czwartek, 18 lutego 2016

12. I don't even know if I believe.

Jak mogła nie powiedzieć Wojtkowi o Bale? Jak mogła ukrywać przed nim, że mieszkała w Londynie? Jak..
W zasadzie pytanie jak nie miało tutaj już żadnego znaczenia; zagłębianie się w cholerne szczegóły, na które poznanie odpowiedzi było praktycznie niemożliwe nie miło już żadnego sensu. Dlaczego? Dlaczego z tą dziewczyną wiązało się tyle niewiadomych i sekretów? Dlaczego każda próba dowiedzenia się czegokolwiek na jej temat kojarzyła mi się ze stąpaniem po bardzo kruchym i niepewnym lodzie? Potrafiłem pływać doskonale, jednak na samą myśl o lodowatej wodzie, która wypełnia moje płuca, ogarniał mnie strach, w moim umyśle budziło się przerażenie. W tamtej chwili byłem wściekły, po prostu nie mogłem pojąć, dlaczego doprowadziła do sytuacji, w której każdy jej ruch i czyn wydawał mi się podejrzany. To nie było normalne.
Gdyby Milie wrzucała mi do skarbonki kilka złotych monet za każdym razem, kiedy moja pięść zatrzymywała się a następnie odbijała od tapicerki samochodu, dziś bez wątpienia byłbym miliarderem. Ostatnio tylko w taki sposób potrafiłem wyładować swoją wściekłość, ponieważ cios, który zadawałem swojemu pojazdowi powodował momentalne otrzeźwienie, które przychodziło razem z bólem, rozchodzącym się po mojej dłoni. Niestety coraz częściej odnosiłem wrażenie, że z dnia na dzień staję się coraz bardziej odporny na wszelkie krzywdy, że ciosy, które kiedyś wgniotłyby mnie w ziemię już nie robią na mnie żadnego wrażenia.
Miałem obsesje na punkcie dostarczania swojemu organizmowi wymaganej porcji jedzenia, więc głód, który dawał mi o sobie znać odkąd wstałem, powoli budził we mnie przerażenie. Jedzenie, które kupiłem w przypadkowej knajpie w drodze do Wojtka od razu po opuszczeniu jego domu, wyrzuciłem do najbliższego kosza. W Londynie było naprawdę dużo restauracji, które serwowało jedzenie z najwyższej półki, dlatego nigdy nie potrafiłem ich sklasyfikować. Jadłem w miejscu blisko którego w danym momencie się znajdowałem i nigdy nie znalazłem żadnych słów krytyki, którymi mógłbym obrzucić szefa kuchni. Obracałem się w profesjonalnym towarzystwie i to napawało mnie niemałym optymizmem.
Tamtego dnia po pożegnaniu ze Szczęsnym długo jeździłem po zakorkowanym Londynie,  nie mając nic lepszego do robienia. Próbowałem uporządkować swoje myśli, które podobnie jak ja krążyły w błędnym kole, ale od mojej czaszki odbijało się zbyt wiele pytań bez odpowiedzi. W końcu zrezygnowany zaparkowałem w miejscu, którego nie odwiedzałem od naprawdę wielu miesięcy. Po przekroczeniu progu pomieszczenia, uderzył we mnie specyficzny zapach kwiatów oraz zawiedziony okrzyk kibiców. Na ekranie telewizora leciał mecz. Zignorowałem odbiornik i złożyłem zamówienie. Liczyłem na coś naprawdę dobrego i przekonującego, ponieważ jeszcze kilka minut bez przełknięcia czegokolwiek a leżałbym bez sił na płytkach.
Lokal nie zmienił się praktycznie wcale od czasu, kiedy odwiedziłem go ostatni raz. Ściany miały charakterystyczny bordowy kolor, który w połączeniu z ciemnym drewnem i delikatnymi białymi dodatkami prezentował się imponująco. Świeczki, ustawione na każdym stole pachniały konwaliami, a kieliszki stojące na wysokiej ladzie, błyszczały w ich nikłym świetle. Nie zauważyłem nawet kiedy kelner postawił przede mną zamówione danie i odszedł do stolika w drugim końcu sali. Danie pachniało obłędnie i jeszcze lepiej smakowało. Jedząc, nieprzerwanie oglądałem kartę dań, analizując czy warto nadrabiać kilometry i po powrocie z wakacji jeść tu codziennie. Moje ulubione potrawy podawane były jednak tylko w weekendy, tamtego dnia chyba po prostu miałem szczęście. Kelner proponował mi również wino, jednak postawiłem na orzeźwiającą wodę z lodem.
-Kochana, ty chyba urodziłaś się pod szczęśliwą gwiazdą! – Krzyknął rozentuzjazmowany chłopak, a ja uniosłem wzrok znad menu i zacząłem przyglądać się rozgrywanej przede mną scenie. Następnie przebiegł kilka metrów nie odkładając ścierki, którą prawdopodobnie coś wycierał i odjął dziewczynę, która ledwie zdążyła przekroczyć drzwi wejściowe.
Och, ile ja bym dał, żeby przyjść na świat w miejscu, o którym wspomniał. Może wtedy przestałby prześladować mnie notoryczny i nieustępliwy pech. Podobno zazdrość należy do uczuć tych złych jednak czasami chyba warto zaryzykować, a ja byłem człowiekiem uważnym.
Wróciłem do przeglądania obrazków z jedzeniem, ponieważ nie miałem w zwyczaju podsłuchiwać. Kiedy jednak zarejestrowałem jak kelner wypowiada moje nazwisko, przeniosłem na niego wzrok, a moje spojrzenie skrzyżowało się z niebieskimi tęczówkami pięknej dziewczyny, stojącej teraz przy barze.
Długo patrzyłem w jej oczy, nie mogąc uwierzyć w to co widzę. Chyba nawet otworzyłem usta, próbując wyrazić swoje zdziwienie. Ona natomiast przerwała kontakt wzrokowy, pożegnała się ze znajomym i jak gdyby nigdy nic wyszła z lokalu.
Przywykłem już do tego, że próbowałem odszukać jej twarz w każdej napotkanej brunetce. Nieraz zaczepiałem obce osoby, a później z rozczarowania plułem sobie w twarz, że jestem takim idiotą. Teraz byłem pewniejszy niż kiedykolwiek.
-Milie!
Nie zareagowała na wypowiedziane przeze mnie imię, jednak po okrzyku zdumienia, który wydostał się z gardła młodego mężczyzny, wycierającego właśnie kufel, już nie miałem żadnych wątpliwości. To była ona. Po tygodniach poszukiwań i sytuacji, kiedy wyłapywałem jej twarz w przypadkowo spotkanych osobach na ulicy, w końcu dotarłem do celu. W końcu się nie pomyliłem. Ona kilka sekund temu przede mną stała.
Z krzesła, które zajmowałem od jakiejś godziny, wstałem jak zahipnotyzowany. Nie pamiętam momentu, kiedy sięgnąłem do kieszeni po portfel i rzuciłem jakiś banknot na stolik, jednak kiedy odpychałem się dłońmi od stolika, widziałem, że ten już od dawna na nim leżał. W tamtym momencie miałem tylko jeden cel, reszta świata mogła nie istnieć – ja musiałem ją złapać, musiałem upewnić się, że osoba, którą właśnie dane mi było zobaczyć jest jednocześnie tą, którą szukałem od tygodni.
-Nie zbywaj mnie. – Krzyknąłem, kiedy zrozumiałem, że ona wcale nie zamierza ze mną rozmawiać. Czułem się tym faktem najzwyczajniej w świecie poirytowany. Do cholery, chyba należało mi się jakiekolwiek wytłumaczenie? Chyba należało mi się chociaż jedno słowo, które paść miało z jej ust? Należało mi się chociaż jakieś głupie przepraszające spojrzenie. Usłyszawszy te słowa, odwróciła się w moim kierunku, a z mojego gardła wydostał się niekontrolowany jęk. To naprawdę była ona, nie myliłem się. Miała rozwiane włosy, zaróżowione policzki i oczy wypełnione dziwnym uczuciem. Stała przede mną ta sama dziewczyna, którą niecały rok temu obserwowałem z odległości kilkunastu metrów, stojąc przy swoim samochodzie.
To spotkanie wyobrażałem sobie tysiące razy. Tak jak każdy człowiek wyobraża sobie spotkanie z ważną osobą, której nie miał szansy zobaczyć przez bardzo długi czas. Wymyśla sobie dialogi i odpowiedzi na możliwie każde pytanie, którego może się spodziewać, ale kiedy przychodzi co do czego to język staje w gardle, nie jesteśmy w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa. W mojej głowie kłębiło się wiele słów, panował istny mętlik, a ja nie wiedziałem co w ogóle mam jej powiedzieć, co będzie odpowiednie. Dlatego tylko stałem przed nią i z uwagą obserwowałem jej twarz; jak patrzy na mnie i jeździ wzrokiem po mojej buzi; jak zagryza wargi i próbuję stłumić wszystkie emocje, które mimowolnie ukazują jej policzki, usta i oczy.
Kiedy jej wzrok utknął w punkcie, znajdującym się na wysokości mojego ramienia, a ja utwierdziłem się w przekonaniu, że nie wstrzymuje oddechu tylko ze względu na to, odwróciłem się i zacząłem szukać wzrokiem punktu zaczepienia, ale przede mną była tylko zwykła ściana budynku, krzesła i..
Telewizor? Kolory raziły swoją ostrością, a zieleń zlewała się z czerwienią. Wnętrze baru wypełnił jęk zawodu brytyjskiego komentatora, a na ekranie pojawiła się skrzywiona twarz Cazorli. Santi przewrócił się w polu karnym Hull, jednak sędzia nie podyktował rzutu karnego dla Arsenalu. Pamiętałem tę sytuację, ponieważ ta decyzja arbitra sprawiła, że gra zaczynała się od początku. To była powtórka niedzielnego meczu. Meczu, w którym brałem czynny udział, dlaczego wcześniej tego nie dostrzegłem?
-Oglądałaś? – Na początku miałem wrażenie, że zadałem to pytanie jedynie w myślach. Później jednak dostrzegłem zdziwienie wymalowane na jej twarzy. Mogłem zadać każde z pytać kłębiących się w mojej głowie nieprzerwanie od opuszczenia domu Wojtka, a nawet zainteresować się pogodą, ale ja wybrałem najgłupsze z możliwych, na które każdy znał odpowiedź. – To głupie pytanie. – Skarciłem się w myślach i wywróciłem oczami, patrząc w niebo. Próbowałem unormować swój oddech i oczyścić umysł, ponieważ w mojej głowie toczyła się zacięta walka o to jaką kwestię poruszyć powinienem najpierw, a o której zapomnieć już za zawsze, a najlepiej spalić w piecu i wyrzucić jej zwęglone odłamki. Próbowałem opanować złość i irytacje. – Jasne, że oglądałaś. – Parsknąłem, czego szybko pożałowałem. – Ba, ty byłaś na tym meczu!
To był moment, w którym przestałem kontrolować swoje emocję i postanowiłem przerwać bitwę, którą wciąż toczyłem wewnątrz siebie. Koniec z ciągłym hamowaniem myśli i słów, ponieważ tak będzie lepiej, ponieważ to rozwiązanie najlepsze z możliwych. Gówno prawda. Bolała mnie już głowa, ciało i dusza. Pół życia mówiłem to co dobre, dusząc w sobie to co słuszne, skazując samego siebie na porażkę, a przecież kochałem szczerość spośród wszystkich cech najbardziej, nawet jeżeli wiązała się z egoizmem i samolubstwem.
Mogłem myśleć teraz wyłącznie tylko o sobie i swoich korzyściach, ale tego właśnie potrzebowałem i z tego właśnie byłem dumny, ponieważ po raz pierwszy zależało mi tylko na mnie, to już nie były jedynie oskarżenia, otaczających mnie osób. Od tej chwili to była prawda.
-Gratuluję. – Szepnęła, ale pomruk ten poprzedzało długotrwałe zamyślenie. Nie to chciała powiedzieć. Wszystko, ale nie to.
-Gratulujesz mi wygranej? – Wydusiłem z siebie prawie tracąc oddech. – Do cholery jasnej, gratulujesz mi wygranej? – Za wszelką cenę starałem się nie krzyczeć, dlatego mocno zaciskałem zęby, czując, że serce za chwilę wyskoczy mi z klatki i pokoziołkuję ulicą prosto na cmentarz. Przymknąłem powieki żeby opanować nerwy. – Czy ty sobie żartujesz?
Patrzyłem na nią intensywnie, jak student, oczekujący na wyniki egzaminu, który decyduję o jego być albo nie być. Miałem ochotę chwycić za jej ramiona i rozszarpać ją na miejscu, chociaż wciąż żałowałem tych myśli. W rzeczywistości nie byłbym do tego zdolny, pożałowałbym samego mocniejszego ściśnięcia jej ciała, a co dopiero wyrządzenia jej krzywdy. Wciąż zamykała i otwierała usta na zmianę. Tak, chciała coś powiedzieć, ale nie potrafiła ubrać tego w słowa. Zamiast rozmowy wybrała krok w tył. Cofnęła się, błądząc spojrzeniem po otoczeniu. Była zdezorientowana. Zaśmiałem się, kiedy wykonała drugi krok i automatycznie złapałem ją za nadgarstek. Nie mogłem pozwolić jej zniknąć. Nie mogłem pozwolić  by znów przepadła, zostawiając w mojej głowie prawdziwą burzę z piorunami.
Uderzyła mnie pięścią w tors, ale prędzej miało to posłużyć za wyładowanie emocji niż zrobienie mi jakiejkolwiek krzywdy. Widziałem jak dumnie zagryzała wargi i próbowała zatuszować krew, która powoli zaczynała spływać po jej brodzie. Milie miała w oczach łzy.
Puściłem jej nadgarstek, dostrzegając mocno zaczerwieniony ślad po mojej dłoni na jej skórze, po którym przejechałem kciukiem. Nie chciałem zadawać jej bólu, ale ta sytuacja sprawiała, że wszelkie punkty, które dotąd stanowiły za barierę moich emocji, odeszły w niepamięć. Nie było już żadnych progów oznaczonych czerwonym kolorem.
Wziąłem dokładnie sześć głębokich oddechów, całkowicie skupiając się na ich wykonaniu, a Milie stała i obserwowała tę scenę. Później znów chwyciłem za jej rękę, nie wkładając w ten gest aż tak dużej siły, powodując, że szła równo ze mną w bliżej nieokreślonym kierunku. Chciałem po prostu uciec przed tłokiem, który zaczynał pojawiać się na ulicy przy knajpie. Niepotrzebna była mi widownia. Miałem wakacje i czas na życie prywatne, w którym nie było miejsca dla wścibskich mediów.
-Przepraszam, okej? – Krzyknęła, próbując uwolnić się od mojego dotyku, co przychodziło jej z wielkim trudem, a irytacje potęgowała świadomość, że działania te były bezskuteczne. W mojej głowie jak echo odbijały się jej ostatnie słowa i drażniły każdy centymetr mojego ciała. Zatrzymałem się i delikatnie popchałem ją w kierunku muru. Później stanąłem na wprost niej i oparłem ręce po obu stronach jej głowy, żeby nie mogła uciec. Mierzyłem ją wzrokiem z góry, znów próbując opanować swoją wściekłość. Dobrze, że jeszcze wciąż potrafiłem nad nią zapanować.
-Nie chcę twoich przeprosin. – Powiedziałem pewnym głosem, przecząco kręcąc głową. Wiedziałem, że irytuje ją mój oddech, który drażnił jej twarz, ale jak już wcześniej wspomniałem – liczyły się moje uczucia. Innych miałem teraz w dupie. – Potrzebowałem ich miesiąc temu, potrzebowałem ich tydzień temu, ba, ja potrzebowałem ich nawet trzy dni temu. – Widziałem jak często mruga, próbując opanować emocje, próbując pokazać, że jest silna, że spływa to po niej jak woda pod prysznicem każdego dnia, ale ja chciałem uderzyć głęboko. Dlatego nie obchodziło mnie jej zachowanie. – Ale dziś już ich nie chcę, Mil. – Mój głos, dotąd pewny i stanowczy, w trakcie wypowiadania tego zdania się złamał. Nienawidziłem z całego serca siebie za ten moment, ale nie mogłem cofnąć już czasu. Liczyło się tu i teraz - prawda, emocje, które rujnują cały światopogląd i zaślepiają rozsądek.
Pokręciłem niedowierzająco głową, a całą swoją nieufność, która prowadziła do bezsilności, ukazałem uderzając płaską dłonią w mur. Rozleciałem się na kawałki.
-Dziś już ich nie chcę. – Powtarzałem kilkukrotnie.
-Jakby to wszystko wyglądało, gdyby Arsenal nie awansował do tego finału, co? – Kontynuowałem, żeby nie dopuścić jej do głosu. Po prostu ja nie chciałem go słyszeć. Nie byłem na to gotowy w tamtym momencie. – Wciąż musiałbym żyć nadzieją, że przypadki się zdarzają i pewnego dnia wpadnę na ciebie na opuszczonej ulicy w Honolulu albo dostrzegę z sankami w najmroźniejszy dzień zimy na Grenlandii? Nie chcę twoich przeprosin. Chcę po prostu twoich wyjaśnień.
-Na cholerę ci wyjaśnienia? Nie jesteś dla mnie nikim ważnym, nie muszę ci się spowiadać!
-Bo oszukałaś mojego najlepszego przyjaciela? Potraktowałaś go jak śmiecia, kiedy ci pomagał? Zużyłaś i wyrzuciłaś kiedy przestał być ci potrzebny?
-To nie tak. – Szepnęła, udając przerażenie.
-Przestań grać Milie!
-Nie oszukałam go!
-Ale on do jasnej cholery, czuję się oszukany! – Wrzasnąłem, sprawiając, że wszystkie ptaki poderwały się do góry i odfrunęły z przerażeniem. Nie mogłem opanować tonu głosu, ponieważ nie czułem już takiej potrzeby. Patrzyłem na nią w oczekiwaniu przez kilkanaście sekund, jednak już chwilę potem poczułem okropne pieczenie w gardle. Moje struny głosowe były wyczerpane po całym sezonie ścierania ich na boisku. Potarłem dłonią skórę na szyi oddalając się od jej postaci. Musiałem chwilę pomyśleć na trzeźwo o ile było to możliwe, kiedy stała zaledwie kilka metrów za mną niczego nieświadoma. Zachowywała się jakby przez te dwa miesiące żyła w przeświadczeniu, że w naszym życiu nic się nie zmieniło, że wszystko ma swój określony ład i porządek. Naiwność, pieprzona naiwność.
Kiedy powrotem odwróciłem się w jej stronę, znów jęknąłem czując jak moje serce rozlatuje się na kilka dodatkowych kawałków. Wypełniało mnie współczucie, ponieważ nie mogłem znieść, że jej policzki są mokre od łez, jednak z drugiej strony chciałem żeby poczuła się choć trochę zraniona tak jak zraniony czuł się Wojtek.
-Myślisz, że twój wyjazd po nim spłynął? Myślisz, że to olał i jak gdyby nigdy nic wrócił do swojego życia? – Zamilkłem, licząc na jakąkolwiek odpowiedź. – Jesteś taka naiwna. – Dodałem z goryczą w głosie.
-Wiesz jak on się czuł, kiedy dowiedział się o Balu? – W jej oczach dostrzegłem przerażenie. – Zapytałem go po prostu czy mogłaś pojechać do Madrytu..
-To wszystko nie tak. – Jej głos był słaby, wzrok nie miał odwagi skrzyżować się z moim spojrzeniem. Z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej, dlatego żeby mieć doskonały przegląd sytuacji, wciąż się do niej zbliżałem.
-Myślałem, że byłem jedynym idiotą, któremu nie powiedzieliście o Balu, a tymczasem okazałem się jedynym frajerem, który się o nim dowiedział. To dlatego tak mnie nienawidzisz? Bo odkryłem twoją tajemnice?
-Wcale cię nie nienawidzę.
Chciałem żeby mnie nie nienawidziła, bo niestety muszę przyznać, że mimo wszystkich przeciwności, które spotkały mnie w ostatnim czasie ja nie potrafiłem jej znienawidzić. Mimo tych wszystkich numerów, które odwaliła wciąż chciałem dostrzec w jej oczach chociaż cień uczuć, które nie miały żadnego powiązania z nienawiścią, naprawdę mocno na to liczyłem.
-Chodź.
Nie czekałem na jej reakcję tylko ruszyłem do przodu. Londyn nocą był naprawdę piękny, dlatego nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego dotąd tak rzadko spacerowałem jego ulicami po zmierzchu. Powietrze w końcu pozwalało normalnie funkcjonować. Upalny dzień dobiegł końca.
-Nie jestem gotowa na rozmowę z nim.
Ja też nie byłem gotowy na to żeby spojrzeć mu wtedy w twarz. Zarówno ja jak i on potrzebowaliśmy czasu. Otworzyłem drzwi od strony pasażera w swoim samochodzie i gestem dłoni zaprosiłem ją do środka.
-Aaron, czy ty mnie słyszysz? Nie jestem gotowa! – Histeryzowała.
-Jedziemy do sklepu, moja droga.
Z perspektywy czasu dostrzegam w tej rozmowie, wiele wad i elementów, które nigdy nie powinny mieć miejsca, które nigdy nie powinny wystąpić w rozmowie między dwójką tak krótko znających się ludzi. Ta rozmowa potrzebna mi była jak tlen po tygodniu upałów. Mijają dni, mijają tygodnie, lata, a ja wciąż nie potrafię zrozumieć, dlaczego w dotąd zawsze wietrznym i deszczowym Londynie, akurat tamtego dnia było tak gorąco. Odpowiedź nasuwa mi się sama, ale czas weryfikuję każdą dobę. Tamtego dnia powinno lać.

2 komentarze:

  1. Zatęskniłam za tym. Jeszcze Mumfordzi w tytule.

    OdpowiedzUsuń
  2. brawo! Już wiadomo, co będę czytać w ciągu kolejnych dni <3

    OdpowiedzUsuń