poniedziałek, 21 grudnia 2015

11. Don't be afraid to look at distance.

Przełknąłem ślinę bardzo powoli, bojąc się, że nie będzie w stanie przejść przez moje gardło. Siedziałem w samochodzie. Dłonie trzymałem na kierownicy. Nogi zastygły mi w powietrzu. Wzrok utkwiony miałem w znajdujących się daleko budynkach, drzewach. Raziło mnie słońce. Mrużyłem powieki. Je jako jedyne co jakiś czas wprawiałem w ruch, nawilżając spojówki. Okna w aucie miałem otwarte, butelka z wodą do połowy była opróżniona.
Zaparkowałem na chodniku. Po mojej lewej stronie stał pojazd Wojtka. Blokowałem mu drogę. Na fotelu obok kierowcy leżało zapakowane na wynos jedzenie, które kupiłem w przypadkowym barze, który dostrzegłem przemierzając zatłoczone ulice Londynu. Mój apetyt nie wiadomo kiedy minął i zastąpiło go jedynie poczucie goryczy, które wypełniało mnie od środka i wylewało się na zewnątrz. Nie bardzo wiedziałem co mam robić. Nie bardzo wiedziałem po co tak właściwie przyjechałem do miejsca, w którym się znajdowałem i co mną kierowało. Kiedy opuszczałem parking w planach miałem jechać przed siebie. Miałem przed sobą prostą drogę, nie musiałem podejmować decyzji, w którą ulice skręcić, a jednak zaparkowałem przed domem Szczęsnego i jedyne co mi pozostało to zastanawianie się nad tym dlaczego właśnie taką opcje wybrałem.
Bo to była jego przyjaciółka? Miałem do niego wejść, przerwać idealną harmonię i z wyrzutem krzyknąć, że jego przyjaciółeczka postanowiła mnie odwiedzić, że w końcu się odnalazła? Milie wyjechała nagle, a jedyną oznaką, która mogła przed owym wyjazdem wysyłać jakikolwiek sygnał, że coś takiego planuje była nasza rozmowa przeprowadzona podczas wieczoru u Jacka. Na co dzień zachowywała się normalnie, czasami się uśmiechała, złościła, wściekała i nienawidziła, ale nie wspominała o wyjeździe. To był ten jeden jedyny raz, a ja bardzo żałowałem, że powiedziała o tym akurat mi. Dlaczego? To też mnie ciekawiło. Może na swój sposób, patrząc na sytuację jedynie z naszej perspektywy, Milie rzeczywiście była do mnie podobna? Obydwoje mamy przeszłość, prawda? Każdy człowiek ma przeszłość, to coś normalnego, ale gdzieś w głębi serca czułem, że jej przyszłość odbija się na postrzeganiu przez nią mojej postaci w swoim życiu. Gareth Bale był  bez wątpienia jedną z ważniejszych osób, które poznała i bez wątpienia to jego działanie miało wpływ na to, że pewnego słonecznego dnia spotkałem ją na swojej drodze, ale to chyba nie miało teraz aż takiego znaczenia. Rzeczywiście, na początku ta informacja zwaliła mnie z nóg. Kiedy stanąłem przed podjęciem decyzji czy odebrać telefon, na którego wyświetlaczu znajdowało się zdjęcie mojego uśmiechniętego przyjaciela z reprezentacji Walii, czułem strach i przerażenie przed natłokiem informacji, które mógłbym nieświadomie dla niego, jej i również dla mnie poznać. Miałem długo w głowie mętlik. Co z tym wszystkim zrobić. Czy powiedzieć jej, że on dzwonił, że on ją kocha? Być może to był jeden z tych telefonów, na które czeka się całe życie. Być może to właśnie dla takiej informacji nie śpi się przez pół nocy, zapłakuje pół poduszki, nie je się i nie pije. Być może przed usłyszeniem takiej wiadomości jedynie się funkcjonuje, snuję przed dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale czy ja chciałem jej to powiedzieć? Teraz mogę bez żadnych wyrzutów sumienia powiedzieć, że nie. Nie chciałem żeby ta niewinna dziewczyna, która czasami boi powiedzieć się za dużo, a czasami nie mówi praktycznie nic, poznała prawdę. Że on ją kochał.
On jej nie kochał. Osoba, która kocha nie pozwala komuś odejść, płakać, nie psuje. Tak, miłość jest destrukcyjna, ale taki jest jej urok. Niektórzy marzą o miłości nieszczęśliwej, lecz jednocześnie pięknej. Chcą czuć każdy bodziec, każdą ranę i krzywdę, ponieważ to pozwala im naprawdę żyć. Każdy odbiera ją na swój sposób. Dla mnie miłością było codzienne dawanie komuś milionów powodów do radości i śmiechu, wierność i bezpieczeństwo. On ją zdradzał.
Wtedy tłumaczyłem to troską oraz faktem, że mam wobec Wojtka dług do spłacenia. Dziś wiem, że nie potrafię troszczyć się o ludzi. I wiem, że przyjechałem do niego, ponieważ nie chciałem dusić tego tylko w sobie. Przyjechałem, ponieważ czułem, że spoczywa na mnie duża odpowiedzialność. Przez dwa miesiące funkcjonowałem, ponieważ żyłem w przeświadczeniu, że ona szczęśliwa spełnia swoje marzenia, studiując wymarzony kierunek, że nie ma czasu na śledzenie świata piłki nożnej. Dlaczego miało to dla mnie aż takie znaczenie? W jakiś sposób decydowało o tym przyzwyczajenie. Nie zmieniałem ludzi jak rękawiczki. Trzymałem przy sobie zaufane grono znajomych i dzięki temu czułem się szczęśliwy. Przez kilka miesięcy jej pobytu w Londynie zdążyła w jakiś sposób się w nie wpasować. Jak mogłem w ogóle pomyśleć, że jej na tym finale nie będzie? Że nie będzie obserwować na żywo pierwszej od wielu lat szansy na wywalczenie pucharu przez jej ukochany klub? Głupiec ze mnie. Głupiec.
Była chwila, jedna krótka chwila w ciągu tych dwóch miesięcy, kiedy znaleźliśmy się w tym samym miejscu. Ja, sumienny gracz, wykonywałem swoją prace i spełniałem jednocześnie swoje największe marzenia, grając o Puchar Anglii. Ona, wierny kibic, siedziała gdzieś pośród siedemdziesięciotysięcznego tłumu, krzycząc, kiedy on krzyczał, klaskając, kiedy on klaskał i obserwowała każdą akcję meczu z zapartym tchem. Jedynym małym, różniącym nas szczegółem była moja nieświadomość, że dzielimy w danej chwili kilkaset metrów kwadratowych. Byłem dumny z tego meczu. Byłem dumny z tego co miała okazję zobaczyć na żywo. W końcu nie zawiedliśmy.
Siedziałem w tym samochodzie wciąż się nie ruszając. Z jednej strony chciałem z niego wybiec, zapukać do drzwi Wojtka i wejść do jego mieszkania bez żadnego przyzwolenia, tłumacząc dlaczego przerywam mu świętowanie. Z drugiej, co miałbym mu powiedzieć po tym jak wyjawię mu, dlaczego przybyłem? Milie u mnie była i co dalej? Nie zdążyłem z nią pogadać, bo wolałem pić alkohol u ciebie w domu? Straciłem okazję na porozmawianie z twoją przyjaciółką i jest mi z tym cholernie źle? No właśnie, nie wiedziałem co dalej.
Wtedy usłyszałem trzask jednego z okien, prawdopodobnie tego znajdującego się w kuchni. Skrzywiłem się i uderzyłem z otwartej dłoni w kierownice. Już nie było szansy na odjechanie z podjazdu i sprawianie wrażenia, że wcale mnie tamtego dnia tam nie było. Wyciągnąłem kluczyk ze stacyjki i wysiadłem z auta. Zrobiłem to niechętnie – tego nie da się ukryć. Żałowałem, że tam przyjechałem i teraz już nie pomagało powtarzanie sobie, że to tylko negatywne nastawienie. Teraz wiedziałem już, że nie mam jasno sprecyzowanych potrzeb. Nie wiedziałem czego tak naprawdę chciałem. Pokonałem kilka metrów i zadzwoniłem do drzwi, oczekując na reakcję Szczęsnego. Długo nie musiałem czekać. Nie minęła chwila, a stanął przede mną w bokserkach, z szerokim uśmiechem i rozłożonymi rękami, którymi zapraszał mnie do środka. W jednej trzymał nawet szampana, dacie wiarę?
-Jesteś sam? – Zapytałem, ponieważ chyba nie miałem ochoty pakować się w żadne towarzystwo. Chciałem porozmawiać i zostać sam. Taki był mój plan na dzisiejszy dzień i zamierzałem go zrealizować, dlatego próbowałem zachować dystans.
-Jeszcze tak. – Jego odpowiedź miała bardziej charakter śpiewany niż mówiony. W jego krwi płynął alkohol, tego nie dało się ukryć. Tak jak on nie potrafił dostrzec, że nie za bardzo ta sytuacja mi odpowiada. Przecież skrzywiłem się po usłyszeniu tak. Nie zareagował. – Ale za chwilę już nie. – Wciąż miał śpiewny głos. – Wchodź, wchodź. Za chwile przyjdzie reszta. – Odsunął się od drzwi, robiąc mi miejsce i czekał aż wejdę do środka. Nie zrobiłem tego. – O co chodzi?
-Wiesz, nie bardzo mam ochotę na towarzystwo.
Zaśmiał się, chyba nie do końca rozumiejąc co tak właściwie mam na myśli. Po prostu, nazywając rzeczy po imieniu: popatrzył na mnie jak na debila.
-Stary, korzystaj póki jeszcze się nie rozjechaliśmy.
-Wojtek, musimy porozmawiać.
Spoważniał. Zmarszczył czoło, zadarł brwi, wydął usta jak Angelina Jolie i oparł się o futrynę, ponieważ prawdopodobnie taki obrót spraw był ostatnim scenariuszem, którego mógł się spodziewać.
-W sumie to przyjadą za pół godziny. – Spojrzał w niebo i zmrużył oczy. – Plus minus. Wchodź.
Wszedłem. Wnętrze nie zmieniło się praktycznie wcale odkąd opuściłem je kilkanaście godzin wcześniej. Mimo wyraźnej obecności połowy zespołu w jednym miejscu, było one wciąż czyste i schludne. Pachniało świeżością, podłogi lśniły czystością i nigdzie nie zalegały tony śmieci. Zawsze zastanawiałem się jak on to robi. Sam dbałem o czystość, ale moje mieszkanie nigdy nie wyglądało równie dobrze.
-O co chodzi? – Opadł na kanapę i przyłożył do czoła butelkę gazowanej wody. Plastik był lekko zaparowany i skapywała po nim woda, co mogło świadczyć o tym, że wyjął go prosto z lodówki. Podszedłem do niego, wziąłem ją do ręki i po zaciętym mocowaniu się z nakrętką, która nie chciała ustąpić, zacząłem wlewać jej zawartość do swojego organizmu. Woda przyniosła orzeźwienie, którego bardzo potrzebowałem. Moje myśli przestały mnie przygniatać i umożliwiły mi normalne analizy. Więc od czego powinienem zacząć?
-Milie u mnie była. – Wystarczy wybrać najłatwiejszą wersję i czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Wojtek rzucił opakowanie z cieczą na kanapę obok siebie i spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. Wypełniała go nadzieja, wiara, oczekiwanie? Nie wiem. Po prostu, patrzył na mnie długo i intensywnie, a ja nie wiedziałem co dalej mam powiedzieć. Czekałem na.. pomoc?
-Jak to u ciebie była? – Wykrztusił z siebie, wkładając w wypowiedzenie tego pytania naprawdę dużo energii. Odepchnął się rękami od wygodnej kanapy i usiadł prosto, nie spuszczając ze mnie wzroku. Chciał żebym coś powiedział. Cokolwiek. A ja milczałem, patrząc się na niego prawdopodobnie tak samo jak on patrzył na mnie. W końcu przerwałem kontakt wzrokowy, zmierzwiłem dłonią włosy i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Właśnie nadszedł ten moment, nad którym rozmyślałem najwięcej. Powiem mu, że u mnie była i co dalej? – Aaron, no powiedz coś do cholery. Powiedziała ci gdzie jest? Gdzie wyjechała? – Wstał i zaczął chodzić po salonie. – Na litość boską, po co mi w obecnej sytuacji jej lokalizacja. – Złapał się za głowę. – Dlaczego ona do jasnej cholery w ogóle wyjechała?
Och, też chciałbym poznać odpowiedź na to pytanie, bo moje przypuszczenia powoli mnie przygniatają, wiesz? I dlatego irytuje mnie świadomość, że nie miałem okazji zadać jej żadnego pytania. Usiadłem na miejscu, które przed chwilą zajmował Wojtek.
-Była u mnie po finale Fa Cup, kiedy świętowaliśmy w End of the world, nie rozmawiałem z nią. – Pokręciłem przecząco głową. Skrzywił się.
-W co ona, do jasnej cholery, gra?
-To twoja przyjaciółka, więc..
-Pragnę ci przypomnieć, że to z tobą spędzała najwięcej czasu przed wyjazdem. – Wymierzył we mnie palcem wskazującym u prawej dłoni. Drugą ręką uderzał o drewnianą szafkę, stojąca pod oknem. Patrzył na mnie, głęboko oddychając. Zawsze zachowywał się podobnie w tego typu sytuacjach.
Tak, Wojtek nie rzucał tego oskarżenia po raz pierwszy. Wiele razy przerabialiśmy już ten temat, a on do tej pory nie potrafił zrozumieć, że między mną a Milie do niczego nie doszło. Że nie wyjechała, ponieważ nie mogła na mnie patrzeć, nie mogła ze mną rozmawiać, ponieważ w jakiś sposób się na mnie zawiodła. Nie dałem jej tego typu powodu. Nie popełniłem żadnego błędu. 
-Nie wyjechała przeze mnie. – Każdy wyraz wypowiadałem bardzo powoli przez zaciśnięte zęby. Miałem dość tego, że muszę powtarzać po raz tysięczny to same zdanie. – Czy to moja wina, że pół sezonu spędziłem na trybunach i miałem aż za dużo wolnego czasu?
-Nie! – Zaprzeczył automatycznie, kiedy kończyłem mówić jeszcze swoje zdanie. – Po prostu ona nigdy taka nie była. Nie rozumiem dlaczego nie powiedziała mi, że wyjeżdża.
-Może po prostu tego nie planowała.
-No właśnie, to do niej niepodobne. – Usiadł w fotelu naprzeciw mnie. – Milie, którą znałem miała zawsze dopięte wszystko na ostatni guzik. Do przyjazdu do Londynu musiałem przekonywać ją dobrych kilka tygodni.
-Do przyjazdu? – O ile dotychczasowa część naszej rozmowy do bólu przypominała każdą poprzednią przeprowadzoną na ten temat, to ta była całkowitą nowością. Każde słowo wypowiedziane po do przyjazdu do Londynu nie zostało przez mój mózg zarejestrowane. Coś tutaj mi nie pasowało, a ja nie potrafiłem dojść do tego co to właściwie jest. – Do Londynu?
-Bardzo się tego bała. Bała się, że Londyn będzie zbyt obcy.
-Zbyt obcy dla niej? Milie studiowała w Londynie, musiała znać to miasto. – Tak, to o to chodziło. O studia. To te elementy do siebie nie pasowały. Jak mogła studiować w mieście i jednocześnie nigdy w nim nie być? Czy to w ogóle możliwe?
-Nie, Aaron, nigdy tutaj nie była.
Wstałem z kanapy, ponieważ nie potrafiłem usiedzieć bezczynnie w jednym miejscu. Potrzebowałem ruchu, który sprzyjał myśleniu. Czy jest możliwa opcja, że popełniłem aż taki błąd w rozumieniu jej słów? Nie, przecież analizowałem je tysiące razy. Nad jeziorem, leżąc tej samej nocy w łóżku Jacka, nie mogłem popełnić aż takiego błędu. To nie wchodziło w grę.
-Wojtek, ona przerwała studia w Londynie. Powiedziała mi to. Chciała wyjechać do innego miasta i zacząć wszystko od nowa.
-Czyli wiedziałeś, że to planuje! – Krzyknął.
-Po wakacjach, nie teraz!
Nagłe zamilkłem i znów opadłem na kanapę. Było mi słabo, gorąco, znów odezwał się we mnie głód. Zacząłem szybciej oddychać i gorączkowo przełykać ślinę. Wlałem w swój organizm kolejne strumienie wody, która zdążyła się już trochę ogrzać, ale to nie pomagało. Kupione na mieście jedzenie zapewne niskiej jakości wciąż leżało w moim samochodzie w pełnym słońcu przez co zacząłem wyzywać się w myślach. Jak mogłem o nim zapomnieć? Wstałem i skierowałem się do Wojtkowej kuchni, w której też panował idealny porządek. Wyciągnąłem z chlebaka bułkę, a z lodówki żółty ser, który był pierwszym produktem jaki dostrzegłem. Wróciłem do pokoju i zacząłem rzuć kawałek świeżego pieczywa.
-Czy ona mogła pojechać do Madrytu?
-Dlaczego miałaby jechać akurat tam? – Spojrzałem na niego, nie dowierzając w to co powiedział. Jak to dlaczego miałaby odwiedzić akurat Madryt? Czy on sobie kpił? Takie było moje pierwsze wrażenie. Później jednak, kiedy mój wzrok natrafił na jego zmieszaną i szukającą odpowiedzi twarz, uświadomiłem sobie, że jest całkowicie poważny. On niczego nie wiedział. Naprawdę nie wiedział niczego.
-Ty o niczym nie wiesz. – Wyszeptałem. Mój głos był cichy, ponieważ chciałem zachować pewien bufor bezpieczeństwa. Zawsze mogłem mieć nadzieję, że on nie dosłyszy moich słów, ponieważ w takiej sytuacji będzie chciał wyjaśnień. A ja chyba nie miałem sił na ich udzielanie.
-O czym miałbym wiedzieć?
Schowałem twarz w dłoniach i znów zmierzwiłem swoje włosy. Czy to nie za dużo jak na jeden dzień? W zasadzie nie wiedziałem od czego mam zacząć.
-Przecież Gareth przeniósł się do Realu.
-Jaki.. – Zamilkł, patrząc na mnie wielkimi oczami. Kilka razy otwierał i zamykał usta, prawdopodobnie nie wiedząc co powiedzieć. Uśmiechnąłem się, przypominając sobie swoją reakcję, kiedy przerażenie na zmianę zastępowało niedowierzanie. – A co ona miała niby wspólnego z Balem?
-Ty naprawdę o niczym nie wiesz. – Teraz już się śmiałem.
-To może mnie oświeć!
-Przecież ona z nim była. Mieszkała w Londynie i z nim była. Jakim cudem o tym wszystkim nie wiedziałeś? Czy ty w ogóle.. jak mogłeś o tym nie wiedzieć?
Teraz bez wątpienia mogę powiedzieć, że w tamtej chwili pod tym śmiechem kryła się wściekłość odnosząca się do jej osoby. Jak mogła mu tego wszystkiego nie powiedzieć?
-Wiesz, lepiej będzie jak już sobie pójdziesz. – Wyszeptał. – I zadzwonisz do wszystkich żeby nie przychodzili.
-Wojtek..
-Ja to rozumiem. Rozumiem to lepiej niż myślisz.
Przyszedłem poznać odpowiedzi na jakikolwiek procent pytań, kłębiących się w mojej głowie. Wychodziłem z jeszcze większym mętlikiem i bałaganem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz