Knajpa o nazwie End of the world nie należała do największych czy
najpopularniejszych, ale panował w niej przyjazny klimat i miła atmosfera, a
barman Tony wraz ze swoim starszym szwagrem Anthonym budzili ogromne zaufanie
wśród klientów, którzy z uśmiechem na twarzach do nich wracali. Lokal nie był
przestrzenny, a wręcz mały oraz przyjazny – ściany były drewniane, oświetlenie
jasne, a nad barem wisiał wielki telewizor, na którym goście z zaciekawieniem
oglądali mecz Realu Madryt z Valencią w lidze hiszpańskiej. I dacie wiarę, że
właśnie w tym miejscu znalazłem się następnego wieczoru, a krzesło przy barze
tuż obok mnie zajmowała sama Milie, opróżniająca już trzeci kufel piwa?
Wszystko zaczęło się od tego, że Wojtek był
na mnie wściekły. Nie odzywał się, udawał, że nie istnieje, później przestał
reagować również na moje słowa. Na początku nie miało to dla mnie żadnego
znaczenia, ale z każdą kolejną godziną czułem się coraz bardziej winny. Potem
nie wyrażał już swojej wściekłości poprzez milczenie, lecz przestawił się na
krzyk. Czułem coraz bardziej przygniatające mnie wyrzuty sumienia. Milie tuż po
naszej krótkiej wymianie zdań wyszła z mieszkania, głośno trzaskając drzwiami i
długo nie dawała żadnego znaku życia. Byłem przekonany, że robi to na złość
mnie, zapominając o zdrowym rozsądku, bo znajdowała się przecież w zupełnie
obcym i nowym mieście. Z każdą upływającą godziną rosło we mnie coraz większe
przerażenie. Nie miałem jej numeru telefonu, nie znałem jej zainteresowań,
pogląd na świat mogłem analizować jedynie na podstawie kilku godzin, które
spędziliśmy razem. Mogła znajdować się więc dosłownie w każdym miejscu w
Londynie, a ja nie miałem na to żadnego wpływu. Kiedy siedziałem z głową ukrytą
w dłoniach na kanapie w Wojtkowym salonie, gdzie ona zostawiła mnie samego,
gdzie widziałem ją ostatni raz, do mieszkania wszedł Szczęsny. Jego mina była
zacięta – jakby, co najmniej, chociaż w kilku procentach wiedział jak
przedstawia się sytuacja. Wtedy zrozumiałem, że to wszystko dało się przewidzieć,
że znając naszą dwójkę bardziej niż ktokolwiek inny, kto jak kto, ale Wojtek
powinien zakreślić w głowie szkic takiej perspektywy.
-Gdzie
jest Milie? – Usłyszałem jego miękki głos. Nie pasował do tamtej sytuacji. Nie
potrafiłem wydusić z siebie żadnego słowa. One po prostu ugrzęzły mi w gardle.
Kręciłem głową na prawo i lewo, a to mogło dać mu tylko jedną odpowiedź. Że
jest zupełnie inaczej niż by tego oczekiwał. – I ty się martwisz? – Szepnął
przez zaciśnięte zęby. – Ty.
Martwiłem się. Właśnie to w tym wszystkim
było najzabawniejsze – ja się martwiłem. Wciąż analizowałem w głowie różne
scenariusze, próbowałem znaleźć rozwiązanie i odpowiedź związaną z potencjalnym
miejscem jej pobytu, aż w końcu zrzucałem winę na siebie, bo to ja zawiniłem.
Próbowałem być przecież swobodny, próbowałem pokazać się z jak najlepszej
strony, wywrzeć dobre wrażenie, uśmiechać się, ustępować, a tymczasem już przy
pierwszym zdaniu, które padło z jej ust wyłamałem się z norm moich postanowień.
Nie spałem całą noc. Wojtek kazał mi iść do
domu. Rano wylałem kubek kawy, a po południu za progiem drzwi ujrzałem Milie.
Początkowo zdawało mi się, że mam już omamy, że najwyższy czas położyć się do
łóżka, jednak z jej ust wypłynęło słowo: trudne do zrozumienia przepraszam, które wypowiedzieć
powinienem ja. End of the world to
jedno z nielicznych miejsc w Londynie, które znała.
Nie było tak, że bawiłem się źle. Właściwie,
ta sytuacja była kuriozalna. Siedziałem przy barze, obok była Milie, w ręce
trzymała piwo, niekiedy też się śmiała, a jedyne na co mnie było stać to
trzymanie rąk na idealnym drewnianym blacie i zabawa brelokiem od kluczy do
mojego samochodu, którego nie pozwoliła mi dotknąć. Według niej Londyn o tej
porze roku był piękny, deszcz był piękny, zasypane zgniłymi liśćmi chodniki
były piękne. W pewien sposób wyświadczała mi również przysługę, mogłem bez
żadnych obaw napić się alkoholu, lecz problem tkwił w tym, że nie chciałem tego
robić. Postanowiłem zachować fason, klasę i nie popełniać drugi raz tego samego
błędu.
-Nikt.
– Zaśmiałem się. – Nikt nie niszczy mi psychiki bardziej niż ty. – Wskazałem na
nią palcem, zaznaczając, że nie urwę swojej wypowiedzi w tym miejscu, lecz
dalej będę wylewał swoje rozważania z siebie. – W jednym momencie szczerze mnie
nienawidzisz. W drugim przychodzisz i mnie przepraszasz. Zastanawiam się co tu
się dzieje, co jest nie tak.
-Identycznie
jest z tobą. Działasz w kratkę, ale u ciebie przelicznikiem są dni. W
poniedziałek chcesz się mnie pozbyć, we wtorek już zmieniasz zdanie, boję się
co będzie jutro. – Spojrzała na mnie. – Co będzie w środę, Ramsey?
-Nie.
– Pokręciłem przecząco głową. – Ja cię tylko nienawidzę.
-Co ty
pieprzysz? – Jej głos nie był szorstki, lecz łagodny i miły. Zadawała pytanie
jednak nie oczekiwała na nie żadnej konkretnej odpowiedzi. Wewnątrz bardziej
śmiała się z moich słów, doszukując się w nich jakiejś drugiej głębi, która tak
naprawdę nie istniała. Wszystko było klarowne i jasne. – To co ty tu robisz? –
Zaśmiała się, połykając ostatni łyk piwa. Właściwie, ona cały czas się śmiała.
– Po co to robisz? Idź stąd. – Zignorowałem ją.
-Wojtek
pozbawiłby mnie życia, gdyby dowiedział się, że pozwoliłem ci tyle wypić. –
Wzruszyłem ramionami. Nasza rozmowa nie była rozmową. Nie odpowiadaliśmy na
zadawane przez siebie pytania, nie słuchaliśmy swoich słów, nie wyglądaliśmy na
osoby, cieszące się swoim towarzystwem, jakbyśmy przyszli tutaj osobno, a nasze
własne interesy pozostawały sprawami indywidulnymi. Osoby, które obserwowały
nas z boku mogły, posiadając bogatą argumentację stwierdzić, że wykraczamy poza
normy uczestnictwa w jakimś wydarzeniu. Wyglądaliśmy bardziej na dwójkę ludzi,
którzy spotkali się przypadkiem w tym miejscu, o tej godzinie i postanowili w
swoim towarzystwie spędzić trochę czasu. Jakby fakt, że Milie kazała mi przebyć
kilkanaście kilometrów w londyńskiej ulewie był moim własnym wymysłem.
-Momentami
myślę, że moje towarzystwo sprawia ci przyjemność. To jedyne wytłumaczenie,
które jakoś realnie brzmi w mojej głowie, kiedy uświadamiam sobie, że to ty
mnie tu przyprowadziłaś.
-Jest
przy mnie osoba, która daje mi wiele do myślenia. – Zaśmiała się, widząc moją
minę. Rzeczywiście, chyba musiałem wyglądać komicznie. – Nie jesteś nią ty. Nie
żartuj. Jestem młoda, ale mam swoją przeszłość, która jest moja. Zbyt wiele
razy za bardzo uwierzyłam, ale też w zbyt wielu sytuacjach nie ufałam, ale
zawsze zachowywałam to wszystko dla siebie. Nie musisz mu o tym mówić. Wydaję
mi się, że Wojtek będzie szczęśliwy, jeżeli dowie się, że dwójka jego
przyjaciół ma między sobą rzeczy, o których nie chcę mu mówić.
-Nie
mamy przed sobą żadnych tajemnic. Nie chcę żeby to teraz się zmieniało. –
Odpowiedziałem jakby z automatu. Mój głos był pewny. Nie zawahałem się ani
przez chwilę, nie zwlekałem też z wyrażeniem swojej opinii. Ja cały byłem pewny,
że wszystkie karty między nami są odkryte i gdyby rzeczywistość okazała się
inna rozczarowałbym się bardzo.
-Doprawdy?
– Zaśmiała się. Nie rozumiałem o co jej chodzi. Sądziłem, że nie zdając sobie
sprawy z relacji między nami przemilczy sprawę, ale ona nie zamierzała tego
robić: wręcz przeciwnie – alkohol otworzył jej usta, a w jej planach było
kontynuowanie tej wymiany. Zmarszczyłem czoło nie bardzo wiedząc o co chodzi.
Ciągnęła dalej. – To dlaczego nie powiedział ci o mnie? Dlaczego nigdy nie
wspomniał nawet mojego imienia? – Milczałem. – Założę się, że Wojtek po
powrocie do domu był dla ciebie nad wyraz wyrozumiały, nie oceniał sytuacji, po
prostu kazał wrócić ci do mieszkania i zapomnieć o całej sprawie.
Była z
siebie dumna. To rzeczywiście dawało do myślenia. Przeoczyłem ten punkt, a ona
uderzyła w rzecz najbardziej niepokojącą, najbardziej dającą do myślenia:
dlaczego nie wspomniał nawet słowem na jej temat, dlaczego nie powiedział
chociaż marnego: Poznałem Milie,
dlaczego nigdy nie użył jej imienia? To był element zapalny.
-Najłatwiej
mnie oceniać, prawda? – Nabrała wyraźnej odwagi. Jej oczy nie były już
przestraszone, czaiła się w nich odwaga. Może nie duża, ale mimo wszystko tam
była, było tam uczucie, którego nigdy wcześniej nie udało mi się w niej
zarejestrować. – Krytykować, że mała dziewczynka dostała szansę poznania
wielkiego świata i zachłystuję się tym za każdym razem kiedy wchodzi na
stadion, kiedy może słuchać rozmów piłkarzy Arsenalu czy upijać się przy boku
słynnego Ramseya. – Skrzywiłem się. Jej głos przesiąknięty był ironią i jadem.
Atakowała mnie, a ja nie mogłem się bronić. Nie miałem żadnych argumentów,
które nie zraniłyby jej w żaden sposób,
bo tym razem nie chciałem tego robić. Tym razem chciałem poznać ją, chciałem
poznać jej tajemnice i sekrety, które skrywa i które sprawiają, że jest taka a
nie inna, które sprawiły, że znalazła się tu i które wywołują tę nienawiść do
mnie. Wiedziałem, że to nie będzie proste, może nawet i nieosiągalne, ale kto
powiedział, że będzie łatwo? – Nie przyjechałam tutaj po to żeby niszczyć waszą
przyjaźń.
-Ale
to robisz.
-Wierzę,
że jego słowa i to co robi mają jakiś sens, że doskonale wie co robi. –
Wyraźnie zaciskała wargi, starając się żeby słowa, które wypowiada były
skomponowane idealnie, wręcz perfekcyjnie. – To ja poprosiłam go o pomoc, to
prawda, ale nigdy nie wspomniałam nawet słowem na temat Londynu i przyjazdu
tutaj.
-Zawsze
byliśmy sami, zawsze mogłem na nim polegać.
-Aaron.
– Wtedy po raz pierwszy wypowiedziała moje imię. Wtedy po raz pierwszy tamtego
wieczoru oderwałem wzrok od metalowych breloków i spojrzałem w jej oczy. Miała
błękitne tęczówki, błyszczące się w świetle barowego światła, które nie
odrywały ode mnie wzroku przez cały ten czas. Jej twarz była blada, makijaż w
kąciku oczu porozmazywany, a usta błyszczały się od spożywanego napoju. Wtedy
zrozumiałem, że kiedy na nią patrzę nie tkwi we mnie jad, że nienawiść powoli
parowała. Zrozumiałem, że moje imię w jej ustach nie brzmiało wcale tak źle. –
A czy odkąd się pojawiłam nie możesz na nim polegać?
-Wiem,
że z dnia na dzień zachowuję się coraz gorzej, ale bronię się tą cholerną
kontuzją. Haruję tyle godzin, tracę tyle czasu, a mimo wszystko wciąż jest źle.
Wiesz co Wojtek powiedział mi podczas meczu, kiedy doznałem kolejnego urazu? –
Jej wyraz twarzy diametralnie zmieniał się z sekundy na sekundę. Raz marszczyła
czoło, już chwilę później mrużyła oczy, ale w jej oczach niezmiennie dominowały
przede wszystkim ciekawość i przerażenie. – Daj
sobie spokój, nie jesteś pępkiem świata. Cały czas mam w głowie to cholerne
daj sobie spokój i zastanawiam się czy rzeczywiście, nie byłoby łatwiej gdybym
dał sobie spokój i porzucił marzenia, czy nie byłbym szczęśliwszy. Bo teraz nie
potrafię nawet się uśmiechnąć. Nawet na dwie sekundy nie potrafię szczerze się
uśmiechnąć. – Mój głos był wypruty z emocji, chociaż momentami pojawiała się w
nich jeszcze odraza. Czekałem na cokolwiek. Aż się zaśmieje, ruszy dłonią,
powie zwykły wyraz albo chociaż westchnie, ale musiałem znieść rozczarowanie.
Już nawet na mnie nie patrzyła, ponieważ jej wzrok podążał za barmanem. – Na
dziś koniec. Nie zamierzam prowadzić cię do domu. – Wstałem i wyczekująco
zacząłem wybijać palcami nieokreślony rytm na drewnianym krześle.
-Nigdzie
się nie wybieram.
-Wybierasz
się. Jest już grubo po północy, a na dworze przestało padać.
Nie miała ochoty nigdzie ze mną iść.
Świadczył o tym każdy jej ruch. Kurtkę ubierała mozolnie, poprawiając dokładnie
każdy szczegół i dbając jednocześnie o wygląd całościowy swojego stroju. Kiedy
wstała z zajmowanego przez cały wieczór krzesła, zachwiała się i praktycznie
upadła na podłogę. Nie miałem w sobie cierpliwości. Chwyciłem ją za dłoń i
pociągnąłem w kierunku wyjścia, gdzie siłą włożyłem jej na głowę swoją czarną
czapkę. Dziś muszę przyznać, że chciałem ją w tym wkurzyć, ponieważ po raz
pierwszy odkąd ją poznałem miała rozpuszczone włosy. Chciałem zamówić taksówkę,
ale rozłoszczona Milie wydarła mi z ręki telefon, krzycząc, że już wcześniej
powiedziała mi coś na ten temat. To wszystko było zabawne, ponieważ jej dotąd
idealnie zbudowane wypowiedzi były powoli zastępowane nieskładnie wypowiadanymi
zdaniami.
Nie miałem odwagi odprowadzać jej tej nocy do
Wojtka. To wpłynęłoby negatywnie na nasze relację, a jej stan pozostawiał wiele
znaków zapytania. Dodatkowo budziły się we mnie uczucia z chęcią sprawowania
opieki nad pijaną Milie na czele, ponieważ to kłótnia ze mną zaprowadziła ją do
tamtego miejsca.
-Wiesz
w czym tkwi twój problem? – Zapytała, wcześniej blokując mi drogę i pozornie
uniemożliwiając przejście. W rzeczywistości bez problemu mogłem ją wyminąć, ale
jej pewność siebie mnie zaintrygowała i nie pozwalała iść dalej. Uśmiechnąłem
się i wyczekująco patrzyłem w jej oczy, czekając na odpowiedź. Zaczęła
wymachiwać dłonią, którą wyswobodziła z mojego silnego uścisku i kontynuowała.
– W tym, że jesteśmy identyczni. W tym, że mogę przewidzieć każdy twój ruch,
zrozumieć to co masz na myśli, gadając bzdury kodami, których inni nie potrafią
rozszyfrować i to cię drażni.
-Jesteś
bardziej pijana niż sądziłem. – Pokiwałem głową, widząc jej zdumioną minę i
podrapałem się po policzku. Skrzywiła się. Zaczęła oddychać wolno i miarowo, patrząc
na mnie wyczekująco. Wyminąłem ją i otworzyłem drzwi kamienicy. W milczeniu
przekroczyła jej próg, a później podążała w ciemności za mną, trzymając mnie za
rękę. To było przyjemne uczucie – na dworze było zimno, a po moim ciele
rozchodziło się niesamowite ciepło.
-Nie
możesz pozwolić mi zasnąć, Aaron. – Szepnęła. Na początku myślałem, że żartuję,
więc ciszę w moim mieszkaniu rozdarł cichy śmiech, jednak nie mogąc dostrzec
jej twarzy, ponieważ zajęta była rozsznurowaniem buta uświadomiłem sobie, że jest
całkowicie poważna. Nie spuszczałem jej z oczu. Obserwowałem jak ściąga obuwie,
kurtkę, szalik, jak rzuca moją czapką, podpiera się o ścianę, jak dokładnie
analizuję każdy szczegół pomieszczenia, ale ani przez sekundę jej wzrok nie
zatrzymał się na mnie. Zrobiłem krok w jej kierunku.
-Dlaczego?
– Zapytałem dość miękko i cicho. Byłem na tyle blisko niej, że mój oddech z
pewnością owiał jej twarz. Odgarnąłem z jej oczu grzywkę by móc patrzeć w nie
bardziej przejrzyście, by wyczytać z niej cokolwiek. Ale to nie przyniosło
skutku. – Byłem gotowy udostępnić ci własną sypialnie, bardzo wygodne łóżko,
podać kolację, być może coś do picia i położyć się spać, a ty tak brutalnie to
niszczysz? – Jej oddech był płytki. Ta ciemność, moja obecność i mnóstwo
niewiadomych na nią działało. – Chodź.
W życiu wmawiano mi wiele rzeczy – że Święty
Mikołaj istnieje, że przynosi prezenty pod choinkę, że horoskopy przepowiadają
przyszłość, a dusze zmarłych nigdy nas nie opuszczają. Mówiono mi również, że
nie jestem złym człowiekiem, że mam w sobie wiele radości, a prawdziwe uczucia
skrywam pod maską wytworzoną na przestrzeni lat. Tamtej nocy się śmiałem.
Czasami zastanawiam się czy Milie dała mi tę radość specjalnie, czy wzięła
sobie moje żale do serca i postanowiła pokazać mi, że wszystko jest możliwe, że
na co dzień nie jestem sobą. Tamtej nocy chyba po raz pierwszy przekonałem się,
że mogę przestać widzieć jakiekolwiek ale
w jej zachowaniu, że mógłbym dzielić z nią sekrety, że mógłbym udowodnić sobie
i jej, że mogę być lepszy. Tamtej nocy ona się przede mną otworzyła. Może nie w
sposób taki jaki by sobie tego życzyła, ale były takie momenty, kiedy czułem
się naprawdę potrzebny. Czułem się potrzebny, kiedy Milie niespodziewanie
wybiegała z pokoju, zatykając swoje usta dłonią oraz wtedy, kiedy znalazłem ją
w łazience, pochylającą się nad muszlą klozetową. Czułem się potrzebny, kiedy
uśmiechałem się do niej delikatnie i zmywałem z jej bladego, zmęczonego
policzka strużkę łez, które wypływały z jej oczu z powodu wysiłku, któremu poddawane
było jej ciało i kiedy związywałem jej włosy frotką zdjętą wcześniej z jej
chudego nadgarstka. Ale przede wszystkim, czułem się potrzebny, kiedy opierając
się o moje ramię, tłumaczyła, że nie powiedziała mi całej prawdy; że nie tylko
Księżyc jest piękny, lecz całe niebo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz