Jak
mogła nie powiedzieć Wojtkowi o Bale? Jak mogła ukrywać przed nim, że mieszkała
w Londynie? Jak..
W
zasadzie pytanie jak nie miało tutaj
już żadnego znaczenia; zagłębianie się w cholerne szczegóły, na które poznanie
odpowiedzi było praktycznie niemożliwe nie miło już żadnego sensu. Dlaczego?
Dlaczego z tą dziewczyną wiązało się tyle niewiadomych i sekretów? Dlaczego
każda próba dowiedzenia się czegokolwiek na jej temat kojarzyła mi się ze
stąpaniem po bardzo kruchym i niepewnym lodzie? Potrafiłem pływać doskonale,
jednak na samą myśl o lodowatej wodzie, która wypełnia moje płuca, ogarniał
mnie strach, w moim umyśle budziło się przerażenie. W tamtej chwili byłem
wściekły, po prostu nie mogłem pojąć, dlaczego doprowadziła do sytuacji, w
której każdy jej ruch i czyn wydawał mi się podejrzany. To nie było normalne.
Gdyby
Milie wrzucała mi do skarbonki kilka złotych monet za każdym razem, kiedy moja
pięść zatrzymywała się a następnie odbijała od tapicerki samochodu, dziś bez
wątpienia byłbym miliarderem. Ostatnio tylko w taki sposób potrafiłem wyładować
swoją wściekłość, ponieważ cios, który zadawałem swojemu pojazdowi powodował momentalne
otrzeźwienie, które przychodziło razem z bólem, rozchodzącym się po mojej
dłoni. Niestety coraz częściej odnosiłem wrażenie, że z dnia na dzień staję się
coraz bardziej odporny na wszelkie krzywdy, że ciosy, które kiedyś wgniotłyby
mnie w ziemię już nie robią na mnie żadnego wrażenia.
Miałem
obsesje na punkcie dostarczania swojemu organizmowi wymaganej porcji jedzenia,
więc głód, który dawał mi o sobie znać odkąd wstałem, powoli budził we mnie
przerażenie. Jedzenie, które kupiłem w przypadkowej knajpie w drodze do Wojtka
od razu po opuszczeniu jego domu, wyrzuciłem do najbliższego kosza. W Londynie
było naprawdę dużo restauracji, które serwowało jedzenie z najwyższej półki,
dlatego nigdy nie potrafiłem ich sklasyfikować. Jadłem w miejscu blisko którego
w danym momencie się znajdowałem i nigdy nie znalazłem żadnych słów krytyki,
którymi mógłbym obrzucić szefa kuchni. Obracałem się w profesjonalnym
towarzystwie i to napawało mnie niemałym optymizmem.
Tamtego
dnia po pożegnaniu ze Szczęsnym długo jeździłem po zakorkowanym Londynie, nie mając nic lepszego do robienia.
Próbowałem uporządkować swoje myśli, które podobnie jak ja krążyły w błędnym
kole, ale od mojej czaszki odbijało się zbyt wiele pytań bez odpowiedzi. W
końcu zrezygnowany zaparkowałem w miejscu, którego nie odwiedzałem od naprawdę
wielu miesięcy. Po przekroczeniu progu pomieszczenia, uderzył we mnie
specyficzny zapach kwiatów oraz zawiedziony okrzyk kibiców. Na ekranie
telewizora leciał mecz. Zignorowałem odbiornik i złożyłem zamówienie. Liczyłem
na coś naprawdę dobrego i przekonującego, ponieważ jeszcze kilka minut bez
przełknięcia czegokolwiek a leżałbym bez sił na płytkach.
Lokal
nie zmienił się praktycznie wcale od czasu, kiedy odwiedziłem go ostatni raz.
Ściany miały charakterystyczny bordowy kolor, który w połączeniu z ciemnym
drewnem i delikatnymi białymi dodatkami prezentował się imponująco. Świeczki,
ustawione na każdym stole pachniały konwaliami, a kieliszki stojące na wysokiej
ladzie, błyszczały w ich nikłym świetle. Nie zauważyłem nawet kiedy kelner
postawił przede mną zamówione danie i odszedł do stolika w drugim końcu sali.
Danie pachniało obłędnie i jeszcze lepiej smakowało. Jedząc, nieprzerwanie
oglądałem kartę dań, analizując czy warto nadrabiać kilometry i po powrocie z
wakacji jeść tu codziennie. Moje ulubione potrawy podawane były jednak tylko w
weekendy, tamtego dnia chyba po prostu miałem szczęście. Kelner proponował mi
również wino, jednak postawiłem na orzeźwiającą wodę z lodem.
-Kochana,
ty chyba urodziłaś się pod szczęśliwą gwiazdą! – Krzyknął rozentuzjazmowany
chłopak, a ja uniosłem wzrok znad menu i zacząłem przyglądać się rozgrywanej
przede mną scenie. Następnie przebiegł kilka metrów nie odkładając ścierki,
którą prawdopodobnie coś wycierał i odjął dziewczynę, która ledwie zdążyła
przekroczyć drzwi wejściowe.
Och,
ile ja bym dał, żeby przyjść na świat w miejscu, o którym wspomniał. Może wtedy
przestałby prześladować mnie notoryczny i nieustępliwy pech. Podobno zazdrość
należy do uczuć tych złych jednak czasami chyba warto zaryzykować, a ja byłem
człowiekiem uważnym.
Wróciłem
do przeglądania obrazków z jedzeniem, ponieważ nie miałem w zwyczaju
podsłuchiwać. Kiedy jednak zarejestrowałem jak kelner wypowiada moje nazwisko,
przeniosłem na niego wzrok, a moje spojrzenie skrzyżowało się z niebieskimi
tęczówkami pięknej dziewczyny, stojącej teraz przy barze.
Długo
patrzyłem w jej oczy, nie mogąc uwierzyć w to co widzę. Chyba nawet otworzyłem
usta, próbując wyrazić swoje zdziwienie. Ona natomiast przerwała kontakt
wzrokowy, pożegnała się ze znajomym i jak gdyby nigdy nic wyszła z lokalu.
Przywykłem
już do tego, że próbowałem odszukać jej twarz w każdej napotkanej brunetce.
Nieraz zaczepiałem obce osoby, a później z rozczarowania plułem sobie w twarz,
że jestem takim idiotą. Teraz byłem pewniejszy niż kiedykolwiek.
-Milie!
Nie
zareagowała na wypowiedziane przeze mnie imię, jednak po okrzyku zdumienia,
który wydostał się z gardła młodego mężczyzny, wycierającego właśnie kufel, już
nie miałem żadnych wątpliwości. To była ona. Po tygodniach poszukiwań i
sytuacji, kiedy wyłapywałem jej twarz w przypadkowo spotkanych osobach na
ulicy, w końcu dotarłem do celu. W końcu się nie pomyliłem. Ona kilka sekund
temu przede mną stała.
Z
krzesła, które zajmowałem od jakiejś godziny, wstałem jak zahipnotyzowany. Nie
pamiętam momentu, kiedy sięgnąłem do kieszeni po portfel i rzuciłem jakiś
banknot na stolik, jednak kiedy odpychałem się dłońmi od stolika, widziałem, że
ten już od dawna na nim leżał. W tamtym momencie miałem tylko jeden cel, reszta
świata mogła nie istnieć – ja musiałem ją złapać, musiałem upewnić się, że
osoba, którą właśnie dane mi było zobaczyć jest jednocześnie tą, którą szukałem
od tygodni.
-Nie
zbywaj mnie. – Krzyknąłem, kiedy zrozumiałem, że ona wcale nie zamierza ze mną
rozmawiać. Czułem się tym faktem najzwyczajniej w świecie poirytowany. Do
cholery, chyba należało mi się jakiekolwiek wytłumaczenie? Chyba należało mi
się chociaż jedno słowo, które paść miało z jej ust? Należało mi się chociaż
jakieś głupie przepraszające spojrzenie. Usłyszawszy te słowa, odwróciła się w
moim kierunku, a z mojego gardła wydostał się niekontrolowany jęk. To naprawdę
była ona, nie myliłem się. Miała rozwiane włosy, zaróżowione policzki i oczy
wypełnione dziwnym uczuciem. Stała przede mną ta sama dziewczyna, którą niecały
rok temu obserwowałem z odległości kilkunastu metrów, stojąc przy swoim
samochodzie.
To
spotkanie wyobrażałem sobie tysiące razy. Tak jak każdy człowiek wyobraża sobie
spotkanie z ważną osobą, której nie miał szansy zobaczyć przez bardzo długi
czas. Wymyśla sobie dialogi i odpowiedzi na możliwie każde pytanie, którego
może się spodziewać, ale kiedy przychodzi co do czego to język staje w gardle,
nie jesteśmy w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa. W mojej głowie kłębiło
się wiele słów, panował istny mętlik, a ja nie wiedziałem co w ogóle mam jej
powiedzieć, co będzie odpowiednie. Dlatego tylko stałem przed nią i z uwagą
obserwowałem jej twarz; jak patrzy na mnie i jeździ wzrokiem po mojej buzi; jak
zagryza wargi i próbuję stłumić wszystkie emocje, które mimowolnie ukazują jej
policzki, usta i oczy.
Kiedy
jej wzrok utknął w punkcie, znajdującym się na wysokości mojego ramienia, a ja
utwierdziłem się w przekonaniu, że nie wstrzymuje oddechu tylko ze względu na
to, odwróciłem się i zacząłem szukać wzrokiem punktu zaczepienia, ale przede
mną była tylko zwykła ściana budynku, krzesła i..
Telewizor?
Kolory raziły swoją ostrością, a zieleń zlewała się z czerwienią. Wnętrze baru
wypełnił jęk zawodu brytyjskiego komentatora, a na ekranie pojawiła się
skrzywiona twarz Cazorli. Santi przewrócił się w polu karnym Hull, jednak
sędzia nie podyktował rzutu karnego dla Arsenalu. Pamiętałem tę sytuację,
ponieważ ta decyzja arbitra sprawiła, że gra zaczynała się od początku. To była
powtórka niedzielnego meczu. Meczu, w którym brałem czynny udział, dlaczego
wcześniej tego nie dostrzegłem?
-Oglądałaś?
– Na początku miałem wrażenie, że zadałem to pytanie jedynie w myślach. Później
jednak dostrzegłem zdziwienie wymalowane na jej twarzy. Mogłem zadać każde z
pytać kłębiących się w mojej głowie nieprzerwanie od opuszczenia domu Wojtka, a
nawet zainteresować się pogodą, ale ja wybrałem najgłupsze z możliwych, na
które każdy znał odpowiedź. – To głupie pytanie. – Skarciłem się w myślach i
wywróciłem oczami, patrząc w niebo. Próbowałem unormować swój oddech i oczyścić
umysł, ponieważ w mojej głowie toczyła się zacięta walka o to jaką kwestię
poruszyć powinienem najpierw, a o której zapomnieć już za zawsze, a najlepiej
spalić w piecu i wyrzucić jej zwęglone odłamki. Próbowałem opanować złość i
irytacje. – Jasne, że oglądałaś. – Parsknąłem, czego szybko pożałowałem. – Ba,
ty byłaś na tym meczu!
To
był moment, w którym przestałem kontrolować swoje emocję i postanowiłem
przerwać bitwę, którą wciąż toczyłem wewnątrz siebie. Koniec z ciągłym
hamowaniem myśli i słów, ponieważ tak będzie lepiej, ponieważ to rozwiązanie
najlepsze z możliwych. Gówno prawda. Bolała mnie już głowa, ciało i dusza. Pół
życia mówiłem to co dobre, dusząc w sobie to co słuszne, skazując samego siebie
na porażkę, a przecież kochałem szczerość spośród wszystkich cech najbardziej,
nawet jeżeli wiązała się z egoizmem i samolubstwem.
Mogłem
myśleć teraz wyłącznie tylko o sobie i swoich korzyściach, ale tego właśnie
potrzebowałem i z tego właśnie byłem dumny, ponieważ po raz pierwszy zależało
mi tylko na mnie, to już nie były jedynie oskarżenia, otaczających mnie osób.
Od tej chwili to była prawda.
-Gratuluję.
– Szepnęła, ale pomruk ten poprzedzało długotrwałe zamyślenie. Nie to chciała
powiedzieć. Wszystko, ale nie to.
-Gratulujesz
mi wygranej? – Wydusiłem z siebie prawie tracąc oddech. – Do cholery jasnej,
gratulujesz mi wygranej? – Za wszelką cenę starałem się nie krzyczeć, dlatego
mocno zaciskałem zęby, czując, że serce za chwilę wyskoczy mi z klatki i
pokoziołkuję ulicą prosto na cmentarz. Przymknąłem powieki żeby opanować nerwy.
– Czy ty sobie żartujesz?
Patrzyłem
na nią intensywnie, jak student, oczekujący na wyniki egzaminu, który decyduję
o jego być albo nie być. Miałem ochotę chwycić za jej ramiona i rozszarpać ją
na miejscu, chociaż wciąż żałowałem tych myśli. W rzeczywistości nie byłbym do
tego zdolny, pożałowałbym samego mocniejszego ściśnięcia jej ciała, a co
dopiero wyrządzenia jej krzywdy. Wciąż zamykała i otwierała usta na zmianę.
Tak, chciała coś powiedzieć, ale nie potrafiła ubrać tego w słowa. Zamiast
rozmowy wybrała krok w tył. Cofnęła się, błądząc spojrzeniem po otoczeniu. Była
zdezorientowana. Zaśmiałem się, kiedy wykonała drugi krok i automatycznie
złapałem ją za nadgarstek. Nie mogłem pozwolić jej zniknąć. Nie mogłem pozwolić by znów przepadła, zostawiając w mojej głowie
prawdziwą burzę z piorunami.
Uderzyła
mnie pięścią w tors, ale prędzej miało to posłużyć za wyładowanie emocji niż
zrobienie mi jakiejkolwiek krzywdy. Widziałem jak dumnie zagryzała wargi i
próbowała zatuszować krew, która powoli zaczynała spływać po jej brodzie. Milie
miała w oczach łzy.
Puściłem
jej nadgarstek, dostrzegając mocno zaczerwieniony ślad po mojej dłoni na jej
skórze, po którym przejechałem kciukiem. Nie chciałem zadawać jej bólu, ale ta
sytuacja sprawiała, że wszelkie punkty, które dotąd stanowiły za barierę moich
emocji, odeszły w niepamięć. Nie było już żadnych progów oznaczonych czerwonym
kolorem.
Wziąłem
dokładnie sześć głębokich oddechów, całkowicie skupiając się na ich wykonaniu,
a Milie stała i obserwowała tę scenę. Później znów chwyciłem za jej rękę, nie
wkładając w ten gest aż tak dużej siły, powodując, że szła równo ze mną w
bliżej nieokreślonym kierunku. Chciałem po prostu uciec przed tłokiem, który
zaczynał pojawiać się na ulicy przy knajpie. Niepotrzebna była mi widownia.
Miałem wakacje i czas na życie prywatne, w którym nie było miejsca dla
wścibskich mediów.
-Przepraszam,
okej? – Krzyknęła, próbując uwolnić się od mojego dotyku, co przychodziło jej z
wielkim trudem, a irytacje potęgowała świadomość, że działania te były
bezskuteczne. W mojej głowie jak echo odbijały się jej ostatnie słowa i
drażniły każdy centymetr mojego ciała. Zatrzymałem się i delikatnie popchałem
ją w kierunku muru. Później stanąłem na wprost niej i oparłem ręce po obu
stronach jej głowy, żeby nie mogła uciec. Mierzyłem ją wzrokiem z góry, znów
próbując opanować swoją wściekłość. Dobrze, że jeszcze wciąż potrafiłem nad nią
zapanować.
-Nie
chcę twoich przeprosin. – Powiedziałem pewnym głosem, przecząco kręcąc głową.
Wiedziałem, że irytuje ją mój oddech, który drażnił jej twarz, ale jak już
wcześniej wspomniałem – liczyły się moje uczucia. Innych miałem teraz w dupie.
– Potrzebowałem ich miesiąc temu, potrzebowałem ich tydzień temu, ba, ja
potrzebowałem ich nawet trzy dni temu. – Widziałem jak często mruga, próbując
opanować emocje, próbując pokazać, że jest silna, że spływa to po niej jak woda
pod prysznicem każdego dnia, ale ja chciałem uderzyć głęboko. Dlatego nie
obchodziło mnie jej zachowanie. – Ale dziś już ich nie chcę, Mil. – Mój głos,
dotąd pewny i stanowczy, w trakcie wypowiadania tego zdania się złamał.
Nienawidziłem z całego serca siebie za ten moment, ale nie mogłem cofnąć już
czasu. Liczyło się tu i teraz - prawda, emocje, które rujnują cały światopogląd
i zaślepiają rozsądek.
Pokręciłem
niedowierzająco głową, a całą swoją nieufność, która prowadziła do bezsilności,
ukazałem uderzając płaską dłonią w mur. Rozleciałem się na kawałki.
-Dziś już ich nie chcę. – Powtarzałem
kilkukrotnie.
-Jakby
to wszystko wyglądało, gdyby Arsenal nie awansował do tego finału, co? –
Kontynuowałem, żeby nie dopuścić jej do głosu. Po prostu ja nie chciałem go
słyszeć. Nie byłem na to gotowy w tamtym momencie. – Wciąż musiałbym żyć
nadzieją, że przypadki się zdarzają i pewnego dnia wpadnę na ciebie na
opuszczonej ulicy w Honolulu albo dostrzegę z sankami w najmroźniejszy dzień
zimy na Grenlandii? Nie chcę twoich przeprosin. Chcę po prostu twoich
wyjaśnień.
-Na
cholerę ci wyjaśnienia? Nie jesteś dla mnie nikim ważnym, nie muszę ci się
spowiadać!
-Bo
oszukałaś mojego najlepszego przyjaciela? Potraktowałaś go jak śmiecia, kiedy
ci pomagał? Zużyłaś i wyrzuciłaś kiedy przestał być ci potrzebny?
-To
nie tak. – Szepnęła, udając przerażenie.
-Przestań
grać Milie!
-Nie
oszukałam go!
-Ale
on do jasnej cholery, czuję się oszukany! – Wrzasnąłem, sprawiając, że
wszystkie ptaki poderwały się do góry i odfrunęły z przerażeniem. Nie mogłem
opanować tonu głosu, ponieważ nie czułem już takiej potrzeby. Patrzyłem na nią
w oczekiwaniu przez kilkanaście sekund, jednak już chwilę potem poczułem
okropne pieczenie w gardle. Moje struny głosowe były wyczerpane po całym
sezonie ścierania ich na boisku. Potarłem dłonią skórę na szyi oddalając się od
jej postaci. Musiałem chwilę pomyśleć na trzeźwo o ile było to możliwe, kiedy
stała zaledwie kilka metrów za mną niczego nieświadoma. Zachowywała się jakby
przez te dwa miesiące żyła w przeświadczeniu, że w naszym życiu nic się nie
zmieniło, że wszystko ma swój określony ład i porządek. Naiwność, pieprzona
naiwność.
Kiedy
powrotem odwróciłem się w jej stronę, znów jęknąłem czując jak moje serce
rozlatuje się na kilka dodatkowych kawałków. Wypełniało mnie współczucie,
ponieważ nie mogłem znieść, że jej policzki są mokre od łez, jednak z drugiej
strony chciałem żeby poczuła się choć trochę zraniona tak jak zraniony czuł się
Wojtek.
-Myślisz,
że twój wyjazd po nim spłynął? Myślisz, że to olał i jak gdyby nigdy nic wrócił
do swojego życia? – Zamilkłem, licząc na jakąkolwiek odpowiedź. – Jesteś taka
naiwna. – Dodałem z goryczą w głosie.
-Wiesz
jak on się czuł, kiedy dowiedział się o Balu? – W jej oczach dostrzegłem
przerażenie. – Zapytałem go po prostu czy mogłaś pojechać do Madrytu..
-To
wszystko nie tak. – Jej głos był słaby, wzrok nie miał odwagi skrzyżować się z
moim spojrzeniem. Z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej, dlatego żeby
mieć doskonały przegląd sytuacji, wciąż się do niej zbliżałem.
-Myślałem,
że byłem jedynym idiotą, któremu nie powiedzieliście o Balu, a tymczasem
okazałem się jedynym frajerem, który się o nim dowiedział. To dlatego tak mnie
nienawidzisz? Bo odkryłem twoją tajemnice?
-Wcale
cię nie nienawidzę.
Chciałem
żeby mnie nie nienawidziła, bo niestety muszę przyznać, że mimo wszystkich
przeciwności, które spotkały mnie w ostatnim czasie ja nie potrafiłem jej
znienawidzić. Mimo tych wszystkich numerów, które odwaliła wciąż chciałem
dostrzec w jej oczach chociaż cień uczuć, które nie miały żadnego powiązania z
nienawiścią, naprawdę mocno na to liczyłem.
-Chodź.
Nie
czekałem na jej reakcję tylko ruszyłem do przodu. Londyn nocą był naprawdę
piękny, dlatego nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego dotąd tak rzadko
spacerowałem jego ulicami po zmierzchu. Powietrze w końcu pozwalało normalnie
funkcjonować. Upalny dzień dobiegł końca.
-Nie
jestem gotowa na rozmowę z nim.
Ja
też nie byłem gotowy na to żeby spojrzeć mu wtedy w twarz. Zarówno ja jak i on
potrzebowaliśmy czasu. Otworzyłem drzwi od strony pasażera w swoim samochodzie
i gestem dłoni zaprosiłem ją do środka.
-Aaron,
czy ty mnie słyszysz? Nie jestem gotowa! – Histeryzowała.
-Jedziemy
do sklepu, moja droga.
Z
perspektywy czasu dostrzegam w tej rozmowie, wiele wad i elementów, które nigdy
nie powinny mieć miejsca, które nigdy nie powinny wystąpić w rozmowie między
dwójką tak krótko znających się ludzi. Ta rozmowa potrzebna mi była jak tlen po
tygodniu upałów. Mijają dni, mijają tygodnie, lata, a ja wciąż nie potrafię
zrozumieć, dlaczego w dotąd zawsze wietrznym i deszczowym Londynie, akurat
tamtego dnia było tak gorąco. Odpowiedź nasuwa mi się sama, ale czas weryfikuję
każdą dobę. Tamtego dnia powinno lać.
Zatęskniłam za tym. Jeszcze Mumfordzi w tytule.
OdpowiedzUsuńbrawo! Już wiadomo, co będę czytać w ciągu kolejnych dni <3
OdpowiedzUsuń