Nie
można powiedzieć, że tej nocy spałem źle, bo w porównaniu do kilku poprzednich
były momenty, kiedy Morfeusz porywał mnie w swoje objęcia i naprawdę mogłem
całkowicie oddać się odpoczynkowi. To był sen po prostu lekki, oparty na
czuwaniu. Budziłem się co jakiś czas, zdezorientowany rozglądałem się po całym
pomieszczeniu, ale słysząc spokojny i miarowy sen Milie, opierającej się o moje
ścierpnięte już ramię, po moim ciele rozlewała się wyraźna ulga dzięki której potrafiłem
zamknąć oczy i znów odpływać. Ta czynność bez mojego wpływu powtarzała się
kilkukrotnie jednak kiedy za oknem pojawiły się pierwsze prześwity wschodzącego
Słońca, czułem się wypoczęty, więc można również powiedzieć, że to była noc
spokojna. Nie chciałem jej budzić, więc uniosłem jej ciało do góry. Potężny ból
i lekki paraliż w prawym barku w tamtym momencie dały o sobie znać. Zacisnąłem
mocno zęby i czekałem. Odgarnąłem z jej policzków pasma włosów wciąż związanych
w luźnego kucyka, ale na szczęście nie zdołałem wyrwać jej ze snu. W końcu
wstałem z kanapy, trzymając Milie na rękach i podążyłem przed siebie. Po drodzę
zdążyłem kopnąć spadającą poduszkę oraz pchnąć delikatnie nogą drzwi od
sypialni. Położyłem ją na łóżku, w którym pierwotnie spędzić miała minioną noc
i przykryłem ją miękką kołdrą. Poruszyła się kilkukrotnie, biorąc równocześnie
głębsze i nierównomierne oddechy, a sam wyszedłem z pomieszczenia.
Nie
wiem ile siedziałem bezczynnie na krześle przy stole przyglądając się płaskiej
powierzchni blatu, ale pamiętam, że zdążyłem zrobić i zjeść śniadanie, zaparzyć
i wypić herbatę oraz posprzątać całe pomieszczenie. Kiedy wychodziłem spod
prysznica, usłyszałem jednak melodię, która dobiegała jak się później okazało z
płaszcza Milie. Nie mam w zwyczaju grzebać w cudzych rzeczach jednak włączyła
się we mnie czerwona lampka, przypominająca o poprzednich kilkunastu godzinach
oraz śpiącej za ścianą przyjaciółką Wojtka. Naprawdę, chciałem tylko go
wyłączyć, jedynie odrzucić połączenie i wyciszyć urządzenie, ale zdjęcie które
zobaczyłem na wyświetlaczu telefonu komórkowego wgniotło mnie dosłownie w
ziemię i sparaliżowało. Czułem się jakbym dostał w twarz, a jednocześnie ktoś
zadawał mi potężny cios w sam żołądek – na ekranie znajdowało się zdjęcie osoby
oddalonej o kilka tysięcy kilometrów od Anglii, zdjęcie osoby, której Milie nie
mogła znać. Po prostu nigdy nie powinna jej poznać. Dlatego złamałem swoje
postanowienie i go nie wyłączyłem, dlatego naruszyłem jej prywatność i ugasiłem
swoją ciekawość ale i narastające przerażenie, dlatego odebrałem ten cholerny
telefon.
Po
drugiej stronie słuchawki ktoś westchnął, a następnie szepnął ledwo
dosłyszalnie to krótkie pięcioliterowe imię z ulgą w głosie. Właściwie już po
tym dźwięku potrafiłem bez problemu zorientować się, że głos, odbijający się
echem w mojej głowie jest przesiąknięty chrypką, którą doskonale udało mi się
zapamiętać.
-Milie.. – Kolejny raz imię i nic
więcej. Kolejna dawka milczenia, która trwała zbyt długo, ale to nie to dawało
w tym wszystkim najwięcej do myślenia. Pustkę w mojej głowie tworzyła cisza i
nierównomierny oddech mojego przyjaciela. – Patrzyłem dzisiaj na pełnie. –
Usiadłem. Nogi po prostu odmówiły mi posłuszeństwa. – Nie masz pojęcia jak
bardzo żałuję. Że nie ma dnia, kiedy nie myślę co się stało. Szczęścia nie
można kupić za pieniądze, teraz już to wiem. – Znów ten oddech. – Żałuję, bo
rozumiem, że czuję coś więcej, że naprawdę mogę powiedzieć, że cię kocham.
Zadzwoń, nie dziś, nie jutro, ani za tydzień. Zadzwoń za miesiąc, bo wtedy będę
czekać na telefon, wiem, że potrzebujesz czasu.
Wtedy
zadzwonił dzwonek, który przywrócił mnie do rzeczywistości. Zacząłem rozglądać
się na prawo i lewo oraz automatycznie rozłączyłem się z rozmówcą. Miałem
wrażenie, że słowa, które dotarły dosłownie przed chwilą do moich uszu są
niezwykle daleko ode mnie, że tak naprawdę nie zarejestrowałem ani jednego
zdania. Uczuć, które kłębiły się wewnątrz mnie nie można było nazwać jedynie
szokiem czy niezrozumieniem – ja byłem wstrząśnięty i niezdolny do funkcjonowania.
Właściwie, do tej pory nie wiem co doprowadziło mnie do właśnie takiego stanu.
Przecież jej nie znałem, przecież nie interesowało mnie jej życie, nie
interesowały mnie jej plany i postanowienia, to co robi i to co robiła w
przeszłości, w gruncie rzeczy, zdałem sobie sprawę z tego, że moja początkowo
wielka ciekawość już dawno wyparowała, że zastąpiła ją nieustępliwość i wieczna
chęć doprowadzenia czegoś do ostatniej kropki, do ostatniego etapu. Żałowałem,
że poznałem jakiś rąbek prawdy, że powodem jej przyjazdu musiały być problemy
lub zawód na osobach, na których dotąd mogła polegać. Wiedziałem jedno:
dziewczyna zajmująca łóżko w mojej sypialni; dziewczyna, która spędziła wieczór
upijając się w barze na obrzeżach stolicy Wielkiej Brytanii; nieśmiała
przyjaciółka bramkarza Arsenalu Londyn znaczyła naprawdę wiele dla samego
Garetha Bale'a.
Gość
robił się niecierpliwy. Co kilka sekund zwiększał częstotliwość naciskania
dzwonka, a po mieszkaniu rozchodził się nieprzyjemnie drażniący uszy dźwięk.
Odłożyłem telefon na stolik i udałem się do przedpokoju żeby jak najszybciej
dać osobie znajdującej się po drugiej stronie drzwi możliwość znalezienia się
wewnątrz pomieszczenia. Widok jaki ujrzałem wcale mnie nie zdziwił – za nimi
stał mocno zniecierpliwiony Wojtek, który zmarszczył brwi gdy tylko zobaczył
moją osobę. Jakby co najmniej spodziewał się, że drzwi od mojego mieszkania
otworzy mu sam José Mourinho. Kilka chwil później się uśmiechnął oraz
szturchnął mnie dwa razy w ramię i udał w głąb mieszkania. Może ktoś powiedzieć
mi, co tu się dzieje?
-Gdzie
jest Milie?
-W
sypialni. – Krzyknąłem, ponieważ dzieliło nas kilka metrów. Szczęsny rozglądał
się po doskonale znanych mu pomieszczeniach, a ja zajęty byłem wycieraniem
mokrych śladów, które zostawał stawiając każdy krok. Zmarszczyłem czoło. – Czy
w nocy spadł śnieg?
Ta sytuacja była normalna – ja starałem
utrzymać się pozorny porządek we własnym domu, mój przyjaciel ze zwyczajną
swobodą czuł się jak u siebie, ale do czasu. Później wszystko potoczyło się
szybko: wypuściłem z ręki miotłę, mocno uderzyłem głową w ścianę, a Wojtek
gniótł materiał mojej koszulki w swojej dłoni.
-Możesz
mi powiedzieć, co do jasnej cholerny, ona robi w twoim łóżku?
-Co ty
pierzysz? – Wysyczałem.
-Raczej
kogo ty pieprzysz? – Z jego oczu tryskał ogień. Nie było w nich niczego prócz
zabójczych iskierek złości i jeszcze gniewu, a jedyne na co miał ochotę to
zrobienie mi krzywdy, lub sprawienie bólu. Wtedy zrozumiałem wszystko,
dosłownie wszystko. – Nigdy więcej nie waż się jej dotknąć, rozumiesz?
-Stary.
– Zacząłem, cicho parskając. - Nie spałem z nią. – Próbowałem go odepchnąć, ale
był zdecydowanie silniejszy. – No już odpuść. Chciała się upić, przecież nie
mogłem przyprowadzić jej do ciebie w takim stanie. – Prawie krzyknąłem. – Ma za
sobą naprawdę ciężką noc, więc daj sobie spokój, bo ją obudzisz.
Patrzył mi w oczy naprawdę długo. Nie jestem
w stanie stwierdzić ile, ale wypełnia mnie przekonanie, że trwało to naprawdę
długo. Później wyprostował palce i poklepał mnie po torsie, ale ta sytuacja
wbrew pozorom wiele między nami zmieniła. Zmieniła nasze relację.
Wojtek znów potrafił mi ufać. Przez chwilę
czułem się nawet jakby nic między nami się nie zmieniło, że wypowiedziane przez
niego tuż przed wyjściem słowa: Wiesz
gdzie idę rozpoczynają jakiś nowy rozdział, że kończy się ciągłe
podstawianie kłód pod nogi. Patrząc na tę sytuację z perspektywy czasu wydaję
mi się ona żenująca. Mogłem się spodziewać wszystkiego – że Wojtek wkurzy się,
ponieważ wciąż się kłócimy, że upomni mnie oraz zaneguje schematy mojego
postępowania, ale nigdy, nigdy nie sądziłem, że stanie się porywczy i
nieopanowany. To świadczyło o jednym. On był przerażony, na pierwszy rzut oka,
ten cholernie wysoki i silny facet dusił w sobie przerażenie, które urosło lub
też pojawiło się w nim w momencie, kiedy Milie nadepnęła na pierwszy kamień
jego ogrodu. On próbował ją ochronić.
-Aaron? – Nie słyszałem żeby wstawała,
nie dotarł do mnie żaden szmer a tym bardziej choćby skrzypnięcie drzwi. Leżałem
na kanapie wpatrując się w sufit. Dzisiaj muszę przyznać, że zawładnął mną
strach. Bo bałem się, że już nigdy nie spojrzę na nią tak jakbym patrzeć
chciał, że to co było jeszcze kilkanaście godzin temu to przeszłość, która
nigdy nie stanie się czasem teraźniejszym. Zamrugałem kilkakrotnie. –
Przepraszam. I dziękuje.
Stała
w drzwiach. Miała kościste nogi i bladą twarz. Właściwie, ona cała była blada –
przez chwilę miałem wrażenie, że wtapia się w kolor ścian i znika z mojego pola
widzenia. A tą całość dopełniała moja biała bluzka i sterczące na wszystkie
strony pojedyncze kosmyki jej prostych włosów. Jej wygląd w stu procentach
odzwierciedlał moje samopoczucie.
-Przestańmy się za wszystko
przepraszać, bo mam wrażenie, że tylko na tym opierają się nasze rozmowy.
-Może nie przesadziłam z ilością
alkoholu, ale nie czułam się najlepiej i nie powinnam pić. – Pokręciła
niedowierzająco głową i zakryła twarz dłońmi. Ta sytuacja wyglądała komicznie.
– Trzy piwa, a budzę się w obcym mieszkaniu, u obcego faceta, który nie spał
pół nocy i w dodatku czuję, że nie zjem nic do piątku.
Był
wtorek.
-Dla
ciebie trzy piwa to chyba aż. – Zakpiłem, ale w moim głosie była chyba troska i
życzliwość. Nie miałem zamiaru pokazywać znów tego starego, nieznośnego oblicza
złego Aarona. Wstałem, wyciągnąłem z szafki ręcznik i wcisnąłem go w jej ręce,
a następnie zaprowadziłem ją do łazienki. – Spędziliśmy dwie, dwie noce Milie w
jednym budynku, więc nie możesz twierdzić, że się nie znamy. – Mój ton był
normalny. Taki naturalny.
W ten sposób udowodniłem sobie, że można, że
dam radę, że czasami potrafię ze sobą wygrać. W ten sposób zapaliłem pierwszą
małą latarnię w tunelu i postanowiłem nie zapominać, że korytarz jest długi, że
potrzeba ich naprawdę wiele. W ten sposób uświadomiłem sobie, że zbliża się
właściwy czas i że warto na niego czekać.
Jednak kiedy wyszła znów popełniłem błąd,
znów na chwilę pozwoliłem zapanować nade mną przeszłości: po powrocie do salonu
usunąłem z telefonu, którego nie zabrała
połączenie i wyciągnąłem z barku wódkę. Tak, tylko wódka mogła mi pomóc.
Były
takie chwile, kiedy byłem bliski zadania pytania: Kim dla ciebie jest Gareth, kim dla ciebie on, do cholery jasnej, jest?,
ale za każdym razem zdawałem sobie sprawę z tego, że to nie jest odpowiedni
moment ani odpowiednie pytanie.
Siedziała
obok Wojtka, trzymając w dłoni przezroczystą szklankę, którą chyba się bawiła,
bo delikatnie obracała ją w dłoniach co jakiś czas prawie wylewając jej
zawartość na swoje nogi, ale nie wiem czy był to bardziej odruch, który miał za
zadanie zatuszować drżenie jej rąk czy po prostu był to jej swoisty i życiowy
nawyk. Co jakiś czas podnosiła wzrok na Jacka, opowiadającego mało śmieszne
kawały przy czym żywo gestykulował dłońmi, a ja obserwowałem każdy jej
najmniejszy ruch za co głośno wyzywałem i przeklinałem się w myślach. Wydawało
mi się, że patrzenie na nią, obserwowanie i analizowanie czynów i gestów jakie
wykonuje to akt tak nieodpowiedni, a wręcz tak niegodny dla mojej osoby, że
chciałem wydostać się ze swojego ciała i gdzieś niepostrzeżenie uciec i nie
wracać. Nie musieć być skazanym na przebywanie w jej towarzystwie, które
nieświadomie i bez mojej woli irytowało mnie i działało bardzo destrukcyjnie na
moje pozytywne emocje. Denerwował mnie ten szeroki i chyba najpiękniejszy uśmiech
jaki dane mi było zobaczyć w ostatnim czasie, bo świadomie całkowicie
izolowałem się od świata zewnętrznego, skazując się na bliskość swojej drużyny,
która była dla mnie drugim domem i denerwował mnie również głośny śmiech, który
pragnąłem zapamiętać chyba już na zawsze i radość, bo wokół tkwiło tyle smutku,
bólu i cierpienia, że ta euforia była dla mnie również nieodpowiednia i
niepojętna.
Była
dla mnie niezrozumiała, bo sądziłem, że skoro spotkało ją tyle żalu i smutku, o
którym sam dowiedziałem się nieświadomie i całkowicie przypadkowo, nie ma prawa
się śmiać i cieszyć z byle jakiego kawału Wilshere'a, bo mnie również bolało coś
głęboko w moim wnętrzu.
Chciałem
uciec od tej euforii i zdawało mi się, że jeżeli tego nie zrobię to coś we mnie
pęknie. Pęknie na milion kawałeczków i przepadnie na zawsze nie dając się
poskładać, ale nie miałem wystarczającej odwagi by zrobić chociażby jeden krok.
Nie miałem odwagi wstać z fotela, krzyknąć bawcie się dobrze beze mnie i tak po
prostu bez niczego odejść, pozbawiając się jednocześnie wszystkiego co
podtrzymywało mnie przy życiu przez ostatnie miesiące, co pomagało funkcjonować
z dnia na dzień, co dawało wiarę w lepsze jutro i powrót silniejszym i
mocniejszym niż kiedykolwiek wcześniej. Byłem tchórzem, wiedziałem to i byłem
świadomy tej wiedzy od początku moich wszelkich niepowodzeń i spotkań ze
ścieżkami pod górkę, ale skutecznie wypierałem te myśli ze swojej świadomości,
licząc na to, że się mylę, ale wszystko dookoła boleśnie utwierdzało mnie w
przekonaniu, że właśnie tak jest. Później
postanowiłem zapomnieć. O rozmowie; słowach, które usłyszałem; ale również o
godzinach poświęconych na myślenie. Później postanowiłem zostawić przeszłość za
sobą i zapalić jednocześnie kilka lampek więcej.
________
Pamiętam, że dwa ostatnie akapity były jednymi z pierwszych, które napisałam. To z nich zrodził się pomysł na całe to opowiadanie. I o ile wtedy miałam mnóstwo wątpliwości, co do niego, teraz czuję się dziwnie spokojna. Lubię to opowiadanie, czasami kocham, niekiedy też nienawidzę, ale każde słowo coś mi daję. Chciałabym żeby wam też dawało.
Pamiętam, że dwa ostatnie akapity były jednymi z pierwszych, które napisałam. To z nich zrodził się pomysł na całe to opowiadanie. I o ile wtedy miałam mnóstwo wątpliwości, co do niego, teraz czuję się dziwnie spokojna. Lubię to opowiadanie, czasami kocham, niekiedy też nienawidzę, ale każde słowo coś mi daję. Chciałabym żeby wam też dawało.
<3
OdpowiedzUsuń