uniesienie dłoni sprawiało, że krzyczeli, jeden okrzyk sprawiał, że go powtarzali, jeden klas budził do życia wiele tysięcy rąk. To było takie beztroskie. I dlatego właśnie tamte chwile zapamiętam jako najbardziej beztroskie w moim życiu. Nie musiałem myśleć o problemach. Nie musiałem analizować tego co robię źle, bo wszystko co niedobre i błędne zostało mimowolnie wymazane przez los, który tym razem okazał się szczęśliwy dla nas i dla mnie co przecież dotąd było szczególną rzadkością. To był nonsens, to było coś w co nie potrafiłem za żadne skarby świata uwierzyć.
Mogłem bezkarnie leżeć na trawię i podejmować próby unormowania oddechu, który w tamtym momencie wydawał się na tyle niepotrzebny do życia, że gdybym mógł wcale bym tego nie robił. Gdybym mógł wybrałbym zwykłe istnienie, do którego nie potrzeba myśli ani analiz. Nie traciłbym na to czasu, który ubywał, bo powinienem się z nimi cieszyć. To była upragniona chwila. Możliwość zobaczenia łez w ich oczach, możliwość poczucia łez z kącikach swoich oczu, radość kibiców, bo tamta chwila była warta każdego cierpienia. Leżałem na trawie i nie dowierzałem. Nie dowierzałem, że po tylu porażkach, po tylu niepowodzeniach mogę złapać materiał koszulki na wysokości swojego serca i dumnie unosić go ku górze w geście triumfu, chwaląc się, że reprezentuję klub z armatką – moją ostoję, która wyryła się w moim sercu już na zawsze.
Czy to była najpiękniejsza chwila w moim życiu? Tak, zdecydowanie tak. Jeszcze nigdy nie czułem tak niesamowitej satysfakcji, bo pokazałem, że jestem czegoś wart. Że zasługuję na to by szczęście się mnie trzymało, żeby było ze mną, a nie uciekało wraz z nią. Czułem, że mogę przenosić góry.
Wciąż miałem również świadomość, że w ostatnich sekundach meczu, popełniłem błąd, który mógł kosztować nas łagodnie mówiąc naprawdę dużo.
Tamtej nocy mój kufel zapełniał podstarzały mężczyzna o imieniu Tony.
_____
Tak, w oparciu o ten rozdział mogę powiedzieć, że jestem prorokiem. Napisałam go w styczniu 2014 roku, marząc o wielkim triumfie i 17 maja 2014 roku moje pragnienia się spełniły. To było coś pięknego. She wore, she wore, she wore a yellow ribbon, she wore a yellow ribbon in the merry month of May!

1 komentarz:

  1. Boże, pamiętam to jak dziś! To były czasy, pijani i szczęśliwi szliśmy przez miasto śpiewając "We are The Arsenal, we are by far the greatest team the world has ever seen!".

    Cudownie to opisałaś. Emocje i walka. Uwielbiam.

    OdpowiedzUsuń