Przełknąłem ślinę bardzo powoli, bojąc się, że nie będzie w stanie przejść
przez moje gardło. Siedziałem w samochodzie. Dłonie trzymałem na kierownicy.
Nogi zastygły mi w powietrzu. Wzrok utkwiony miałem w znajdujących się daleko
budynkach, drzewach. Raziło mnie słońce. Mrużyłem powieki. Je jako jedyne co
jakiś czas wprawiałem w ruch, nawilżając spojówki. Okna w aucie miałem otwarte,
butelka z wodą do połowy była opróżniona.
Zaparkowałem na chodniku. Po mojej lewej stronie stał pojazd Wojtka.
Blokowałem mu drogę. Na fotelu obok kierowcy leżało zapakowane na wynos
jedzenie, które kupiłem w przypadkowym barze, który dostrzegłem przemierzając
zatłoczone ulice Londynu. Mój apetyt nie wiadomo kiedy minął i zastąpiło go
jedynie poczucie goryczy, które wypełniało mnie od środka i wylewało się na
zewnątrz. Nie bardzo wiedziałem co mam robić. Nie bardzo wiedziałem po co tak
właściwie przyjechałem do miejsca, w którym się znajdowałem i co mną kierowało.
Kiedy opuszczałem parking w planach miałem jechać przed siebie. Miałem przed
sobą prostą drogę, nie musiałem podejmować decyzji, w którą ulice skręcić, a
jednak zaparkowałem przed domem Szczęsnego i jedyne co mi pozostało to
zastanawianie się nad tym dlaczego właśnie taką opcje wybrałem.
Bo to była jego przyjaciółka? Miałem do niego wejść, przerwać idealną
harmonię i z wyrzutem krzyknąć, że jego przyjaciółeczka postanowiła mnie
odwiedzić, że w końcu się odnalazła? Milie wyjechała nagle, a jedyną oznaką,
która mogła przed owym wyjazdem wysyłać jakikolwiek sygnał, że coś takiego
planuje była nasza rozmowa przeprowadzona podczas wieczoru u Jacka. Na co dzień
zachowywała się normalnie, czasami się uśmiechała, złościła, wściekała i
nienawidziła, ale nie wspominała o wyjeździe. To był ten jeden jedyny raz, a ja
bardzo żałowałem, że powiedziała o tym akurat mi. Dlaczego? To też mnie
ciekawiło. Może na swój sposób, patrząc na sytuację jedynie z naszej
perspektywy, Milie rzeczywiście była do mnie podobna? Obydwoje mamy przeszłość,
prawda? Każdy człowiek ma przeszłość, to coś normalnego, ale gdzieś w głębi
serca czułem, że jej przyszłość odbija się na postrzeganiu przez nią mojej
postaci w swoim życiu. Gareth Bale był bez wątpienia jedną z ważniejszych
osób, które poznała i bez wątpienia to jego działanie miało wpływ na to, że
pewnego słonecznego dnia spotkałem ją na swojej drodze, ale to chyba nie miało
teraz aż takiego znaczenia. Rzeczywiście, na początku ta informacja zwaliła
mnie z nóg. Kiedy stanąłem przed podjęciem decyzji czy odebrać telefon, na
którego wyświetlaczu znajdowało się zdjęcie mojego uśmiechniętego przyjaciela z
reprezentacji Walii, czułem strach i przerażenie przed natłokiem informacji,
które mógłbym nieświadomie dla niego, jej i również dla mnie poznać. Miałem
długo w głowie mętlik. Co z tym wszystkim zrobić. Czy powiedzieć jej, że on
dzwonił, że on ją kocha? Być może to był jeden z tych telefonów, na które czeka
się całe życie. Być może to właśnie dla takiej informacji nie śpi się przez pół
nocy, zapłakuje pół poduszki, nie je się i nie pije. Być może przed usłyszeniem
takiej wiadomości jedynie się funkcjonuje, snuję przed dwadzieścia cztery
godziny na dobę. Ale czy ja chciałem jej to powiedzieć? Teraz mogę bez żadnych
wyrzutów sumienia powiedzieć, że nie. Nie chciałem żeby ta niewinna dziewczyna,
która czasami boi powiedzieć się za dużo, a czasami nie mówi praktycznie nic,
poznała prawdę. Że on ją kochał.
On jej nie kochał. Osoba, która kocha nie pozwala komuś odejść, płakać, nie
psuje. Tak, miłość jest destrukcyjna, ale taki jest jej urok. Niektórzy marzą o
miłości nieszczęśliwej, lecz jednocześnie pięknej. Chcą czuć każdy bodziec,
każdą ranę i krzywdę, ponieważ to pozwala im naprawdę żyć. Każdy odbiera ją na
swój sposób. Dla mnie miłością było codzienne dawanie komuś milionów powodów do
radości i śmiechu, wierność i bezpieczeństwo. On ją zdradzał.
Wtedy tłumaczyłem to troską oraz faktem, że mam wobec Wojtka dług do
spłacenia. Dziś wiem, że nie potrafię troszczyć się o ludzi. I wiem, że
przyjechałem do niego, ponieważ nie chciałem dusić tego tylko w sobie.
Przyjechałem, ponieważ czułem, że spoczywa na mnie duża odpowiedzialność. Przez
dwa miesiące funkcjonowałem, ponieważ żyłem w przeświadczeniu, że ona
szczęśliwa spełnia swoje marzenia, studiując wymarzony kierunek, że nie ma
czasu na śledzenie świata piłki nożnej. Dlaczego miało to dla mnie aż takie
znaczenie? W jakiś sposób decydowało o tym przyzwyczajenie. Nie zmieniałem
ludzi jak rękawiczki. Trzymałem przy sobie zaufane grono znajomych i dzięki
temu czułem się szczęśliwy. Przez kilka miesięcy jej pobytu w Londynie zdążyła
w jakiś sposób się w nie wpasować. Jak mogłem w ogóle pomyśleć, że jej na tym
finale nie będzie? Że nie będzie obserwować na żywo pierwszej od wielu lat
szansy na wywalczenie pucharu przez jej ukochany klub? Głupiec ze mnie.
Głupiec.
Była chwila, jedna krótka chwila w ciągu tych dwóch miesięcy, kiedy
znaleźliśmy się w tym samym miejscu. Ja, sumienny gracz, wykonywałem swoją
prace i spełniałem jednocześnie swoje największe marzenia, grając o Puchar
Anglii. Ona, wierny kibic, siedziała gdzieś pośród siedemdziesięciotysięcznego
tłumu, krzycząc, kiedy on krzyczał, klaskając, kiedy on klaskał i obserwowała
każdą akcję meczu z zapartym tchem. Jedynym małym, różniącym nas szczegółem
była moja nieświadomość, że dzielimy w danej chwili kilkaset metrów
kwadratowych. Byłem dumny z tego meczu. Byłem dumny z tego co miała okazję
zobaczyć na żywo. W końcu nie zawiedliśmy.
Siedziałem w tym samochodzie wciąż się nie ruszając. Z jednej strony
chciałem z niego wybiec, zapukać do drzwi Wojtka i wejść do jego mieszkania bez
żadnego przyzwolenia, tłumacząc dlaczego przerywam mu świętowanie. Z drugiej,
co miałbym mu powiedzieć po tym jak wyjawię mu, dlaczego przybyłem? Milie u
mnie była i co dalej? Nie zdążyłem z nią pogadać, bo wolałem pić alkohol u
ciebie w domu? Straciłem okazję na porozmawianie z twoją przyjaciółką i jest mi
z tym cholernie źle? No właśnie, nie wiedziałem co dalej.
Wtedy usłyszałem trzask jednego z okien, prawdopodobnie tego znajdującego
się w kuchni. Skrzywiłem się i uderzyłem z otwartej dłoni w kierownice. Już nie
było szansy na odjechanie z podjazdu i sprawianie wrażenia, że wcale mnie
tamtego dnia tam nie było. Wyciągnąłem kluczyk ze stacyjki i wysiadłem z auta.
Zrobiłem to niechętnie – tego nie da się ukryć. Żałowałem, że tam przyjechałem
i teraz już nie pomagało powtarzanie sobie, że to tylko negatywne nastawienie.
Teraz wiedziałem już, że nie mam jasno sprecyzowanych potrzeb. Nie wiedziałem
czego tak naprawdę chciałem. Pokonałem kilka metrów i zadzwoniłem do drzwi,
oczekując na reakcję Szczęsnego. Długo nie musiałem czekać. Nie minęła chwila,
a stanął przede mną w bokserkach, z szerokim uśmiechem i rozłożonymi rękami,
którymi zapraszał mnie do środka. W jednej trzymał nawet szampana, dacie wiarę?
-Jesteś sam? – Zapytałem, ponieważ chyba nie miałem ochoty pakować się w
żadne towarzystwo. Chciałem porozmawiać i zostać sam. Taki był mój plan na
dzisiejszy dzień i zamierzałem go zrealizować, dlatego próbowałem zachować dystans.
-Jeszcze tak. – Jego odpowiedź miała bardziej charakter śpiewany niż
mówiony. W jego krwi płynął alkohol, tego nie dało się ukryć. Tak jak on nie
potrafił dostrzec, że nie za bardzo ta sytuacja mi odpowiada. Przecież
skrzywiłem się po usłyszeniu tak. Nie zareagował. – Ale za chwilę już nie. –
Wciąż miał śpiewny głos. – Wchodź, wchodź. Za chwile przyjdzie reszta. –
Odsunął się od drzwi, robiąc mi miejsce i czekał aż wejdę do środka. Nie
zrobiłem tego. – O co chodzi?
-Wiesz, nie bardzo mam ochotę na towarzystwo.
Zaśmiał się, chyba nie do końca rozumiejąc co tak właściwie mam na myśli.
Po prostu, nazywając rzeczy po imieniu: popatrzył na mnie jak na debila.
-Stary, korzystaj póki jeszcze się nie rozjechaliśmy.
-Wojtek, musimy porozmawiać.
Spoważniał. Zmarszczył czoło, zadarł brwi, wydął usta jak Angelina Jolie i
oparł się o futrynę, ponieważ prawdopodobnie taki obrót spraw był ostatnim
scenariuszem, którego mógł się spodziewać.
-W sumie to przyjadą za pół godziny. – Spojrzał w niebo i zmrużył oczy. –
Plus minus. Wchodź.
Wszedłem. Wnętrze nie zmieniło się praktycznie wcale odkąd opuściłem je
kilkanaście godzin wcześniej. Mimo wyraźnej obecności połowy zespołu w jednym
miejscu, było one wciąż czyste i schludne. Pachniało świeżością, podłogi lśniły
czystością i nigdzie nie zalegały tony śmieci. Zawsze zastanawiałem się jak on
to robi. Sam dbałem o czystość, ale moje mieszkanie nigdy nie wyglądało równie
dobrze.
-O co chodzi? – Opadł na kanapę i przyłożył do czoła butelkę gazowanej
wody. Plastik był lekko zaparowany i skapywała po nim woda, co mogło świadczyć
o tym, że wyjął go prosto z lodówki. Podszedłem do niego, wziąłem ją do ręki i
po zaciętym mocowaniu się z nakrętką, która nie chciała ustąpić, zacząłem
wlewać jej zawartość do swojego organizmu. Woda przyniosła orzeźwienie, którego
bardzo potrzebowałem. Moje myśli przestały mnie przygniatać i umożliwiły mi
normalne analizy. Więc od czego powinienem zacząć?
-Milie u mnie była. – Wystarczy wybrać najłatwiejszą wersję i czekać na
dalszy rozwój wydarzeń. Wojtek rzucił opakowanie z cieczą na kanapę obok siebie
i spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. Wypełniała go nadzieja, wiara,
oczekiwanie? Nie wiem. Po prostu, patrzył na mnie długo i intensywnie, a ja nie
wiedziałem co dalej mam powiedzieć. Czekałem na.. pomoc?
-Jak to u ciebie była? – Wykrztusił z siebie, wkładając w wypowiedzenie
tego pytania naprawdę dużo energii. Odepchnął się rękami od wygodnej kanapy i
usiadł prosto, nie spuszczając ze mnie wzroku. Chciał żebym coś powiedział.
Cokolwiek. A ja milczałem, patrząc się na niego prawdopodobnie tak samo jak on
patrzył na mnie. W końcu przerwałem kontakt wzrokowy, zmierzwiłem dłonią włosy
i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Właśnie nadszedł ten moment, nad którym
rozmyślałem najwięcej. Powiem mu, że u mnie była i co dalej? – Aaron, no
powiedz coś do cholery. Powiedziała ci gdzie jest? Gdzie wyjechała? – Wstał i
zaczął chodzić po salonie. – Na litość boską, po co mi w obecnej sytuacji jej
lokalizacja. – Złapał się za głowę. – Dlaczego ona do jasnej cholery w ogóle wyjechała?
Och, też chciałbym poznać odpowiedź na to pytanie, bo moje przypuszczenia
powoli mnie przygniatają, wiesz? I dlatego irytuje mnie świadomość, że nie
miałem okazji zadać jej żadnego pytania. Usiadłem na miejscu, które przed
chwilą zajmował Wojtek.
-Była u mnie po finale Fa Cup, kiedy świętowaliśmy w End of the
world, nie rozmawiałem z nią. – Pokręciłem przecząco głową. Skrzywił się.
-W co ona, do jasnej cholery, gra?
-To twoja przyjaciółka, więc..
-Pragnę ci przypomnieć, że to z tobą spędzała najwięcej czasu przed
wyjazdem. – Wymierzył we mnie palcem wskazującym u prawej dłoni. Drugą ręką
uderzał o drewnianą szafkę, stojąca pod oknem. Patrzył na mnie, głęboko
oddychając. Zawsze zachowywał się podobnie w tego typu sytuacjach.
Tak, Wojtek nie rzucał tego oskarżenia po raz pierwszy. Wiele razy
przerabialiśmy już ten temat, a on do tej pory nie potrafił zrozumieć, że
między mną a Milie do niczego nie doszło. Że nie wyjechała, ponieważ nie mogła
na mnie patrzeć, nie mogła ze mną rozmawiać, ponieważ w jakiś sposób się na
mnie zawiodła. Nie dałem jej tego typu powodu. Nie popełniłem żadnego
błędu.
-Nie wyjechała przeze mnie. – Każdy wyraz wypowiadałem bardzo powoli przez
zaciśnięte zęby. Miałem dość tego, że muszę powtarzać po raz tysięczny to same
zdanie. – Czy to moja wina, że pół sezonu spędziłem na trybunach i miałem aż za
dużo wolnego czasu?
-Nie! – Zaprzeczył automatycznie, kiedy kończyłem mówić jeszcze swoje
zdanie. – Po prostu ona nigdy taka nie była. Nie rozumiem dlaczego nie
powiedziała mi, że wyjeżdża.
-Może po prostu tego nie planowała.
-No właśnie, to do niej niepodobne. – Usiadł w fotelu naprzeciw mnie. –
Milie, którą znałem miała zawsze dopięte wszystko na ostatni guzik. Do
przyjazdu do Londynu musiałem przekonywać ją dobrych kilka tygodni.
-Do przyjazdu? – O ile dotychczasowa część naszej rozmowy do bólu
przypominała każdą poprzednią przeprowadzoną na ten temat, to ta była całkowitą
nowością. Każde słowo wypowiedziane po do przyjazdu do Londynu nie
zostało przez mój mózg zarejestrowane. Coś tutaj mi nie pasowało, a ja nie
potrafiłem dojść do tego co to właściwie jest. – Do Londynu?
-Bardzo się tego bała. Bała się, że Londyn będzie zbyt obcy.
-Zbyt obcy dla niej? Milie studiowała w Londynie, musiała znać to miasto. –
Tak, to o to chodziło. O studia. To te elementy do siebie nie pasowały. Jak
mogła studiować w mieście i jednocześnie nigdy w nim nie być? Czy to w ogóle
możliwe?
-Nie, Aaron, nigdy tutaj nie była.
Wstałem z kanapy, ponieważ nie potrafiłem usiedzieć bezczynnie w jednym
miejscu. Potrzebowałem ruchu, który sprzyjał myśleniu. Czy jest możliwa opcja,
że popełniłem aż taki błąd w rozumieniu jej słów? Nie, przecież analizowałem je
tysiące razy. Nad jeziorem, leżąc tej samej nocy w łóżku Jacka, nie mogłem
popełnić aż takiego błędu. To nie wchodziło w grę.
-Wojtek, ona przerwała studia w Londynie. Powiedziała mi to. Chciała
wyjechać do innego miasta i zacząć wszystko od nowa.
-Czyli wiedziałeś, że to planuje! – Krzyknął.
-Po wakacjach, nie teraz!
Nagłe zamilkłem i znów opadłem na kanapę. Było mi słabo, gorąco, znów
odezwał się we mnie głód. Zacząłem szybciej oddychać i gorączkowo przełykać
ślinę. Wlałem w swój organizm kolejne strumienie wody, która zdążyła się już
trochę ogrzać, ale to nie pomagało. Kupione na mieście jedzenie zapewne niskiej
jakości wciąż leżało w moim samochodzie w pełnym słońcu przez co zacząłem
wyzywać się w myślach. Jak mogłem o nim zapomnieć? Wstałem i skierowałem się do
Wojtkowej kuchni, w której też panował idealny porządek. Wyciągnąłem z chlebaka
bułkę, a z lodówki żółty ser, który był pierwszym produktem jaki dostrzegłem.
Wróciłem do pokoju i zacząłem rzuć kawałek świeżego pieczywa.
-Czy ona mogła pojechać do Madrytu?
-Dlaczego miałaby jechać akurat tam? – Spojrzałem na niego, nie dowierzając
w to co powiedział. Jak to dlaczego miałaby odwiedzić akurat Madryt? Czy on
sobie kpił? Takie było moje pierwsze wrażenie. Później jednak, kiedy mój wzrok
natrafił na jego zmieszaną i szukającą odpowiedzi twarz, uświadomiłem sobie, że
jest całkowicie poważny. On niczego nie wiedział. Naprawdę nie wiedział
niczego.
-Ty o niczym nie wiesz. – Wyszeptałem. Mój głos był cichy, ponieważ
chciałem zachować pewien bufor bezpieczeństwa. Zawsze mogłem mieć nadzieję, że
on nie dosłyszy moich słów, ponieważ w takiej sytuacji będzie chciał wyjaśnień.
A ja chyba nie miałem sił na ich udzielanie.
-O czym miałbym wiedzieć?
Schowałem twarz w dłoniach i znów zmierzwiłem swoje włosy. Czy to nie za
dużo jak na jeden dzień? W zasadzie nie wiedziałem od czego mam zacząć.
-Przecież Gareth przeniósł się do Realu.
-Jaki.. – Zamilkł, patrząc na mnie wielkimi oczami. Kilka razy otwierał i
zamykał usta, prawdopodobnie nie wiedząc co powiedzieć. Uśmiechnąłem się,
przypominając sobie swoją reakcję, kiedy przerażenie na zmianę zastępowało
niedowierzanie. – A co ona miała niby wspólnego z Balem?
-Ty naprawdę o niczym nie wiesz. – Teraz już się śmiałem.
-To może mnie oświeć!
-Przecież ona z nim była. Mieszkała w Londynie i z nim była. Jakim cudem o
tym wszystkim nie wiedziałeś? Czy ty w ogóle.. jak mogłeś o tym nie wiedzieć?
Teraz bez wątpienia mogę powiedzieć, że w tamtej chwili pod tym śmiechem
kryła się wściekłość odnosząca się do jej osoby. Jak mogła mu tego wszystkiego
nie powiedzieć?
-Wiesz, lepiej będzie jak już sobie pójdziesz. – Wyszeptał. – I zadzwonisz
do wszystkich żeby nie przychodzili.
-Wojtek..
-Ja to rozumiem. Rozumiem to lepiej niż myślisz.
Przyszedłem poznać odpowiedzi na jakikolwiek procent pytań, kłębiących się
w mojej głowie. Wychodziłem z jeszcze większym mętlikiem i bałaganem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz