Zachodzące
słońce nieprzyjemnie drażniło moje przymrużone oczy. Stałem z rękami w dżinsach
i skórzanej kurtce przy płytkim jeziorze, nad którym rosły jedynie drzewa, a za
nimi rozciągały się już tylko pola, nie będące żadną barierą dla światła. Co
jakiś czas niewzburzoną tafle wody zakłócały pojedyncze pluski ryb. Powietrze
pachniało skoszoną trawą i wiosennym deszczem, padającym kilka godzin
wcześniej. Przyroda pomału budziła się do życia, a na gałęziach drzew pojawiały
się pierwsze liście. Trawnik powoli nabierał swoich barw. Za plecami słyszałem
głośne śmiechy i skwierczenie palącego się drewna. Zrobiłem kilka kroków w tył,
a następnie usiadłem na ławce obok zachodzącego się ze śmiechu Kierana i
zacząłem słuchać.
W
ostatnim okresie wiele w moim życiu się zmieniło. W czasie poprzedzającym moją
rehabilitację odwiedziłem w Caerphilly mamę i młodszą siostrę. Obie niezwykle
ucieszyły się z mojego przyjazdu – widziałem to w ich oczach. Nie mogły
doczekać się momentu, w którym mnie zobaczą, dlatego przyjechały po mnie na
lotnisko, a ja gdy tylko miałem wszystkie formalności za sobą pragnąłem jednym uściskiem
wynagrodzić im wszystkie miesiące nieobecności i chwile, kiedy chciałem być,
lecz nie mogłem. Spędziłem z nimi święta, obchodziłem urodziny, powitałem
również Nowy Rok. W noc sylwestrową, uważnie obserwując rozbryzgujące się po
granatowoczarnym niebie fajerwerki i trzymając w dłoni kieliszek szampana
poczułem coś czego nie mogłem zarejestrować od dłuższego czasu – wydawało mi
się, że mogę przenosić góry, że mam skrzydła. Patrząc w mroczną otchłań i mocno
ściskając rękę siostry, postawiłem przed sobą tylko jeden cel: że w końcu stanę się szczęśliwszym
człowiekiem. I odtąd każdego dnia walczyłem o to, żeby postanowienie z nocy
z 31 grudnia na 1 stycznia stało się faktem. A czy się uda? To miała być
niespodzianka. Nie wiem czy dobra, czy zła, ale na pewno jakaś.
Po
powrocie do Londynu i skończeniu rehabilitacji wróciłem do treningów. Moja gra
wyglądała coraz lepiej. Powoli zaczynałem pojawiać się w składzie desygnowanym
na mecz, czasami wchodziłem w drugiej połowie na plac gry. Na początku
przemawiała przeze mnie obawa, jednak z każdą kolejną minutą spędzoną na
murawie czułem coraz większą pewność fizyczną, ale przede wszystkim również
psychiczną. Później regularnie pojawiałem się w pierwszej jedenastce. Zespół
wreszcie zaczynał zgrywać się ze sobą i odbudowywać swoje morale po nieudanych
występach w grudniu i na początku stycznia. Porozumienie zaczynało dawać nam
radość z gry, więc staraliśmy się walczyć o jak najwyższe cele. Rozumieliśmy
się bez słów. W dodatku nawet byle jaki żart wyczytany z pierwszej strony
google potrafił wywołać nasz śmiech. Bawiliśmy się grą, na treningi
przychodziliśmy z uśmiechem na ustach, wiodło nam się coraz lepiej, nasze
marzenia stawały się wyraźniejsze, miały kontury i kolory.
W
tym wszystkim nie małą rolę odegrał na pewno Wojtek. Tamtego dnia miałem rację
– jego słowa, otworzyły przed nami drzwi do lepszego początku. On potrafił mi
zaufać, ja zdołałem zrozumieć, dlaczego wydarzenia, których częścią byliśmy na
przestrzeni ostatnich kilku miesięcy, właśnie w taki sposób się toczyły.
Dostałem możliwość obserwacji mojego przyjaciela z innej perspektywy, w innej
roli, kiedy zmieniał się w odpowiedzialnego i sumiennego człowieka,
potrafiącego być wzorem dla otaczających go ludzi. Nie chodzi o grę i kibiców,
lecz o życie, które nie jest potyczką dwójki przeciwnych sobie zespołów, lecz
milionem niepasujących do siebie elementów. Wojtek na boisku zawsze był
poważny, traktował wszystko serio, wykonywał swoją pracę sumiennie, starał się
nie tracić koncentracji i udzielał rad. Czerpał przy tym wszystkim przyjemność
z gry, ale nie przekładał jej na życie codzienne. Powszechne czyny i decyzję
nie są częścią gry, życie nie jest grą, istnienie nie kończy się po
dziewięćdziesiątej minucie meczu – ten gwizdek pojawia się znacznie później:
najpierw musimy przejść przez wiele etapów funkcjonowania, sprostać wielu
zdaniom i decyzjom, musimy przejść od beztroski do powagi, od zabaw do patosu.
On potrafił tę granicę wyznaczyć najlepiej ze wszystkich – znajdowała się u
niego w najlepszym miejscu z możliwych. Dlatego cieszyłem się, że w przeszłości
trafiłem właśnie na niego.
Milie
i ja byliśmy identyczni – długo zajęło mi zrozumienie o co tak naprawdę w tym
wszystkim chodzi, ale w końcu dojrzałem do interpretacji niektórych faktów.
Zrozumiałem ją samą. Nigdy nie zapytałem jej o telefon, który tamtego dnia
odebrałem, nie wspomniałem również, że wiem o Garethie. Zostawiłem to wszystko
za sobą, łącznie z nienawiścią, niechęcią i jadem, który tkwił we mnie od
momentu, kiedy zobaczyłem zarys jej postaci na podwórku Wojtka. Przestałem
doszukiwać się jej wad i wytykać nawet najdrobniejsze błędy. Poczułem, że mogła
mieć rację, że nie jest moim wrogiem. To dało mi swoiste oczyszczenie i swobodę
przebywania z nią na powierzchni mniejszej niż dziesięć metrów kwadratowych.
Potrafiłem normalnie z nią rozmawiać, śmiać się z rzeczy, w których dotąd
zauważałem coś zabawnego jedynie w obecności swoich przyjaciół, cieszyć się ze
zwykłego listu zawierającego rachunek za wodę czy prąd, ale przede wszystkim
sprawiała mi radość każda chwila i moment, bo rozumiałem, że w końcu coś w
życiu mi się udaje i nie jest to jedynie jakieś marne zagranie dokładnej piłki.
To było coś więcej – tysiąc marnych zagrać dokładnej piłki jednocześnie. Sprawą
oczywistą jest fakt, że to wszystko nie działo się bez przyczyny i nagle – ja
starałem się każdego dnia być lepszy, a moje postanowienie miało coraz
solidniejsze fundamenty.
Robiło
się coraz ciemniej. Słońce zniknęło za horyzontem zostawiając już tylko
pojedyncze i z każdą minutą coraz mniej widoczne strugi światła. Z minuty na
minutę niebo stawało się ciemniejsze i intensywniejsze, a otoczenie bardziej
agresywne. Jedynym źródłem światła był ogień oraz zapalone światło na tarasie.
Wokół rozpalonego ogniska ustawione zostały trzy duże ławki oraz krzywy stół.
Na przeciwko mnie siedział Per oraz Mesut, który na przestrzeni miesięcy
idealnie wpasował się w nasze towarzystwo oraz sprostał wymaganiom klubowym.
Był klasą samą w sobie, będącą przez długi okres czasu naszym tlenem potrzebnym
do uporządkowania gry. Obok Laurent ze swoją partnerką śmiali się z rzeczy
wyświetlanych na ekranie telefonu Jacka, a Santi, Mikel i Alex zacięcie
dyskutowali na jakiś temat. Wojtek i Theo poszli do domku uzupełnić zapasy,
natomiast Kieran opowiadał mi o zaletach swojego nowego samochodu. W pewnym
momencie przestałem jednak go słuchać. Zacząłem rozglądać się dookoła, czując
jak wzrasta we mnie strach. Kilka metrów dalej w ciemności dostrzegłem coraz
bardziej oddalający się świecący prostokąt, który już kilka sekund później
straciłem z pola widzenia. W tym tłumie brakowało mi tylko jednej osoby.
-Daj mi chwilę. – Poprosiłem i
podparłem się na jego ramieniu, pomagając sobie wstać. Nie miałem przy sobie
telefonu, dlatego szedłem w stronę oddalającej się Milie na oślep, mocno
skupiając wzrok na otoczeniu. Jedynym źródłem światła był księżyc, który wcale
nie dostarczał go zbyt wiele, ponieważ do pełni został jeszcze grubo ponad
tydzień. Niewiedza mnie przerażała i paraliżowała. Niepokój budził każdy nawet
najmniejszy ruch. Okręciłem się wokół własnej osi, ale to nic nie dało.
Zmoczyłem jedynie buty, ponieważ znajdowałem się nad brzegiem samego jeziora.
Mój oddech stawał się coraz bardziej płytki.
-Milie? – Krzyknąłem z paniką w głosie.
Wtedy usłyszałem szmer, a na ramieniu poczułem mocny uścisk jej małej dłoni.
Moje oczy natomiast zetknęły się z rażącym, białym światłem witryny google.
-Zwariowałeś? – Opuściła głowę,
oddychając z wyraźną ulgą, a później się zaśmiała. Pociągnąłem jej rękę
delikatnie w dół, kilkukrotnie mrugając. Przez moment nie do końca zdawałem
sobie sprawę odnośnie dokładnego miejsca pobytu, dlatego znów spojrzałem za
siebie. Zdołałem dostrzec ognisko.
-Nie słyszałaś, że spacerowanie
samotnie w ciemności jest ryzykowne? – Poczułem się głupio wypowiadając te słowa,
ponieważ wciąż znajdowała się na terenie należącym do Jacka, na którym
prawdopodobnie nic jej nie groziło, ale faktem jest to, że wzbudziła we mnie
swoim zachowaniem strach. Nie wiem dlaczego, ani nawet jak, ale nie mogłem się
tego wyprzeć, więc pozostawała mi obrona. Szkoda, że nie przemyślałem tego ani
przez moment.
-Dopóki byłam tutaj sama czułam się
naprawdę bezpiecznie. – Odpowiedziała prawie jak z automatu i nie czekając już
na żadne słowa z mojej strony, usiadła na piasku, na tyle blisko jeziora, że
woda praktycznie oblewała jej trampki. Rękami złapała swoje uda, a telefon,
który dotąd trzymała w dłoni, położyła na piasku. Patrzyła przed siebie. Na
bezkresną toń, bezlistne powiewające na wietrze gałęzie drzew, czasami
przenosiła wzrok na niebo. W jej policzku pojawiał się mały, ledwo dostrzegalny
dołeczek. Wtedy przypomniałem sobie jak opowiadała o zgniłych, kolorowych
liściach, które zasypują Londyn każdej jesieni. Wyszukiwała każdy piękny
element w krajobrazie natury bez znaczenia czy znajdowała się w parku, mieście,
czy zwykłej łące.
-Teraz czujesz jakieś zagrożenie? –
Usiadłem obok niej. Był taki moment, jeden krótki moment, kiedy w jej mniemaniu
stałem się ważniejszy od otoczenia, kiedy spojrzała na mnie, dając mi
jednocześnie możliwość spojrzenia w swoje oczy. W jej niebieskich tęczówkach
pełnych nadziei i ufności odbijało się białe światło tak dobrze znanego mi
urządzenia. Nie potrafiłem wydusić z siebie ani jednego słowa.
-Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tu
wrócę. – Jej głos był słaby, jakby łaknęła jednym zdaniem gwarancji, że jej
prośby i pragnienia zostaną spełnione, że to nie jest jeszcze koniec.
-Jack zaprasza nas tutaj średnio raz w
miesiącu. – Odwróciła wzrok.
-Zbliża się czas mojego wyjazdu.
Multum
pytań bez odpowiedzi i marzeń ich spełnienia. Mnóstwo niewiadomych i sekretów
oraz komunikatów, że jest źle. Tyle sprzecznych emocji i nieopisanych uczuć. To
moje serce tak jakby pęka?
-O czym ty mówisz? – Powiedziałem, aż
za głośno. Moje słowa odbiły się echem na otwartej przestrzeni, ale
odpowiedziała mi cisza. Milczenie było przygniatające.
-Muszę w końcu zacząć wszystko od
początku. – Dopiero wtedy zorientowałem się, że ma w dłoni szklankę wypełnioną
cieczą. Zwilżyła swoje usta, wciąż patrząc w toń.
-Przecież już to zrobiłaś. – Mój głos
przepełniony był irytacją. Ja cały byłem zirytowany i nieświadomie ją
atakowałem, bo wypełniały mnie żal i złość, których czuć nie powinienem. Nie
chciałem czuć wtedy niczego. Po prostu wolałem być wypruty z emocji.
-Nie. Wojtek na razie pokazywał mi, że
da się zacząć żyć od nowa i dawał do tego wskazówki. Teraz muszę zrobić to
sama. Nadszedł czas, ja to czuję. Czuję, że nie będzie bardziej odpowiedniego
momentu, bo każda sekunda sprawia, że się przywiązuję. Nie chcę ocknąć się za
jakiś czas i zrozumieć, że znów straciłam czas na bezcelowe stanie w miejscu.
Muszę wrócić na studia, powtórzyć semestr, nie mogę wiecznie siedzieć mu na
głowie, zwłaszcza, że on bardziej mi już nie pomoże.
-Sądzisz, że tracisz tutaj czas? – Już
nie byłem zły. Ja byłem wściekły i rozczarowany.
-Nie to miałam na myśli. Londyn choć
deszczowy to wciąż jest piękny, ale to nie jest mój świat, ani nawet moje
życie. Ja tutaj funkcjonuje wami. Waszymi meczami, treningami, rozmowami,
spotkaniami. Kocham to, ale jestem uzależniona od waszych wypadów i problemów,
a tego starałam się przecież uniknąć za wszelką cenę. To znaczy starałam się
usamodzielnić.
-Nie martw się, jeżeli obawiasz się, że
znajdziesz tu drugiego Bale'a to muszę cię rozczarować, bo rzeczywiście tracisz
czas.
Czasami
mówię rzeczy, których nie rozumiem i żałuję, bo nie potrafię zapanować nad
własnymi emocjami i to jest największy słaby punkt mojej osoby. Gdzieś pomiędzy
jej słowami wstałem i zacząłem uderzać czubkiem buta w mokry piasek. Moje ręce
zaciśnięte były w pięści, ale nie mogła tego dostrzec, ponieważ trzymałem je w
kieszeniach spodni. Próbowałem wnioskować, dlaczego i po jaką cholerę tak się
zachowuję, ale do tej pory nie potrafię zrozumieć, gdzie i kiedy pojawił się
punkt zapalny, prowadzący do tego wszystkiego. Po prostu nie wiem. Rozumiecie
co mam na myśli? Nigdy nie miałem zamiaru powiedzieć jej, że wiem o czymkolwiek
dotyczącym jej życia, że odważyłem się kiedykolwiek naruszyć się jej
prywatność, że odebrałem ten cholerny telefon. Chciałem to zachować w tajemnicy
tylko dla siebie tak jak sama Milie radziła mi kiedyś w barze. To ułatwiało
naprawdę wiele rzeczy i pozwoliło uniknąć jej pełnego rozczarowania wzroku.
-Skąd? – Patrzyła na mnie z
przerażeniem wysoko zadzierając głowę do góry. Wstała jakby z automatu, wylewając
całą zawartość szklanki, która z brzdękiem rozbiła się o kamień wystający z
wody, a wolną dłonią zgniotła materiał mojej bluzki, nie wypuszczając go
spomiędzy palców. – Skąd, do cholery jasnej, o nim wiesz?
Mój
wzrok badał okolicę ponad jej głową, wystrzegając się spojrzenia na nią.
Mówiłem w pustą przestrzeń.
-Może to i lepiej, że bliskie nam osoby
nie mogą uczestniczyć w zgrupowaniach kadry, bo zawiodłabyś się na nim jeszcze
mocniej i bardziej. – Zaśmiałem się. – Zdradzał cię na prawo i lewo, a ty mu
głupia wierzyłaś i być może go kochałaś, prawda?
Wiedziałem,
że pożałuję tych słów, prędzej czy później, ale nie zareagowałem, kiedy ręka
Milie zetknęła się z moim policzkiem, a przez moją twarz przeszedł ogromny
dreszcz. Mrugnąłem kilkukrotnie, uświadamiając sobie jak bardzo żałuję
wszystkiego co powiedziałem i jak bardzo przeraża mnie moja głupota.
Na Hampstead Heath po raz pierwszy ją pocałowałem.
To był impuls. Ostatnimi czasy coraz bardziej przerażał mnie fakt, że mój
organizm bez niej zaczynał wariować, że tych impulsów było coraz więcej. Po
prostu nie potrafiłem znieść jej nieobecności, a już na pewno tych okropnych
łez, zawodu w oczach, tego rozczarowania. Chciałem żeby była przy mnie, żebym
nie musiał jej szukać, bo tak było mi łatwiej. Wtedy zrozumiałem, że szansę na
to w jakiś sposób na pewno przekreśliłem. I czułem się z tym źle. Kiedy moja
twarz zbliżała się do niej, nie reagowała. Może na początku przemawiała przez
nią pewność, że w moim mniemaniu to odpowiedni czas na palnięcie kolejnej głupoty,
która zniszczy ją doszczętnie, ale nie miałem takiego zamiaru. Właściwie, nie
wiem jaki ja konkretnie zamiar miałem. Jej usta smakowały czekoladą i winem. W
momencie kiedy złączyłem się z nią w pocałunku poczułem coś na pewno innego.
Może dlatego, że był on przepełniony ogromem wątpliwości i ciągłej obawy
odtrącenia? Nie wiem. Po prostu nie wiem. Oparłem swoje czoło o jej.
-Przepraszam, ale on nie jest wart tego, żebyś musiała przez niego zaczynać wszystko od początku.
-Przepraszam, ale on nie jest wart tego, żebyś musiała przez niego zaczynać wszystko od początku.
Odepchnęła
mnie. Niby przez cały czas byłem na to przygotowany, ale jednak w jakiś sposób
mnie to zabolało. Jedyne co mogłem dostrzec w jej tęczówkach to rozczarowanie.
Ogromne rozczarowanie, bo to wszystko nie powinno tak wyglądać, a po jej
policzkach nie powinny płynąć łzy. To miał być zwykły wypad z przyjaciółmi za
miasto. Nic więcej.
-Skąd o nim wiesz? – Zapytała już jakby
od niechcenia, jakby nie miała sił na nic więcej. Patrzyła na mnie z nadzieją,
że nie usłyszy już nic więcej prócz odpowiedzi na swoje pytanie i po prostu
zostawi mnie tam samego. Nie mówię, że na to nie zasługiwałem, ale niczego nie
bałem się bardziej od samotności.
-Dzwonił do ciebie po wieczorze w End of the world, następnego dnia.
-Jak mogłeś. – Szepnęła. Nigdy nie
nienawidziłem siebie bardziej niż w tamtym momencie.
-Nie chciałem tego robić, ale
zobaczyłem jego zdjęcie. Byłem w szoku.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś? –No
właśnie, Aaron. – Dlaczego?
-Bo tak pięknie mówił. Myślał, że to ty
odebrałaś telefon. – Prawie krzyknąłem. – Wmawiał ci, że żałuję tego co się
stało, że cię kocha, że nie ma dnia, kiedy o tym wszystkim nie myśli. To były
kłamstwa, ja go znam. Mil, ty byś mu w to uwierzyła i znów skończyłoby się to
tak samo. Znów byś tego wszystkiego żałowała.
-Nie masz pojęcia..
-Mam pojęcie, że pokłóciliście się o
wyjazd do Madrytu.
-Na razie żałuję, że poznałam ciebie. –
Nie patrzyła na mnie. – Rozczarowałeś mnie. Dobranoc,
Aaron.
Odeszła.
Czy
zabolało? Jak diabli. Nie wiem co się ze mną działo – jeszcze kilka tygodni
temu ten tekst spłynąłby po mnie jak woda pod prysznicem, ale teraz było
inaczej. Teraz czułem, że coś mnie piecze: trzyma w miejscu. Nie potrafiłem za
nią iść. Teraz czułem, chyba po raz pierwszy tak naprawdę, że mogę ją stracić.
Moje
łóżko stało pod samym oknem. Nie spałem całą noc. Próbowałem naprawdę wiele
razy walczyć z sennością, jednak wszystkie moje próby kończyły się porażką.
Długo patrzyłem w przestrzeń za oknem, licząc gwiazdy, obserwując księżyc i
drzewa, dokładnie rozpamiętując czas, kiedy razem z Milie leżałem na podłodze w
moim mieszkaniu, rozmawiając i nie pozwalając jej zasnąć. To był z pewnością
wieczór, podczas którego nasza znajomość bez wątpienia się narodziła, ponieważ
wcześniej rozmawialiśmy jedynie, rzucając do siebie nic nieznaczące półsłówka,
których żadne z nas nie rozumiało. Wtedy w atmosferze ciszy i dawno śpiącego
już miasta mogłem opowiadać jej o dzieciństwie, piłce nożnej czy Arsenalu.
Pamiętam, że słuchała mnie jak zaczarowana, chłonąc każde słowo z niesamowitą
pasją. Imponowała mi swoją miłością do klubu z armatką w herbie. Była taka
szczęśliwa, mogąc przebywać z nami przez te kilka miesięcy.
Rano
czułem się jak trup. Ledwie potrafiłem zwlec się z łóżka. Bolała mnie głowa,
gardło nieprzyjemnie piekło. W domu było duszno i parno, dlatego automatycznie
skierowałem się do łazienki, gdzie wziąłem prysznic. Miałem pod oczami mocno
sine ślady, oczy mogłem dostrzec jedynie mocno otwierając spuchnięte powieki.
Opłukałem twarz zimną wodą i przeczesałem włosy prawą dłonią. Otaczała mnie
głucha cisza, ponieważ wszyscy jeszcze spali. Zszedłem po wielkich schodach na
dół gdzie kuchnia łączyła się z ogromnym salonem. Na blacie dostrzegłem talerz
kanapek z przeróżnymi warzywami, a mój organizm przypomniał sobie, że nie
jadłem wczorajszej kolacji. Wziąłem do ręki jedną z nich, uważając na spadające
z powierzchni kromki jarzyny i poczułem przeszywające mnie zimno, które wpadało
do pomieszczenia przez lekko uchylone drzwi. Zmarszczyłem czoło. Czy ktoś
naprawdę był na tyle nieodpowiedzialny, że zapomniał zamknąć na noc drzwi
wyjściowych?
Wdychałem
świeże powietrze niezwykle łapczywie. W nocy musiało być z pewnością zimno,
ponieważ szyby aut pokrywał szron. Przez całą długość samochodu Laurenta
ciągnęły się jednak cztery linie. Mój wzrok powędrował w stronę jeziora.
Szedłem
w jego kierunku przepełniony mnóstwem wątpliwości, ale wewnątrz mnie dominowało
przede wszystkim przerażenie. Na dworze było bardzo jasno, mimo że niebo
pokrywała gęsta warstwa szarych chmur. Wczoraj dałbym naprawdę wiele by móc
dostrzec jej sylwetkę w otaczającej ciemności jednak teraz nie byłem chyba
gotowy by zmierzyć się z jej rozczarowanym wzrokiem. Tak, wiedziałem, że jej
tęczówki przepełniało będzie rozczarowanie. Sam byłem pełny tego uczucia.
Siedziała
prawdopodobnie w tym samym miejscu co wczoraj. Obok niej nie dostrzegłem
jedynie telefonu. Na nogach miała te same buty, jej nogi pokryte były czarnymi
spodniami, na jej ramionach dostrzegłem grubą kurtkę, a przez moje ciało
przeszedł dreszcz. Miałem na sobie jedynie krótką bluzkę.
-Dlaczego nie masz na sobie kurtki? –
Wyglądała na bardzo zaciekawioną. Jej twarz była blada jak papier.
-Zapomniałem.
-Zapomniałeś, że jest ci zimno?
Tak,
dziewczyno, na chwilę zapomniałem o otaczającym mnie świecie, mrozie i pustym
żołądku. Nagle moje palce stały się bardziej interesujące niż twoje oczy i
zimny wiatr.
-Mil, ja.. – Chyba jeszcze nigdy nie
odważyłem się zdrobnić jej imienia.
-Przepraszam. – Tak, właśnie to
chciałem powiedzieć, chociaż nie wiedziałem od czego mam zacząć. Spojrzałem na
nią zdumiony, a moje palce nagle znieruchomiały. – Mogłeś zostawić mnie w tym
cholernym barze, mogłam upić się do nieprzytomności i stracić resztki godności,
a ty mimo że nagadałam ci jakiś głupot, nie spuściłeś mnie nawet na chwilę z
oczu. Moje zachowanie było nie fair.
Usiadłem
w tym samym miejscu, w którym siedziałem wczoraj. To wyglądało jak odtwarzanie
jakiejś sytuacji, jak nagrywanie kolejnej sceny do filmu, ponieważ wczorajszego
dnia światło było złe, moje zachowanie było beznadziejne, mój pocałunek był nie
na miejscu.
-On do mnie dzwonił w styczniu i miałeś
rację, ponieważ nawet nie znając jego słów byłam w stanie mu wybaczyć.
-A teraz, coś się zmieniło? – Mój głos
rzeczywiście był zachrypnięty.
-Zaczynam się przekonywać, że to nie
była ta najpiękniejsza i najprawdziwsza miłość.
Skrzywiła
się, z trudem przełykając ślinę. Nie wiem czy jej wyraz twarzy wyrażał ulgę czy
raczej przerażenie, ale schowała głowę między kolana. Zrobiło mi się przykro.
Objąłem ją ręka, mocno przyciągając do siebie. Widzicie, Milie płakała. Nie
wiem czy to właśnie ten widok wstrząsnął mną na tyle, czy raczej wyraz jej
tęczówek, ale przyłożyłem wargi do jej mocno rozgrzanego czoła.
Tak to wszystko się zaczęło.
Adka, nie umiem nic powiedzieć, hiperwentyluję
OdpowiedzUsuń