piątek, 20 marca 2015

2. Go so hard everyday.

Podobno koniec jednego rozdziału oznacza początek kolejnego. Co prawda nikt nie ma pewności czy mimo postanowień i szczerych deklaracji, że teraz będzie już tylko lepiej, rzeczywiście wszystko potoczy się właśnie w tym dobrym i pożądanym kierunku, ale ja zawsze żyłem nadzieją. Żyłem nadzieją, kiedy mój ojciec zamykał oczy, tłumacząc mi jak bardzo mnie kocha i że zawsze będzie ze mną oraz wtedy, kiedy lekarz obwieścił mi, że na dziesięć miesięcy żegnam się z boiskiem. Żyłem nadzieją, zauważając jak iskierki w oczach Alice błyszczą coraz żywszym żarem i wtedy, kiedy uświadamiałem sobie, że to wcale nie moja zasługa, ale przede wszystkim wciąż wierzyłem w to, że kiedyś będę szczęśliwy. 
Podobno żal i złość przemijają, bo po każdej burzy wschodzi słońce, a niebo przecina kolorowa tęcza. Podobno wszystko w życiu jest w naszych rękach, które wcale nie są skute pancernymi kajdankami, a ja nie powinienem czuć, że nie ma we mnie życia, że umieram, prawda? Więc dlaczego jest zupełnie inaczej? Dlaczego ja to czuję? Dlaczego czuję jak coś niemiłosiernie kłuje mnie w okolicach serca, jak myśli przytłaczają mnie na tyle, że nie potrafię przeżyć dnia żeby nie nafaszerować się przeraźliwie mocnymi lekami, dlaczego szczere gesty względem ludzi to już zamierzchła przeszłość?
Ja umieram. W każdej chwili, sekundzie i oka mgnieniu starzeje się i odchodzę, bo moje serce nie jest już całością ani nawet strzępkiem pojedynczych okruszków, a serce musi być przecież sprawne by żyć, prawda? A ja mam parę ran nie do zszycia, ja mam świadomość, że wiem za dużo, że przeżyłem na tyle dużo, że nie potrafię przejść na tym do porządku dziennego. Nawet gdy się śmieje, gdy opowiadam żarty, przekazując wszystkim jednocześnie, że to wszystko działa to w rzeczywistości ja kłamię. Ja kłamię. Jak parszywiec. I dlatego właśnie powoli zostaję eliminowany przez społeczeństwo. 

Przez cały czas wydawało mi się, że jestem silny, że jestem w stanie pokonać wszelkie przeszkody, bo to tylko błahostki, ale z czasem przekonałem się, że to w dosłownym znaczeniu coś znaczenie trudniejszego, a ja nie potrafię dać sobie z tym rady. To mnie zabijało. Zabijały mnie myśli, które nawiedzały mnie każdej nocy, spędzanej, leżąc bezczynnie na kanapie z lampką wina w dłoni, chociaż doskonale wiedziałem, że nie mogę tego robić i wspominałem, a wspomnienia bolały jak nigdy. Wspomnienia kłuły i powodowały, że czułem się jakbym już jedną nogą znajdował się po drugiej stronie. Jakby mnie nie było. Jakby miejsce na kanapie było wolne, a szkło, które trzymałem w dłoni, bezczynnie stało na szklanym stoliku. Czułem się na tyle wypruty już z emocji jakbym obserwował to wszystko z boku. Obserwowanie z boku pozornie wydawało się dużo lepsze, ponieważ nauczyłem się nie wynosić swoich uczuć zbyt bardzo na światło dzienne. Nikt nie mógł wiedzieć, że w głębi siebie ze wszystkich sił pragnę odejść i uciec od tego wszystkiego by nic już nie czuć. Chciałbym nic nie czuć. Czucie było najgorsze, bo widzicie, jeżeli wszystkie cierpienia i bóle skrywa się w sobie szczelnie cały dzień to w nocy one przygniatają jak nigdy. Przygniatają jak słoń i odbierają możliwość swobodnego oddychania. Dlatego właśnie każdej nocy powoli umierałem. Samoistnie.
Noce były też jedynymi chwilami, w których czułem, że mogę stać się naprawdę szczerym człowiekiem, niemającym przed nikim tajemnic i sekretów, które powoli zabijały. Noce były momentem, w którym kończyła się gra, a rozpoczynało się prawdziwe i nieudawane życie. I dla mnie to było istne piekło, mimo że nikt nigdy nie zauważył mojego cierpienia, ale to wina pozornego i łatwego kamuflażu, bo życie nauczyło mnie przecież co robić, by nie zostać poznanym przez kogoś obcego czy fikcyjnie bliskiego. 
Nikt nigdy nie dowie się co przeżywałem każdej nocy, co dusiłem w sobie każdego dnia i jak bardzo cierpiałem każdego popołudnia. I kładłem się spać chyba tylko ze względu na perspektywę, że podczas stagnacji czas płynie szybciej. Wiedziałem, że kolejna nieprzespana noc w moim wykonaniu będzie opierać się na ciągłym odwracaniu wzroku i wyszukiwaniu w ciemności zegarka i kolejnych rozczarowaniach przy uświadamianiu sobie, że czas tak jakby się zatrzymał, że wciąż tkwię w jednym miejscu, a do wyzbycia się tego wszystkiego zbyt dużo czasu jeszcze pozostaje. Przyzwyczaiłem się już do tego, bo był to swoisty zastój, w którym trwałem dwadzieścia cztery godziny na dobę. Taki który towarzyszył mi przy śniadaniu, obiedzie i kolacji i nawet wtedy kiedy patrzyłem na szarą ścianę w salonie, zieloną w łazience i białą w kuchni, bo wszystko wokoło przypominało mi o przeszłości, o walce, o cierpieniu, a przede wszystkim o mojej głupocie, której nigdy nie będę w stanie wymazać z pamięci. 
Właściwie, nie wiem czy chciałem ją wymazywać, bo wymazywanie kojarzyło mi się z usunięciem wszelkich śladów po czymś czego się boimy i przed czym uciekamy, a ja mimo wszystko chciałem o tym pamiętać. Chciałem pamiętać o wszystkich rozczarowaniach, o każdym bólu i cierpieniu, bo to pomagało mi wbrew pozorom funkcjonować. 
Moje życie opierało się na wiecznych analizach sytuacji i gdybaniu, dlaczego zrobiłam to, a nie odważyłam się postawić ostatniej kropki w najważniejszym zdaniu tylko wciąż nadużywałem przecinków, chcąc przedłużyć koniec. Nie chciałem tego ciągnąć, bo czas, który upływał, sprawiał, że cierpiałem coraz mocniej i bardziej, a cierpienia bałem się jak ognia. Chciałem tylko pamiętać o karygodnym błędach, które popełniałem, by nie zgubić się w codzienności, jednak mimo starań wciąż w niej znikałem. Moje pomyłki były głupie i niedorzeczne i codziennie poświęcałem co najmniej kilka godzin na analizy sytuacji, w których się ich dopuściłem, ale wciąż kończyło się to na bezkresnym śmiechu, bo nie dowierzałem, że mogłem być kiedyś tak nierealnie zaślepiony. Kurde, to było okropne - przez całe życie prowadziłem koszmarną walkę by tego uniknąć, by prowadzić poukładany według moich zasad byt, a nie wzorować się na otaczających mnie staranie wytoczonych przykładach. Powoli zaczynałem mieć wrażenie, że wszystko co robię w imię jakiejś pozornie bliskiej idei jest puste i nic nie warte. Nie potrafiłem już oddzielać grubą krechą krzywd wyrządzonych i doświadczonych w przeszłości. To zbyt trudne - panować nad teraźniejszością i nie myśleć o tym co było czy będzie, a każdy nowy dzień zaczynać od zera i kończyć na stu. 
Wojtek starał się mi pomagać. O ile osoba znajdująca się setki metaforycznych kilometrów ode mnie jest w stanie skutecznie to robić o tyle byłem mu wdzięczny, bo potrzebowałem jego wsparcia chyba najbardziej ze wszystkich. Byłem w Londynie sam, a prawda była taka, że tylko on znał moje myśli i pragnienia, problemy i kłopoty, przeszłość i teraźniejszość i tylko on był w stanie jako tako przy mnie trwać i mimo wszystkich tych argumentów, świadomie go odrzucałem. Nienawidziłem siebie za to. Karciłem i przeklinałem siebie za każdy gest i czyn, który z mojej strony skierowany był przeciwko niemu, ale wciąż to robiłem, wciąż go krzywdziłem, bo próbowałem nie pozwolić mu za bardzo się zbliżyć, za bardzo się przyzwyczaić.
Niektórzy tylko kreują się na nieszczęśliwców, widząc smutek w oczach innych, ale w tym przypadku Wojtek był prawdziwy. Od początku do samego końca i za to byłem mu cholernie wdzięczny, bo tego potrzebowałem jak tlenu. Potrzebowałem tej obiektywnej szczerości, która może i raniła, może i sprawiała, że czułem się jeszcze gorszy, ale z drugiej strony pokazywała i udowadniała mi, że mam jednak rację, że wciąż popełniam błędy, których przez całe życie starałem się uniknąć. Pilnowałem na każdym kroku tego by nie zboczyć z właściwej ścieżki, chociaż nigdy nie miałem pewności, że to właśnie ona jest słuszna, ale próbowałem. Kurde, przez całe życie ktoś mi powtarzał, że próby są słuszne, że nie mogę odpuszczać, a ja mu wierzyłem. I nie odpuszczałem, więc dlaczego to wszystko mnie dopadało i niszczyło? Nienawidziłem w sobie tego, że przez całe życie byłem zdany tylko na siebie i to mi wychodziło. Wychodziło mi funkcjonowanie tylko ze sobą, ale kiedy powierzyłem siebie komuś czy czemuś innemu od razu się sparzyłem. Boleśnie.
Indywidualizm był dla mnie korzystny. Indywidualizm zaprowadził mnie właśnie tam. Na Emirates Stadium. W miejsce, które kochałem całym sobą, które przywoływało na moją twarz uśmiech, o którym powoli zapominałem. Zapominałem, że on istnieje, dlatego ze wszystkich sił, całym sobą, starałem się doceniać każdy nawet najmniejszy ułamek sekundy, spędzany na Ashburton Grove.
Przychodziłem tam codziennie, przebywałem tam codziennie, ale każdego pojedynczego dnia uczyłem się doceniać piękno tego miejsca i niezwykłość atmosfery, która otaczała mnie w dowolnym momencie, który właśnie tam spędzałem. I mogłem tam wracać. Zawsze. Za to właśnie kochałem Emirates Stadium, bo Penarth budziło we mnie całkowicie przeciwne uczucia.
Penarth nie było szczęśliwym miastem, to się czuło, a już szczególnie bardziej ponurym i pesymistycznym od Londyny, który może miał i brzydkie obdrapane budynki, pełne ulice i wiecznie szare niebo, ale czuć było w nim klimat i swobodę, za którą kraść można było nawet miliony. A Penarth zabijało. Pojawiając się tam opadałem z sił. Dosłownie. Poczułem jak nogi pod moim ciężarem uginają się, a ja spadam na gorący piasek, przestając rejestrować cokolwiek. Morze w trakcie przypływów praktycznie dosięgało mojego bezwładnego ciała, a ja podróżowałem, rozkoszując się możliwością powrotu do dziecięcych zabaw. Pamiętam, że kiedy miałem dziesięć lat, rodzice na każde wakacje zabierali mnie nad morze, pozwalając oddać się ciszy i spokojowi, który panował wszędzie na około. Kochałem morze. To tam poznałem swoją miłość. To tam po raz pierwszy doceniłem piękno małej i niepozornej piłki, która z czasem stała się moim umiłowaniem, moją religią, moim życiem. To dzięki temu małemu miastu dostałem szansę na każdym treningu w młodości powtarzać sobie, że wcale nie będę jednym z najlepszych piłkarzy na świcie, ja powtarzałem - będę najlepszy. Nie mówiłem, że zagram w najważniejszych i najwyższych rangą rozgrywkach europejskich, ja stawiałem sobie za cel wygranie ich. I być może to próżne, aroganckie, ale ta motywacja, ta chęć bycia najlepszym zaprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem. I w którym tkwić zamierzam przez wieczność. 
Nie pamiętam ile tak leżałem. Być może minęły tylko minuty, a może i całe godziny. Nie liczyłem czasu. Obok mnie młoda kobieta przeskakiwała w miejscu z jednej na drugą nogę, falując suknią, którą swobodnie owiewał wiatr, a ja chyba wciąż nie mogłem się ruszyć. Nie podobał i się ten taniec, ona czy jej partner, ale intrygował mnie ten uśmiech, ten niesamowicie piękny uśmiech, który potrafił i mógł zarażać, a ja poczułem, że mi go brak. Oddawałem się chwili, która wbrew pozorom dotyczyła i mnie, czując szczęście, chwilowe, pozorne, ale szczęście i głupi byłem, bo pozwoliłem zapomnieć sobie, że ono nigdy nie trwa wiecznie. Do cholery, Aaron, zapomniałeś, że szczęście nie jest wieczne. 
Kobieta upadła, a ja wciąż patrzyłem w punkt, na wysokości którego jeszcze chwilę temu znajdował się dołeczek w policzku tej dziewczyny, ale teraz widziałem już tylko morze. 
Ulotność. Widziałem ulotność chwil, co powodowało, że czułem się jeszcze gorzej. Czułem się okłamywany. 
Otworzyłem drzwi od samochodu i z całej siły uderzyłem pięścią w kierownice. Żałowałem tego, ponieważ już kilka sekund później przez moją dłoń przeszedł przeraźliwie silny ból, którego nie byłem w stanie zignorować. Wiedziałem co mam robić. 

Mknąłem najszybciej jak mogłem, balansując na granicy życia i śmierci. To mnie przerażało i jednocześnie ekscytowało jak jeszcze nigdy wcześniej, bo dopiero w tamtym momencie, w ciągu tamtych kilku ułamków sekund, zdałem sobie sprawę z tego jak bardzo trzęsę się, siedząc w samochodzie. Robiłem to codziennie. Codziennie wsiadałem do auta, marząc o dostaniu się do upragnionego miejsca, ale nigdy wcześniej nie zorientowałem się, że przeraża mnie to każdego dnia na nowo. Wiedziałem, że to wszystko mogło skończyć się źle, ale nie miało to dla nie żadnego znaczenia, na kilka minut po tym jak uświadomiłem sobie ile czasu tracę, ile chwil bezpowrotnie przelatują mi przez palce. Ignorowałem ten lęk. Nie chciałem roztrwonić kolejnych - już wystarczająco dużo pogubiłem ich w życiu. 
Mknąłem najszybciej jak mogłem, zostawiając za sobą wszystkie niedoskonałości, bóle, cierpienia i krzywdy. Zostawiając całą przeszłość i obiecując sobie jednocześnie, że już nigdy do tego nie wrócę, że nigdy nie pozwolę zapanować wspomnieniom nad własnym życiem. Mijałem drogi, autostrady i polne ścieżki, żałując, że nigdy wcześniej ich nie zauważałem, bo każda z nich miała w sobie coś niezwykle pięknego i niesamowitego i była całkowicie różna od tej drugiej. Szczegóły. To były najpiękniejsze elementy w moim życiu. Coś, za co mógłbym dać miliony. 
Przed domem Wojtka zahamowałem nazbyt agresywnie, a hałas, który wywołałem niesamowicie podrażnił moje bębenki. Zwróciłem tym uwagę chyba wszystkich zebranych ludzi w przestrzeni kilkunastu metrów, ale to nie wpływało wcale źle na moje samopoczucie. Nie to. 
Wysiadłem z auta przypuszczalnie najszybciej jak potrafiłem i oddaliłem się od niego. Wojtek stał na trawniku tuż przy drzwiach, ale nie był sam. To mnie przeraziło. To uderzyło we mnie na tyle niespodziewanie, że na moment zabrakło mi tchu. On stał z kobietą. I patrzył na nią z miłością. Tak, to była miłość, pamiętałem to uczucie. Pamiętałem, że identycznie patrzyłem kiedyś na Alice, której powierzyć w stanie byłem całego siebie, od koniuszków palców aż po same krańce włosów, a moja pewność, że trafiłem w samo sedno, budziła we mnie pokłady tak niesamowitej energii, która potrafiła wręcz w niesamowity sposób zamazać wszystkie nędzne i mizerne wspomnienia, próbujące powrócić ze zdwojoną siła i której wręcz nie chciałem czuć, bo to nie był odpowiedni moment. Każdy, tylko akurat nie tamten. 
Przerażała mnie perspektywa, że Wojtek może patrzeć na kogokolwiek prócz Oli z miłością czy jakimkolwiek innym, zbliżonym do niej uczuciem. Przerażała mnie myśl, że w życiu Wojtka mógł pojawić się ktokolwiek nowy. Przerażało mnie wszystko, bo wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że mogę go tak naprawdę stracić. A to była perspektywa straszna.
Po chwili dołączyli do nich Jack i Alex, a ja wciąż stałem w miejscu. Jak kołek. Nie potrafiłem się ruszyć. Nie potrafiłem ani postawić odważnego kroku w przód, ani tchórzliwego w tył, a przecież chciałem tylko stamtąd uciec. Czy to takie wiele? Wszystkie moje postanowienia, wszystkie plany i ambicje w jednym momencie prysły. Wyparowały. Kiedy stanąłem z nią twarzą w twarz czułem się bezbronny. Nie wiem dlaczego, ale zakłopotanie w jakim tkwiłam powodowało, że nie potrafiłem wykonać żadnego ruchu, chociaż ona była taka niewinna, taka nieposzlakowana, że poczułem się okropnym człowiekiem, który milczał. Bo był przerażony. Dlaczego? Dlaczego przerażony?

2 komentarze:

  1. Nie wiem, czy kiedyś będzie taki rozdział, że będę wiedziała, co pod nim napisać...

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiem tyle, wiem jak czuje się Aaron. Kiedy każdy dzień zlewa się w jedność, kiedy powtarzasz schematy i za czymś tęsknisz. Bezsilność dołuje i nawet to, co tak kochasz robić, nie pomaga...

    Na dzisiaj już odpuszczę, wrócę jutro. I to po pracy, bo te opowiadanie zasługuje na pełne skupienie.

    OdpowiedzUsuń