sobota, 30 maja 2015

5. The Moon still hung.

Knajpa o nazwie End of the world nie należała do największych czy najpopularniejszych, ale panował w niej przyjazny klimat i miła atmosfera, a barman Tony wraz ze swoim starszym szwagrem Anthonym budzili ogromne zaufanie wśród klientów, którzy z uśmiechem na twarzach do nich wracali. Lokal nie był przestrzenny, a wręcz mały oraz przyjazny – ściany były drewniane, oświetlenie jasne, a nad barem wisiał wielki telewizor, na którym goście z zaciekawieniem oglądali mecz Realu Madryt z Valencią w lidze hiszpańskiej. I dacie wiarę, że właśnie w tym miejscu znalazłem się następnego wieczoru, a krzesło przy barze tuż obok mnie zajmowała sama Milie, opróżniająca już trzeci kufel piwa?
Wszystko zaczęło się od tego, że Wojtek był na mnie wściekły. Nie odzywał się, udawał, że nie istnieje, później przestał reagować również na moje słowa. Na początku nie miało to dla mnie żadnego znaczenia, ale z każdą kolejną godziną czułem się coraz bardziej winny. Potem nie wyrażał już swojej wściekłości poprzez milczenie, lecz przestawił się na krzyk. Czułem coraz bardziej przygniatające mnie wyrzuty sumienia. Milie tuż po naszej krótkiej wymianie zdań wyszła z mieszkania, głośno trzaskając drzwiami i długo nie dawała żadnego znaku życia. Byłem przekonany, że robi to na złość mnie, zapominając o zdrowym rozsądku, bo znajdowała się przecież w zupełnie obcym i nowym mieście. Z każdą upływającą godziną rosło we mnie coraz większe przerażenie. Nie miałem jej numeru telefonu, nie znałem jej zainteresowań, pogląd na świat mogłem analizować jedynie na podstawie kilku godzin, które spędziliśmy razem. Mogła znajdować się więc dosłownie w każdym miejscu w Londynie, a ja nie miałem na to żadnego wpływu. Kiedy siedziałem z głową ukrytą w dłoniach na kanapie w Wojtkowym salonie, gdzie ona zostawiła mnie samego, gdzie widziałem ją ostatni raz, do mieszkania wszedł Szczęsny. Jego mina była zacięta – jakby, co najmniej, chociaż w kilku procentach wiedział jak przedstawia się sytuacja. Wtedy zrozumiałem, że to wszystko dało się przewidzieć, że znając naszą dwójkę bardziej niż ktokolwiek inny, kto jak kto, ale Wojtek powinien zakreślić w głowie szkic takiej perspektywy.
-Gdzie jest Milie? – Usłyszałem jego miękki głos. Nie pasował do tamtej sytuacji. Nie potrafiłem wydusić z siebie żadnego słowa. One po prostu ugrzęzły mi w gardle. Kręciłem głową na prawo i lewo, a to mogło dać mu tylko jedną odpowiedź. Że jest zupełnie inaczej niż by tego oczekiwał. – I ty się martwisz? – Szepnął przez zaciśnięte zęby.  – Ty.
Martwiłem się. Właśnie to w tym wszystkim było najzabawniejsze – ja się martwiłem. Wciąż analizowałem w głowie różne scenariusze, próbowałem znaleźć rozwiązanie i odpowiedź związaną z potencjalnym miejscem jej pobytu, aż w końcu zrzucałem winę na siebie, bo to ja zawiniłem. Próbowałem być przecież swobodny, próbowałem pokazać się z jak najlepszej strony, wywrzeć dobre wrażenie, uśmiechać się, ustępować, a tymczasem już przy pierwszym zdaniu, które padło z jej ust wyłamałem się z norm moich postanowień.
Nie spałem całą noc. Wojtek kazał mi iść do domu. Rano wylałem kubek kawy, a po południu za progiem drzwi ujrzałem Milie. Początkowo zdawało mi się, że mam już omamy, że najwyższy czas położyć się do łóżka, jednak z jej ust wypłynęło słowo: trudne do zrozumienia przepraszam, które wypowiedzieć powinienem ja. End of the world to jedno z nielicznych miejsc w Londynie, które znała.
Nie było tak, że bawiłem się źle. Właściwie, ta sytuacja była kuriozalna. Siedziałem przy barze, obok była Milie, w ręce trzymała piwo, niekiedy też się śmiała, a jedyne na co mnie było stać to trzymanie rąk na idealnym drewnianym blacie i zabawa brelokiem od kluczy do mojego samochodu, którego nie pozwoliła mi dotknąć. Według niej Londyn o tej porze roku był piękny, deszcz był piękny, zasypane zgniłymi liśćmi chodniki były piękne. W pewien sposób wyświadczała mi również przysługę, mogłem bez żadnych obaw napić się alkoholu, lecz problem tkwił w tym, że nie chciałem tego robić. Postanowiłem zachować fason, klasę i nie popełniać drugi raz tego samego błędu.
-Nikt. – Zaśmiałem się. – Nikt nie niszczy mi psychiki bardziej niż ty. – Wskazałem na nią palcem, zaznaczając, że nie urwę swojej wypowiedzi w tym miejscu, lecz dalej będę wylewał swoje rozważania z siebie. – W jednym momencie szczerze mnie nienawidzisz. W drugim przychodzisz i mnie przepraszasz. Zastanawiam się co tu się dzieje, co jest nie tak.
-Identycznie jest z tobą. Działasz w kratkę, ale u ciebie przelicznikiem są dni. W poniedziałek chcesz się mnie pozbyć, we wtorek już zmieniasz zdanie, boję się co będzie jutro. – Spojrzała na mnie. – Co będzie w środę, Ramsey?
-Nie. – Pokręciłem przecząco głową. – Ja cię tylko nienawidzę.
-Co ty pieprzysz? – Jej głos nie był szorstki, lecz łagodny i miły. Zadawała pytanie jednak nie oczekiwała na nie żadnej konkretnej odpowiedzi. Wewnątrz bardziej śmiała się z moich słów, doszukując się w nich jakiejś drugiej głębi, która tak naprawdę nie istniała. Wszystko było klarowne i jasne. – To co ty tu robisz? – Zaśmiała się, połykając ostatni łyk piwa. Właściwie, ona cały czas się śmiała. – Po co to robisz? Idź stąd. – Zignorowałem ją.
-Wojtek pozbawiłby mnie życia, gdyby dowiedział się, że pozwoliłem ci tyle wypić. – Wzruszyłem ramionami. Nasza rozmowa nie była rozmową. Nie odpowiadaliśmy na zadawane przez siebie pytania, nie słuchaliśmy swoich słów, nie wyglądaliśmy na osoby, cieszące się swoim towarzystwem, jakbyśmy przyszli tutaj osobno, a nasze własne interesy pozostawały sprawami indywidulnymi. Osoby, które obserwowały nas z boku mogły, posiadając bogatą argumentację stwierdzić, że wykraczamy poza normy uczestnictwa w jakimś wydarzeniu. Wyglądaliśmy bardziej na dwójkę ludzi, którzy spotkali się przypadkiem w tym miejscu, o tej godzinie i postanowili w swoim towarzystwie spędzić trochę czasu. Jakby fakt, że Milie kazała mi przebyć kilkanaście kilometrów w londyńskiej ulewie był moim własnym wymysłem.
-Momentami myślę, że moje towarzystwo sprawia ci przyjemność. To jedyne wytłumaczenie, które jakoś realnie brzmi w mojej głowie, kiedy uświadamiam sobie, że to ty mnie tu przyprowadziłaś.
-Jest przy mnie osoba, która daje mi wiele do myślenia. – Zaśmiała się, widząc moją minę. Rzeczywiście, chyba musiałem wyglądać komicznie. – Nie jesteś nią ty. Nie żartuj. Jestem młoda, ale mam swoją przeszłość, która jest moja. Zbyt wiele razy za bardzo uwierzyłam, ale też w zbyt wielu sytuacjach nie ufałam, ale zawsze zachowywałam to wszystko dla siebie. Nie musisz mu o tym mówić. Wydaję mi się, że Wojtek będzie szczęśliwy, jeżeli dowie się, że dwójka jego przyjaciół ma między sobą rzeczy, o których nie chcę mu mówić.
-Nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Nie chcę żeby to teraz się zmieniało. – Odpowiedziałem jakby z automatu. Mój głos był pewny. Nie zawahałem się ani przez chwilę, nie zwlekałem też z wyrażeniem swojej opinii. Ja cały byłem pewny, że wszystkie karty między nami są odkryte i gdyby rzeczywistość okazała się inna rozczarowałbym się bardzo.
-Doprawdy? – Zaśmiała się. Nie rozumiałem o co jej chodzi. Sądziłem, że nie zdając sobie sprawy z relacji między nami przemilczy sprawę, ale ona nie zamierzała tego robić: wręcz przeciwnie – alkohol otworzył jej usta, a w jej planach było kontynuowanie tej wymiany. Zmarszczyłem czoło nie bardzo wiedząc o co chodzi. Ciągnęła dalej. – To dlaczego nie powiedział ci o mnie? Dlaczego nigdy nie wspomniał nawet mojego imienia? – Milczałem. – Założę się, że Wojtek po powrocie do domu był dla ciebie nad wyraz wyrozumiały, nie oceniał sytuacji, po prostu kazał wrócić ci do mieszkania i zapomnieć o całej sprawie.
Była z siebie dumna. To rzeczywiście dawało do myślenia. Przeoczyłem ten punkt, a ona uderzyła w rzecz najbardziej niepokojącą, najbardziej dającą do myślenia: dlaczego nie wspomniał nawet słowem na jej temat, dlaczego nie powiedział chociaż marnego: Poznałem Milie, dlaczego nigdy nie użył jej imienia? To był element zapalny.
-Najłatwiej mnie oceniać, prawda? – Nabrała wyraźnej odwagi. Jej oczy nie były już przestraszone, czaiła się w nich odwaga. Może nie duża, ale mimo wszystko tam była, było tam uczucie, którego nigdy wcześniej nie udało mi się w niej zarejestrować. – Krytykować, że mała dziewczynka dostała szansę poznania wielkiego świata i zachłystuję się tym za każdym razem kiedy wchodzi na stadion, kiedy może słuchać rozmów piłkarzy Arsenalu czy upijać się przy boku słynnego Ramseya. – Skrzywiłem się. Jej głos przesiąknięty był ironią i jadem. Atakowała mnie, a ja nie mogłem się bronić. Nie miałem żadnych argumentów, które  nie zraniłyby jej w żaden sposób, bo tym razem nie chciałem tego robić. Tym razem chciałem poznać ją, chciałem poznać jej tajemnice i sekrety, które skrywa i które sprawiają, że jest taka a nie inna, które sprawiły, że znalazła się tu i które wywołują tę nienawiść do mnie. Wiedziałem, że to nie będzie proste, może nawet i nieosiągalne, ale kto powiedział, że będzie łatwo? – Nie przyjechałam tutaj po to żeby niszczyć waszą przyjaźń.
-Ale to robisz.
-Wierzę, że jego słowa i to co robi mają jakiś sens, że doskonale wie co robi. – Wyraźnie zaciskała wargi, starając się żeby słowa, które wypowiada były skomponowane idealnie, wręcz perfekcyjnie. – To ja poprosiłam go o pomoc, to prawda, ale nigdy nie wspomniałam nawet słowem na temat Londynu i przyjazdu tutaj.
-Zawsze byliśmy sami, zawsze mogłem na nim polegać.
-Aaron. – Wtedy po raz pierwszy wypowiedziała moje imię. Wtedy po raz pierwszy tamtego wieczoru oderwałem wzrok od metalowych breloków i spojrzałem w jej oczy. Miała błękitne tęczówki, błyszczące się w świetle barowego światła, które nie odrywały ode mnie wzroku przez cały ten czas. Jej twarz była blada, makijaż w kąciku oczu porozmazywany, a usta błyszczały się od spożywanego napoju. Wtedy zrozumiałem, że kiedy na nią patrzę nie tkwi we mnie jad, że nienawiść powoli parowała. Zrozumiałem, że moje imię w jej ustach nie brzmiało wcale tak źle. – A czy odkąd się pojawiłam nie możesz na nim polegać?
-Wiem, że z dnia na dzień zachowuję się coraz gorzej, ale bronię się tą cholerną kontuzją. Haruję tyle godzin, tracę tyle czasu, a mimo wszystko wciąż jest źle. Wiesz co Wojtek powiedział mi podczas meczu, kiedy doznałem kolejnego urazu? – Jej wyraz twarzy diametralnie zmieniał się z sekundy na sekundę. Raz marszczyła czoło, już chwilę później mrużyła oczy, ale w jej oczach niezmiennie dominowały przede wszystkim ciekawość i przerażenie. – Daj sobie spokój, nie jesteś pępkiem świata. Cały czas mam w głowie to cholerne daj sobie spokój i zastanawiam się czy rzeczywiście, nie byłoby łatwiej gdybym dał sobie spokój i porzucił marzenia, czy nie byłbym szczęśliwszy. Bo teraz nie potrafię nawet się uśmiechnąć. Nawet na dwie sekundy nie potrafię szczerze się uśmiechnąć. – Mój głos był wypruty z emocji, chociaż momentami pojawiała się w nich jeszcze odraza. Czekałem na cokolwiek. Aż się zaśmieje, ruszy dłonią, powie zwykły wyraz albo chociaż westchnie, ale musiałem znieść rozczarowanie. Już nawet na mnie nie patrzyła, ponieważ jej wzrok podążał za barmanem. – Na dziś koniec. Nie zamierzam prowadzić cię do domu. – Wstałem i wyczekująco zacząłem wybijać palcami nieokreślony rytm na drewnianym krześle.
-Nigdzie się nie wybieram.
-Wybierasz się. Jest już grubo po północy, a na dworze przestało padać.
Nie miała ochoty nigdzie ze mną iść. Świadczył o tym każdy jej ruch. Kurtkę ubierała mozolnie, poprawiając dokładnie każdy szczegół i dbając jednocześnie o wygląd całościowy swojego stroju. Kiedy wstała z zajmowanego przez cały wieczór krzesła, zachwiała się i praktycznie upadła na podłogę. Nie miałem w sobie cierpliwości. Chwyciłem ją za dłoń i pociągnąłem w kierunku wyjścia, gdzie siłą włożyłem jej na głowę swoją czarną czapkę. Dziś muszę przyznać, że chciałem ją w tym wkurzyć, ponieważ po raz pierwszy odkąd ją poznałem miała rozpuszczone włosy. Chciałem zamówić taksówkę, ale rozłoszczona Milie wydarła mi z ręki telefon, krzycząc, że już wcześniej powiedziała mi coś na ten temat. To wszystko było zabawne, ponieważ jej dotąd idealnie zbudowane wypowiedzi były powoli zastępowane nieskładnie wypowiadanymi zdaniami.
Nie miałem odwagi odprowadzać jej tej nocy do Wojtka. To wpłynęłoby negatywnie na nasze relację, a jej stan pozostawiał wiele znaków zapytania. Dodatkowo budziły się we mnie uczucia z chęcią sprawowania opieki nad pijaną Milie na czele, ponieważ to kłótnia ze mną zaprowadziła ją do tamtego miejsca.
-Wiesz w czym tkwi twój problem? – Zapytała, wcześniej blokując mi drogę i pozornie uniemożliwiając przejście. W rzeczywistości bez problemu mogłem ją wyminąć, ale jej pewność siebie mnie zaintrygowała i nie pozwalała iść dalej. Uśmiechnąłem się i wyczekująco patrzyłem w jej oczy, czekając na odpowiedź. Zaczęła wymachiwać dłonią, którą wyswobodziła z mojego silnego uścisku i kontynuowała. – W tym, że jesteśmy identyczni. W tym, że mogę przewidzieć każdy twój ruch, zrozumieć to co masz na myśli, gadając bzdury kodami, których inni nie potrafią rozszyfrować i to cię drażni.
-Jesteś bardziej pijana niż sądziłem. – Pokiwałem głową, widząc jej zdumioną minę i podrapałem się po policzku. Skrzywiła się. Zaczęła oddychać wolno i miarowo, patrząc na mnie wyczekująco. Wyminąłem ją i otworzyłem drzwi kamienicy. W milczeniu przekroczyła jej próg, a później podążała w ciemności za mną, trzymając mnie za rękę. To było przyjemne uczucie – na dworze było zimno, a po moim ciele rozchodziło się niesamowite ciepło.
-Nie możesz pozwolić mi zasnąć, Aaron. – Szepnęła. Na początku myślałem, że żartuję, więc ciszę w moim mieszkaniu rozdarł cichy śmiech, jednak nie mogąc dostrzec jej twarzy, ponieważ zajęta była rozsznurowaniem buta uświadomiłem sobie, że jest całkowicie poważna. Nie spuszczałem jej z oczu. Obserwowałem jak ściąga obuwie, kurtkę, szalik, jak rzuca moją czapką, podpiera się o ścianę, jak dokładnie analizuję każdy szczegół pomieszczenia, ale ani przez sekundę jej wzrok nie zatrzymał się na mnie. Zrobiłem krok w jej kierunku.
-Dlaczego? – Zapytałem dość miękko i cicho. Byłem na tyle blisko niej, że mój oddech z pewnością owiał jej twarz. Odgarnąłem z jej oczu grzywkę by móc patrzeć w nie bardziej przejrzyście, by wyczytać z niej cokolwiek. Ale to nie przyniosło skutku. – Byłem gotowy udostępnić ci własną sypialnie, bardzo wygodne łóżko, podać kolację, być może coś do picia i położyć się spać, a ty tak brutalnie to niszczysz? – Jej oddech był płytki. Ta ciemność, moja obecność i mnóstwo niewiadomych na nią działało. – Chodź.

W życiu wmawiano mi wiele rzeczy – że Święty Mikołaj istnieje, że przynosi prezenty pod choinkę, że horoskopy przepowiadają przyszłość, a dusze zmarłych nigdy nas nie opuszczają. Mówiono mi również, że nie jestem złym człowiekiem, że mam w sobie wiele radości, a prawdziwe uczucia skrywam pod maską wytworzoną na przestrzeni lat. Tamtej nocy się śmiałem. Czasami zastanawiam się czy Milie dała mi tę radość specjalnie, czy wzięła sobie moje żale do serca i postanowiła pokazać mi, że wszystko jest możliwe, że na co dzień nie jestem sobą. Tamtej nocy chyba po raz pierwszy przekonałem się, że mogę przestać widzieć jakiekolwiek ale w jej zachowaniu, że mógłbym dzielić z nią sekrety, że mógłbym udowodnić sobie i jej, że mogę być lepszy. Tamtej nocy ona się przede mną otworzyła. Może nie w sposób taki jaki by sobie tego życzyła, ale były takie momenty, kiedy czułem się naprawdę potrzebny. Czułem się potrzebny, kiedy Milie niespodziewanie wybiegała z pokoju, zatykając swoje usta dłonią oraz wtedy, kiedy znalazłem ją w łazience, pochylającą się nad muszlą klozetową. Czułem się potrzebny, kiedy uśmiechałem się do niej delikatnie i zmywałem z jej bladego, zmęczonego policzka strużkę łez, które wypływały z jej oczu z powodu wysiłku, któremu poddawane było jej ciało i kiedy związywałem jej włosy frotką zdjętą wcześniej z jej chudego nadgarstka. Ale przede wszystkim, czułem się potrzebny, kiedy opierając się o moje ramię, tłumaczyła, że nie powiedziała mi całej prawdy; że nie tylko Księżyc jest piękny, lecz całe niebo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz