poniedziałek, 13 lipca 2015

7. When you see me you know everything.

Zachodzące słońce nieprzyjemnie drażniło moje przymrużone oczy. Stałem z rękami w dżinsach i skórzanej kurtce przy płytkim jeziorze, nad którym rosły jedynie drzewa, a za nimi rozciągały się już tylko pola, nie będące żadną barierą dla światła. Co jakiś czas niewzburzoną tafle wody zakłócały pojedyncze pluski ryb. Powietrze pachniało skoszoną trawą i wiosennym deszczem, padającym kilka godzin wcześniej. Przyroda pomału budziła się do życia, a na gałęziach drzew pojawiały się pierwsze liście. Trawnik powoli nabierał swoich barw. Za plecami słyszałem głośne śmiechy i skwierczenie palącego się drewna. Zrobiłem kilka kroków w tył, a następnie usiadłem na ławce obok zachodzącego się ze śmiechu Kierana i zacząłem słuchać.
W ostatnim okresie wiele w moim życiu się zmieniło. W czasie poprzedzającym moją rehabilitację odwiedziłem w Caerphilly mamę i młodszą siostrę. Obie niezwykle ucieszyły się z mojego przyjazdu – widziałem to w ich oczach. Nie mogły doczekać się momentu, w którym mnie zobaczą, dlatego przyjechały po mnie na lotnisko, a ja gdy tylko miałem wszystkie formalności za sobą pragnąłem jednym uściskiem wynagrodzić im wszystkie miesiące nieobecności i chwile, kiedy chciałem być, lecz nie mogłem. Spędziłem z nimi święta, obchodziłem urodziny, powitałem również Nowy Rok. W noc sylwestrową, uważnie obserwując rozbryzgujące się po granatowoczarnym niebie fajerwerki i trzymając w dłoni kieliszek szampana poczułem coś czego nie mogłem zarejestrować od dłuższego czasu – wydawało mi się, że mogę przenosić góry, że mam skrzydła. Patrząc w mroczną otchłań i mocno ściskając rękę siostry, postawiłem przed sobą tylko jeden cel: że w końcu stanę się szczęśliwszym człowiekiem. I odtąd każdego dnia walczyłem o to, żeby postanowienie z nocy z 31 grudnia na 1 stycznia stało się faktem. A czy się uda? To miała być niespodzianka. Nie wiem czy dobra, czy zła, ale na pewno jakaś.
Po powrocie do Londynu i skończeniu rehabilitacji wróciłem do treningów. Moja gra wyglądała coraz lepiej. Powoli zaczynałem pojawiać się w składzie desygnowanym na mecz, czasami wchodziłem w drugiej połowie na plac gry. Na początku przemawiała przeze mnie obawa, jednak z każdą kolejną minutą spędzoną na murawie czułem coraz większą pewność fizyczną, ale przede wszystkim również psychiczną. Później regularnie pojawiałem się w pierwszej jedenastce. Zespół wreszcie zaczynał zgrywać się ze sobą i odbudowywać swoje morale po nieudanych występach w grudniu i na początku stycznia. Porozumienie zaczynało dawać nam radość z gry, więc staraliśmy się walczyć o jak najwyższe cele. Rozumieliśmy się bez słów. W dodatku nawet byle jaki żart wyczytany z pierwszej strony google potrafił wywołać nasz śmiech. Bawiliśmy się grą, na treningi przychodziliśmy z uśmiechem na ustach, wiodło nam się coraz lepiej, nasze marzenia stawały się wyraźniejsze, miały kontury i kolory.
W tym wszystkim nie małą rolę odegrał na pewno Wojtek. Tamtego dnia miałem rację – jego słowa, otworzyły przed nami drzwi do lepszego początku. On potrafił mi zaufać, ja zdołałem zrozumieć, dlaczego wydarzenia, których częścią byliśmy na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy, właśnie w taki sposób się toczyły. Dostałem możliwość obserwacji mojego przyjaciela z innej perspektywy, w innej roli, kiedy zmieniał się w odpowiedzialnego i sumiennego człowieka, potrafiącego być wzorem dla otaczających go ludzi. Nie chodzi o grę i kibiców, lecz o życie, które nie jest potyczką dwójki przeciwnych sobie zespołów, lecz milionem niepasujących do siebie elementów. Wojtek na boisku zawsze był poważny, traktował wszystko serio, wykonywał swoją pracę sumiennie, starał się nie tracić koncentracji i udzielał rad. Czerpał przy tym wszystkim przyjemność z gry, ale nie przekładał jej na życie codzienne. Powszechne czyny i decyzję nie są częścią gry, życie nie jest grą, istnienie nie kończy się po dziewięćdziesiątej minucie meczu – ten gwizdek pojawia się znacznie później: najpierw musimy przejść przez wiele etapów funkcjonowania, sprostać wielu zdaniom i decyzjom, musimy przejść od beztroski do powagi, od zabaw do patosu. On potrafił tę granicę wyznaczyć najlepiej ze wszystkich – znajdowała się u niego w najlepszym miejscu z możliwych. Dlatego cieszyłem się, że w przeszłości trafiłem właśnie na niego.
Milie i ja byliśmy identyczni – długo zajęło mi zrozumienie o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi, ale w końcu dojrzałem do interpretacji niektórych faktów. Zrozumiałem ją samą. Nigdy nie zapytałem jej o telefon, który tamtego dnia odebrałem, nie wspomniałem również, że wiem o Garethie. Zostawiłem to wszystko za sobą, łącznie z nienawiścią, niechęcią i jadem, który tkwił we mnie od momentu, kiedy zobaczyłem zarys jej postaci na podwórku Wojtka. Przestałem doszukiwać się jej wad i wytykać nawet najdrobniejsze błędy. Poczułem, że mogła mieć rację, że nie jest moim wrogiem. To dało mi swoiste oczyszczenie i swobodę przebywania z nią na powierzchni mniejszej niż dziesięć metrów kwadratowych. Potrafiłem normalnie z nią rozmawiać, śmiać się z rzeczy, w których dotąd zauważałem coś zabawnego jedynie w obecności swoich przyjaciół, cieszyć się ze zwykłego listu zawierającego rachunek za wodę czy prąd, ale przede wszystkim sprawiała mi radość każda chwila i moment, bo rozumiałem, że w końcu coś w życiu mi się udaje i nie jest to jedynie jakieś marne zagranie dokładnej piłki. To było coś więcej – tysiąc marnych zagrać dokładnej piłki jednocześnie. Sprawą oczywistą jest fakt, że to wszystko nie działo się bez przyczyny i nagle – ja starałem się każdego dnia być lepszy, a moje postanowienie miało coraz solidniejsze fundamenty.
Robiło się coraz ciemniej. Słońce zniknęło za horyzontem zostawiając już tylko pojedyncze i z każdą minutą coraz mniej widoczne strugi światła. Z minuty na minutę niebo stawało się ciemniejsze i intensywniejsze, a otoczenie bardziej agresywne. Jedynym źródłem światła był ogień oraz zapalone światło na tarasie. Wokół rozpalonego ogniska ustawione zostały trzy duże ławki oraz krzywy stół. Na przeciwko mnie siedział Per oraz Mesut, który na przestrzeni miesięcy idealnie wpasował się w nasze towarzystwo oraz sprostał wymaganiom klubowym. Był klasą samą w sobie, będącą przez długi okres czasu naszym tlenem potrzebnym do uporządkowania gry. Obok Laurent ze swoją partnerką śmiali się z rzeczy wyświetlanych na ekranie telefonu Jacka, a Santi, Mikel i Alex zacięcie dyskutowali na jakiś temat. Wojtek i Theo poszli do domku uzupełnić zapasy, natomiast Kieran opowiadał mi o zaletach swojego nowego samochodu. W pewnym momencie przestałem jednak go słuchać. Zacząłem rozglądać się dookoła, czując jak wzrasta we mnie strach. Kilka metrów dalej w ciemności dostrzegłem coraz bardziej oddalający się świecący prostokąt, który już kilka sekund później straciłem z pola widzenia. W tym tłumie brakowało mi tylko jednej osoby.
-Daj mi chwilę. – Poprosiłem i podparłem się na jego ramieniu, pomagając sobie wstać. Nie miałem przy sobie telefonu, dlatego szedłem w stronę oddalającej się Milie na oślep, mocno skupiając wzrok na otoczeniu. Jedynym źródłem światła był księżyc, który wcale nie dostarczał go zbyt wiele, ponieważ do pełni został jeszcze grubo ponad tydzień. Niewiedza mnie przerażała i paraliżowała. Niepokój budził każdy nawet najmniejszy ruch. Okręciłem się wokół własnej osi, ale to nic nie dało. Zmoczyłem jedynie buty, ponieważ znajdowałem się nad brzegiem samego jeziora. Mój oddech stawał się coraz bardziej płytki.
-Milie? – Krzyknąłem z paniką w głosie. Wtedy usłyszałem szmer, a na ramieniu poczułem mocny uścisk jej małej dłoni. Moje oczy natomiast zetknęły się z rażącym, białym światłem witryny google.
-Zwariowałeś? – Opuściła głowę, oddychając z wyraźną ulgą, a później się zaśmiała. Pociągnąłem jej rękę delikatnie w dół, kilkukrotnie mrugając. Przez moment nie do końca zdawałem sobie sprawę odnośnie dokładnego miejsca pobytu, dlatego znów spojrzałem za siebie. Zdołałem dostrzec ognisko.
-Nie słyszałaś, że spacerowanie samotnie w ciemności jest ryzykowne? – Poczułem się głupio wypowiadając te słowa, ponieważ wciąż znajdowała się na terenie należącym do Jacka, na którym prawdopodobnie nic jej nie groziło, ale faktem jest to, że wzbudziła we mnie swoim zachowaniem strach. Nie wiem dlaczego, ani nawet jak, ale nie mogłem się tego wyprzeć, więc pozostawała mi obrona. Szkoda, że nie przemyślałem tego ani przez moment.
-Dopóki byłam tutaj sama czułam się naprawdę bezpiecznie. – Odpowiedziała prawie jak z automatu i nie czekając już na żadne słowa z mojej strony, usiadła na piasku, na tyle blisko jeziora, że woda praktycznie oblewała jej trampki. Rękami złapała swoje uda, a telefon, który dotąd trzymała w dłoni, położyła na piasku. Patrzyła przed siebie. Na bezkresną toń, bezlistne powiewające na wietrze gałęzie drzew, czasami przenosiła wzrok na niebo. W jej policzku pojawiał się mały, ledwo dostrzegalny dołeczek. Wtedy przypomniałem sobie jak opowiadała o zgniłych, kolorowych liściach, które zasypują Londyn każdej jesieni. Wyszukiwała każdy piękny element w krajobrazie natury bez znaczenia czy znajdowała się w parku, mieście, czy zwykłej łące.
-Teraz czujesz jakieś zagrożenie? – Usiadłem obok niej. Był taki moment, jeden krótki moment, kiedy w jej mniemaniu stałem się ważniejszy od otoczenia, kiedy spojrzała na mnie, dając mi jednocześnie możliwość spojrzenia w swoje oczy. W jej niebieskich tęczówkach pełnych nadziei i ufności odbijało się białe światło tak dobrze znanego mi urządzenia. Nie potrafiłem wydusić z siebie ani jednego słowa.
-Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tu wrócę. – Jej głos był słaby, jakby łaknęła jednym zdaniem gwarancji, że jej prośby i pragnienia zostaną spełnione, że to nie jest jeszcze koniec.
-Jack zaprasza nas tutaj średnio raz w miesiącu. – Odwróciła wzrok.
-Zbliża się czas mojego wyjazdu.
Multum pytań bez odpowiedzi i marzeń ich spełnienia. Mnóstwo niewiadomych i sekretów oraz komunikatów, że jest źle. Tyle sprzecznych emocji i nieopisanych uczuć. To moje serce tak jakby pęka?
-O czym ty mówisz? – Powiedziałem, aż za głośno. Moje słowa odbiły się echem na otwartej przestrzeni, ale odpowiedziała mi cisza. Milczenie było przygniatające.
-Muszę w końcu zacząć wszystko od początku. – Dopiero wtedy zorientowałem się, że ma w dłoni szklankę wypełnioną cieczą. Zwilżyła swoje usta, wciąż patrząc w toń.
-Przecież już to zrobiłaś. – Mój głos przepełniony był irytacją. Ja cały byłem zirytowany i nieświadomie ją atakowałem, bo wypełniały mnie żal i złość, których czuć nie powinienem. Nie chciałem czuć wtedy niczego. Po prostu wolałem być wypruty z emocji.
-Nie. Wojtek na razie pokazywał mi, że da się zacząć żyć od nowa i dawał do tego wskazówki. Teraz muszę zrobić to sama. Nadszedł czas, ja to czuję. Czuję, że nie będzie bardziej odpowiedniego momentu, bo każda sekunda sprawia, że się przywiązuję. Nie chcę ocknąć się za jakiś czas i zrozumieć, że znów straciłam czas na bezcelowe stanie w miejscu. Muszę wrócić na studia, powtórzyć semestr, nie mogę wiecznie siedzieć mu na głowie, zwłaszcza, że on bardziej mi już nie pomoże.
-Sądzisz, że tracisz tutaj czas? – Już nie byłem zły. Ja byłem wściekły i rozczarowany.
-Nie to miałam na myśli. Londyn choć deszczowy to wciąż jest piękny, ale to nie jest mój świat, ani nawet moje życie. Ja tutaj funkcjonuje wami. Waszymi meczami, treningami, rozmowami, spotkaniami. Kocham to, ale jestem uzależniona od waszych wypadów i problemów, a tego starałam się przecież uniknąć za wszelką cenę. To znaczy starałam się usamodzielnić.
-Nie martw się, jeżeli obawiasz się, że znajdziesz tu drugiego Bale'a to muszę cię rozczarować, bo rzeczywiście tracisz czas.
Czasami mówię rzeczy, których nie rozumiem i żałuję, bo nie potrafię zapanować nad własnymi emocjami i to jest największy słaby punkt mojej osoby. Gdzieś pomiędzy jej słowami wstałem i zacząłem uderzać czubkiem buta w mokry piasek. Moje ręce zaciśnięte były w pięści, ale nie mogła tego dostrzec, ponieważ trzymałem je w kieszeniach spodni. Próbowałem wnioskować, dlaczego i po jaką cholerę tak się zachowuję, ale do tej pory nie potrafię zrozumieć, gdzie i kiedy pojawił się punkt zapalny, prowadzący do tego wszystkiego. Po prostu nie wiem. Rozumiecie co mam na myśli? Nigdy nie miałem zamiaru powiedzieć jej, że wiem o czymkolwiek dotyczącym jej życia, że odważyłem się kiedykolwiek naruszyć się jej prywatność, że odebrałem ten cholerny telefon. Chciałem to zachować w tajemnicy tylko dla siebie tak jak sama Milie radziła mi kiedyś w barze. To ułatwiało naprawdę wiele rzeczy i pozwoliło uniknąć jej pełnego rozczarowania wzroku.
-Skąd? – Patrzyła na mnie z przerażeniem wysoko zadzierając głowę do góry. Wstała jakby z automatu, wylewając całą zawartość szklanki, która z brzdękiem rozbiła się o kamień wystający z wody, a wolną dłonią zgniotła materiał mojej bluzki, nie wypuszczając go spomiędzy palców. – Skąd, do cholery jasnej, o nim wiesz?
Mój wzrok badał okolicę ponad jej głową, wystrzegając się spojrzenia na nią. Mówiłem w pustą przestrzeń.
-Może to i lepiej, że bliskie nam osoby nie mogą uczestniczyć w zgrupowaniach kadry, bo zawiodłabyś się na nim jeszcze mocniej i bardziej. – Zaśmiałem się. – Zdradzał cię na prawo i lewo, a ty mu głupia wierzyłaś i być może go kochałaś, prawda?
Wiedziałem, że pożałuję tych słów, prędzej czy później, ale nie zareagowałem, kiedy ręka Milie zetknęła się z moim policzkiem, a przez moją twarz przeszedł ogromny dreszcz. Mrugnąłem kilkukrotnie, uświadamiając sobie jak bardzo żałuję wszystkiego co powiedziałem i jak bardzo przeraża mnie moja głupota.
Na Hampstead Heath po raz pierwszy ją pocałowałem. To był impuls. Ostatnimi czasy coraz bardziej przerażał mnie fakt, że mój organizm bez niej zaczynał wariować, że tych impulsów było coraz więcej. Po prostu nie potrafiłem znieść jej nieobecności, a już na pewno tych okropnych łez, zawodu w oczach, tego rozczarowania. Chciałem żeby była przy mnie, żebym nie musiał jej szukać, bo tak było mi łatwiej. Wtedy zrozumiałem, że szansę na to w jakiś sposób na pewno przekreśliłem. I czułem się z tym źle. Kiedy moja twarz zbliżała się do niej, nie reagowała. Może na początku przemawiała przez nią pewność, że w moim mniemaniu to odpowiedni czas na palnięcie kolejnej głupoty, która zniszczy ją doszczętnie, ale nie miałem takiego zamiaru. Właściwie, nie wiem jaki ja konkretnie zamiar miałem. Jej usta smakowały czekoladą i winem. W momencie kiedy złączyłem się z nią w pocałunku poczułem coś na pewno innego. Może dlatego, że był on przepełniony ogromem wątpliwości i ciągłej obawy odtrącenia? Nie wiem. Po prostu nie wiem. Oparłem swoje czoło o jej.
-Przepraszam, ale on nie jest wart tego, żebyś musiała przez niego zaczynać wszystko od początku.
Odepchnęła mnie. Niby przez cały czas byłem na to przygotowany, ale jednak w jakiś sposób mnie to zabolało. Jedyne co mogłem dostrzec w jej tęczówkach to rozczarowanie. Ogromne rozczarowanie, bo to wszystko nie powinno tak wyglądać, a po jej policzkach nie powinny płynąć łzy. To miał być zwykły wypad z przyjaciółmi za miasto. Nic więcej.
-Skąd o nim wiesz? – Zapytała już jakby od niechcenia, jakby nie miała sił na nic więcej. Patrzyła na mnie z nadzieją, że nie usłyszy już nic więcej prócz odpowiedzi na swoje pytanie i po prostu zostawi mnie tam samego. Nie mówię, że na to nie zasługiwałem, ale niczego nie bałem się bardziej od samotności.
-Dzwonił do ciebie po wieczorze w End of the world, następnego dnia.
-Jak mogłeś. – Szepnęła. Nigdy nie nienawidziłem siebie bardziej niż w tamtym momencie.
-Nie chciałem tego robić, ale zobaczyłem jego zdjęcie. Byłem w szoku.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś? –No właśnie, Aaron. – Dlaczego?
-Bo tak pięknie mówił. Myślał, że to ty odebrałaś telefon. – Prawie krzyknąłem. – Wmawiał ci, że żałuję tego co się stało, że cię kocha, że nie ma dnia, kiedy o tym wszystkim nie myśli. To były kłamstwa, ja go znam. Mil, ty byś mu w to uwierzyła i znów skończyłoby się to tak samo. Znów byś tego wszystkiego żałowała.
-Nie masz pojęcia..
-Mam pojęcie, że pokłóciliście się o wyjazd do Madrytu.
-Na razie żałuję, że poznałam ciebie. – Nie patrzyła na mnie. – Rozczarowałeś mnie. Dobranoc, Aaron.
Odeszła.
Czy zabolało? Jak diabli. Nie wiem co się ze mną działo – jeszcze kilka tygodni temu ten tekst spłynąłby po mnie jak woda pod prysznicem, ale teraz było inaczej. Teraz czułem, że coś mnie piecze: trzyma w miejscu. Nie potrafiłem za nią iść. Teraz czułem, chyba po raz pierwszy tak naprawdę, że mogę ją stracić.

Moje łóżko stało pod samym oknem. Nie spałem całą noc. Próbowałem naprawdę wiele razy walczyć z sennością, jednak wszystkie moje próby kończyły się porażką. Długo patrzyłem w przestrzeń za oknem, licząc gwiazdy, obserwując księżyc i drzewa, dokładnie rozpamiętując czas, kiedy razem z Milie leżałem na podłodze w moim mieszkaniu, rozmawiając i nie pozwalając jej zasnąć. To był z pewnością wieczór, podczas którego nasza znajomość bez wątpienia się narodziła, ponieważ wcześniej rozmawialiśmy jedynie, rzucając do siebie nic nieznaczące półsłówka, których żadne z nas nie rozumiało. Wtedy w atmosferze ciszy i dawno śpiącego już miasta mogłem opowiadać jej o dzieciństwie, piłce nożnej czy Arsenalu. Pamiętam, że słuchała mnie jak zaczarowana, chłonąc każde słowo z niesamowitą pasją. Imponowała mi swoją miłością do klubu z armatką w herbie. Była taka szczęśliwa, mogąc przebywać z nami przez te kilka miesięcy.
Rano czułem się jak trup. Ledwie potrafiłem zwlec się z łóżka. Bolała mnie głowa, gardło nieprzyjemnie piekło. W domu było duszno i parno, dlatego automatycznie skierowałem się do łazienki, gdzie wziąłem prysznic. Miałem pod oczami mocno sine ślady, oczy mogłem dostrzec jedynie mocno otwierając spuchnięte powieki. Opłukałem twarz zimną wodą i przeczesałem włosy prawą dłonią. Otaczała mnie głucha cisza, ponieważ wszyscy jeszcze spali. Zszedłem po wielkich schodach na dół gdzie kuchnia łączyła się z ogromnym salonem. Na blacie dostrzegłem talerz kanapek z przeróżnymi warzywami, a mój organizm przypomniał sobie, że nie jadłem wczorajszej kolacji. Wziąłem do ręki jedną z nich, uważając na spadające z powierzchni kromki jarzyny i poczułem przeszywające mnie zimno, które wpadało do pomieszczenia przez lekko uchylone drzwi. Zmarszczyłem czoło. Czy ktoś naprawdę był na tyle nieodpowiedzialny, że zapomniał zamknąć na noc drzwi wyjściowych?
Wdychałem świeże powietrze niezwykle łapczywie. W nocy musiało być z pewnością zimno, ponieważ szyby aut pokrywał szron. Przez całą długość samochodu Laurenta ciągnęły się jednak cztery linie. Mój wzrok powędrował w stronę jeziora.
Szedłem w jego kierunku przepełniony mnóstwem wątpliwości, ale wewnątrz mnie dominowało przede wszystkim przerażenie. Na dworze było bardzo jasno, mimo że niebo pokrywała gęsta warstwa szarych chmur. Wczoraj dałbym naprawdę wiele by móc dostrzec jej sylwetkę w otaczającej ciemności jednak teraz nie byłem chyba gotowy by zmierzyć się z jej rozczarowanym wzrokiem. Tak, wiedziałem, że jej tęczówki przepełniało będzie rozczarowanie. Sam byłem pełny tego uczucia.
Siedziała prawdopodobnie w tym samym miejscu co wczoraj. Obok niej nie dostrzegłem jedynie telefonu. Na nogach miała te same buty, jej nogi pokryte były czarnymi spodniami, na jej ramionach dostrzegłem grubą kurtkę, a przez moje ciało przeszedł dreszcz. Miałem na sobie jedynie krótką bluzkę.
-Dlaczego nie masz na sobie kurtki? – Wyglądała na bardzo zaciekawioną. Jej twarz była blada jak papier.
-Zapomniałem.
-Zapomniałeś, że jest ci zimno?
Tak, dziewczyno, na chwilę zapomniałem o otaczającym mnie świecie, mrozie i pustym żołądku. Nagle moje palce stały się bardziej interesujące niż twoje oczy i zimny wiatr.
-Mil, ja.. – Chyba jeszcze nigdy nie odważyłem się zdrobnić jej imienia.
-Przepraszam. – Tak, właśnie to chciałem powiedzieć, chociaż nie wiedziałem od czego mam zacząć. Spojrzałem na nią zdumiony, a moje palce nagle znieruchomiały. – Mogłeś zostawić mnie w tym cholernym barze, mogłam upić się do nieprzytomności i stracić resztki godności, a ty mimo że nagadałam ci jakiś głupot, nie spuściłeś mnie nawet na chwilę z oczu. Moje zachowanie było nie fair.
Usiadłem w tym samym miejscu, w którym siedziałem wczoraj. To wyglądało jak odtwarzanie jakiejś sytuacji, jak nagrywanie kolejnej sceny do filmu, ponieważ wczorajszego dnia światło było złe, moje zachowanie było beznadziejne, mój pocałunek był nie na miejscu.
-On do mnie dzwonił w styczniu i miałeś rację, ponieważ nawet nie znając jego słów byłam w stanie mu wybaczyć.
-A teraz, coś się zmieniło? – Mój głos rzeczywiście był zachrypnięty.
-Zaczynam się przekonywać, że to nie była ta najpiękniejsza i najprawdziwsza miłość.
Skrzywiła się, z trudem przełykając ślinę. Nie wiem czy jej wyraz twarzy wyrażał ulgę czy raczej przerażenie, ale schowała głowę między kolana. Zrobiło mi się przykro. Objąłem ją ręka, mocno przyciągając do siebie. Widzicie, Milie płakała. Nie wiem czy to właśnie ten widok wstrząsnął mną na tyle, czy raczej wyraz jej tęczówek, ale przyłożyłem wargi do jej mocno rozgrzanego czoła.
Tak to wszystko się zaczęło.

1 komentarz: