Podobno koniec jednego rozdziału oznacza
początek kolejnego. Co prawda nikt nie ma pewności czy mimo postanowień i
szczerych deklaracji, że teraz będzie już tylko lepiej, rzeczywiście wszystko
potoczy się właśnie w tym dobrym i pożądanym kierunku, ale ja zawsze żyłem
nadzieją. Żyłem nadzieją, kiedy mój ojciec zamykał oczy, tłumacząc mi jak
bardzo mnie kocha i że zawsze będzie ze mną oraz wtedy, kiedy lekarz obwieścił
mi, że na dziesięć miesięcy żegnam się z boiskiem. Żyłem nadzieją, zauważając
jak iskierki w oczach Alice błyszczą coraz żywszym żarem i wtedy, kiedy
uświadamiałem sobie, że to wcale nie moja zasługa, ale przede wszystkim wciąż
wierzyłem w to, że kiedyś będę szczęśliwy.
Podobno żal i złość przemijają, bo po każdej
burzy wschodzi słońce, a niebo przecina kolorowa tęcza. Podobno wszystko w
życiu jest w naszych rękach, które wcale nie są skute pancernymi kajdankami, a
ja nie powinienem czuć, że nie ma we mnie życia, że umieram, prawda? Więc dlaczego
jest zupełnie inaczej? Dlaczego ja to czuję? Dlaczego czuję jak coś
niemiłosiernie kłuje mnie w okolicach serca, jak myśli przytłaczają mnie na
tyle, że nie potrafię przeżyć dnia żeby nie nafaszerować się przeraźliwie
mocnymi lekami, dlaczego szczere gesty względem ludzi to już zamierzchła
przeszłość?
Ja umieram. W każdej chwili, sekundzie i oka
mgnieniu starzeje się i odchodzę, bo moje serce nie jest już całością ani nawet
strzępkiem pojedynczych okruszków, a serce musi być przecież sprawne by żyć,
prawda? A ja mam parę ran nie do zszycia, ja mam świadomość, że wiem za dużo,
że przeżyłem na tyle dużo, że nie potrafię przejść na tym do porządku
dziennego. Nawet gdy się śmieje, gdy opowiadam żarty, przekazując wszystkim
jednocześnie, że to wszystko działa to w rzeczywistości ja kłamię. Ja kłamię.
Jak parszywiec. I dlatego właśnie powoli zostaję eliminowany przez
społeczeństwo.
Przez cały czas wydawało mi się, że jestem
silny, że jestem w stanie pokonać wszelkie przeszkody, bo to tylko błahostki,
ale z czasem przekonałem się, że to w dosłownym znaczeniu coś znaczenie
trudniejszego, a ja nie potrafię dać sobie z tym rady. To mnie zabijało.
Zabijały mnie myśli, które nawiedzały mnie każdej nocy, spędzanej, leżąc
bezczynnie na kanapie z lampką wina w dłoni, chociaż doskonale wiedziałem, że
nie mogę tego robić i wspominałem, a wspomnienia bolały jak nigdy. Wspomnienia
kłuły i powodowały, że czułem się jakbym już jedną nogą znajdował się po
drugiej stronie. Jakby mnie nie było. Jakby miejsce na kanapie było wolne, a
szkło, które trzymałem w dłoni, bezczynnie stało na szklanym stoliku. Czułem
się na tyle wypruty już z emocji jakbym obserwował to wszystko z boku.
Obserwowanie z boku pozornie wydawało się dużo lepsze, ponieważ nauczyłem się
nie wynosić swoich uczuć zbyt bardzo na światło dzienne. Nikt nie mógł
wiedzieć, że w głębi siebie ze wszystkich sił pragnę odejść i uciec od tego
wszystkiego by nic już nie czuć. Chciałbym nic nie czuć. Czucie było
najgorsze, bo widzicie, jeżeli wszystkie cierpienia i bóle skrywa się w sobie
szczelnie cały dzień to w nocy one przygniatają jak nigdy. Przygniatają jak
słoń i odbierają możliwość swobodnego oddychania. Dlatego właśnie każdej nocy
powoli umierałem. Samoistnie.
Noce były też jedynymi chwilami, w których
czułem, że mogę stać się naprawdę szczerym człowiekiem, niemającym przed nikim
tajemnic i sekretów, które powoli zabijały. Noce były momentem, w którym
kończyła się gra, a rozpoczynało się prawdziwe i nieudawane życie. I dla mnie
to było istne piekło, mimo że nikt nigdy nie zauważył mojego cierpienia, ale to
wina pozornego i łatwego kamuflażu, bo życie nauczyło mnie przecież co robić,
by nie zostać poznanym przez kogoś obcego czy fikcyjnie bliskiego.
Nikt nigdy nie dowie się co przeżywałem każdej
nocy, co dusiłem w sobie każdego dnia i jak bardzo cierpiałem każdego
popołudnia. I kładłem się spać chyba tylko ze względu na perspektywę, że
podczas stagnacji czas płynie szybciej. Wiedziałem, że kolejna nieprzespana noc
w moim wykonaniu będzie opierać się na ciągłym odwracaniu wzroku i wyszukiwaniu
w ciemności zegarka i kolejnych rozczarowaniach przy uświadamianiu sobie, że
czas tak jakby się zatrzymał, że wciąż tkwię w jednym miejscu, a do wyzbycia
się tego wszystkiego zbyt dużo czasu jeszcze pozostaje. Przyzwyczaiłem się już do
tego, bo był to swoisty zastój, w którym trwałem dwadzieścia cztery godziny na
dobę. Taki który towarzyszył mi przy śniadaniu, obiedzie i kolacji i nawet
wtedy kiedy patrzyłem na szarą ścianę w salonie, zieloną w łazience i białą w
kuchni, bo wszystko wokoło przypominało mi o przeszłości, o walce, o
cierpieniu, a przede wszystkim o mojej głupocie, której nigdy nie będę w stanie
wymazać z pamięci.
Właściwie, nie wiem czy chciałem ją wymazywać,
bo wymazywanie kojarzyło mi się z usunięciem wszelkich śladów po czymś czego
się boimy i przed czym uciekamy, a ja mimo wszystko chciałem o tym pamiętać.
Chciałem pamiętać o wszystkich rozczarowaniach, o każdym bólu i cierpieniu, bo
to pomagało mi wbrew pozorom funkcjonować.
Moje życie opierało się na wiecznych analizach
sytuacji i gdybaniu, dlaczego zrobiłam to, a nie odważyłam się postawić
ostatniej kropki w najważniejszym zdaniu tylko wciąż nadużywałem przecinków,
chcąc przedłużyć koniec. Nie chciałem tego ciągnąć, bo czas, który upływał,
sprawiał, że cierpiałem coraz mocniej i bardziej, a cierpienia bałem się jak
ognia. Chciałem tylko pamiętać o karygodnym błędach, które popełniałem, by nie
zgubić się w codzienności, jednak mimo starań wciąż w niej znikałem. Moje
pomyłki były głupie i niedorzeczne i codziennie poświęcałem co najmniej kilka
godzin na analizy sytuacji, w których się ich dopuściłem, ale wciąż kończyło
się to na bezkresnym śmiechu, bo nie dowierzałem, że mogłem być kiedyś tak
nierealnie zaślepiony. Kurde, to było okropne - przez całe życie prowadziłem koszmarną
walkę by tego uniknąć, by prowadzić poukładany według moich zasad byt, a nie
wzorować się na otaczających mnie staranie wytoczonych przykładach. Powoli
zaczynałem mieć wrażenie, że wszystko co robię w imię jakiejś pozornie bliskiej
idei jest puste i nic nie warte. Nie potrafiłem już oddzielać grubą krechą
krzywd wyrządzonych i doświadczonych w przeszłości. To zbyt trudne - panować
nad teraźniejszością i nie myśleć o tym co było czy będzie, a każdy nowy dzień
zaczynać od zera i kończyć na stu.
Wojtek starał się mi pomagać. O ile osoba
znajdująca się setki metaforycznych kilometrów ode mnie jest w stanie
skutecznie to robić o tyle byłem mu wdzięczny, bo potrzebowałem jego wsparcia
chyba najbardziej ze wszystkich. Byłem w Londynie sam, a prawda była taka, że
tylko on znał moje myśli i pragnienia, problemy i kłopoty, przeszłość i
teraźniejszość i tylko on był w stanie jako tako przy mnie trwać i mimo
wszystkich tych argumentów, świadomie go odrzucałem. Nienawidziłem siebie za
to. Karciłem i przeklinałem siebie za każdy gest i czyn, który z mojej strony
skierowany był przeciwko niemu, ale wciąż to robiłem, wciąż go krzywdziłem, bo
próbowałem nie pozwolić mu za bardzo się zbliżyć, za bardzo się przyzwyczaić.
Niektórzy tylko kreują się na nieszczęśliwców,
widząc smutek w oczach innych, ale w tym przypadku Wojtek był prawdziwy. Od
początku do samego końca i za to byłem mu cholernie wdzięczny, bo tego
potrzebowałem jak tlenu. Potrzebowałem tej obiektywnej szczerości, która może i
raniła, może i sprawiała, że czułem się jeszcze gorszy, ale z drugiej strony
pokazywała i udowadniała mi, że mam jednak rację, że wciąż popełniam błędy,
których przez całe życie starałem się uniknąć. Pilnowałem na każdym kroku tego
by nie zboczyć z właściwej ścieżki, chociaż nigdy nie miałem pewności, że to
właśnie ona jest słuszna, ale próbowałem. Kurde, przez całe życie ktoś mi
powtarzał, że próby są słuszne, że nie mogę odpuszczać, a ja mu wierzyłem. I
nie odpuszczałem, więc dlaczego to wszystko mnie dopadało i niszczyło?
Nienawidziłem w sobie tego, że przez całe życie byłem zdany tylko na siebie i
to mi wychodziło. Wychodziło mi funkcjonowanie tylko ze sobą, ale kiedy
powierzyłem siebie komuś czy czemuś innemu od razu się sparzyłem. Boleśnie.
Indywidualizm był dla mnie korzystny. Indywidualizm
zaprowadził mnie właśnie tam. Na Emirates Stadium. W miejsce, które kochałem
całym sobą, które przywoływało na moją twarz uśmiech, o którym powoli
zapominałem. Zapominałem, że on istnieje, dlatego ze wszystkich sił, całym
sobą, starałem się doceniać każdy nawet najmniejszy ułamek sekundy, spędzany na
Ashburton Grove.
Przychodziłem tam codziennie, przebywałem tam
codziennie, ale każdego pojedynczego dnia uczyłem się doceniać piękno tego
miejsca i niezwykłość atmosfery, która otaczała mnie w dowolnym momencie, który
właśnie tam spędzałem. I mogłem tam wracać. Zawsze. Za to właśnie kochałem
Emirates Stadium, bo Penarth budziło we mnie całkowicie przeciwne uczucia.
Penarth nie było szczęśliwym miastem, to się
czuło, a już szczególnie bardziej ponurym i pesymistycznym od Londyny, który
może miał i brzydkie obdrapane budynki, pełne ulice i wiecznie szare niebo, ale
czuć było w nim klimat i swobodę, za którą kraść można było nawet miliony. A
Penarth zabijało. Pojawiając się tam opadałem z sił. Dosłownie. Poczułem jak
nogi pod moim ciężarem uginają się, a ja spadam na gorący piasek, przestając
rejestrować cokolwiek. Morze w trakcie przypływów praktycznie dosięgało mojego
bezwładnego ciała, a ja podróżowałem, rozkoszując się możliwością powrotu do
dziecięcych zabaw. Pamiętam, że kiedy miałem dziesięć lat, rodzice na każde
wakacje zabierali mnie nad morze, pozwalając oddać się ciszy i spokojowi, który
panował wszędzie na około. Kochałem morze. To tam poznałem swoją miłość. To tam
po raz pierwszy doceniłem piękno małej i niepozornej piłki, która z czasem
stała się moim umiłowaniem, moją religią, moim życiem. To dzięki temu małemu
miastu dostałem szansę na każdym treningu w młodości powtarzać sobie, że wcale
nie będę jednym z najlepszych piłkarzy na świcie, ja powtarzałem - będę
najlepszy. Nie mówiłem, że zagram w najważniejszych i najwyższych rangą
rozgrywkach europejskich, ja stawiałem sobie za cel wygranie ich. I być może to
próżne, aroganckie, ale ta motywacja, ta chęć bycia najlepszym zaprowadziła
mnie do miejsca, w którym jestem. I w którym tkwić zamierzam przez
wieczność.
Nie pamiętam ile tak leżałem. Być może minęły
tylko minuty, a może i całe godziny. Nie liczyłem czasu. Obok mnie młoda
kobieta przeskakiwała w miejscu z jednej na drugą nogę, falując suknią, którą
swobodnie owiewał wiatr, a ja chyba wciąż nie mogłem się ruszyć. Nie podobał i
się ten taniec, ona czy jej partner, ale intrygował mnie ten uśmiech, ten
niesamowicie piękny uśmiech, który potrafił i mógł zarażać, a ja poczułem, że
mi go brak. Oddawałem się chwili, która wbrew pozorom dotyczyła i mnie, czując
szczęście, chwilowe, pozorne, ale szczęście i głupi byłem, bo pozwoliłem
zapomnieć sobie, że ono nigdy nie trwa wiecznie. Do cholery, Aaron,
zapomniałeś, że szczęście nie jest wieczne.
Kobieta upadła, a ja wciąż patrzyłem w punkt,
na wysokości którego jeszcze chwilę temu znajdował się dołeczek w policzku tej
dziewczyny, ale teraz widziałem już tylko morze.
Ulotność. Widziałem ulotność chwil, co
powodowało, że czułem się jeszcze gorzej. Czułem się okłamywany.
Otworzyłem drzwi od samochodu i z całej siły
uderzyłem pięścią w kierownice. Żałowałem tego, ponieważ już kilka sekund
później przez moją dłoń przeszedł przeraźliwie silny ból, którego nie byłem w
stanie zignorować. Wiedziałem co mam robić.
Mknąłem najszybciej jak mogłem, balansując na
granicy życia i śmierci. To mnie przerażało i jednocześnie ekscytowało jak
jeszcze nigdy wcześniej, bo dopiero w tamtym momencie, w ciągu tamtych kilku
ułamków sekund, zdałem sobie sprawę z tego jak bardzo trzęsę się, siedząc w
samochodzie. Robiłem to codziennie. Codziennie wsiadałem do auta, marząc o
dostaniu się do upragnionego miejsca, ale nigdy wcześniej nie zorientowałem
się, że przeraża mnie to każdego dnia na nowo. Wiedziałem, że to wszystko mogło
skończyć się źle, ale nie miało to dla nie żadnego znaczenia, na kilka minut po
tym jak uświadomiłem sobie ile czasu tracę, ile chwil bezpowrotnie przelatują
mi przez palce. Ignorowałem ten lęk. Nie chciałem roztrwonić kolejnych - już
wystarczająco dużo pogubiłem ich w życiu.
Mknąłem najszybciej jak mogłem, zostawiając za
sobą wszystkie niedoskonałości, bóle, cierpienia i krzywdy. Zostawiając całą
przeszłość i obiecując sobie jednocześnie, że już nigdy do tego nie wrócę, że
nigdy nie pozwolę zapanować wspomnieniom nad własnym życiem. Mijałem drogi,
autostrady i polne ścieżki, żałując, że nigdy wcześniej ich nie zauważałem, bo
każda z nich miała w sobie coś niezwykle pięknego i niesamowitego i była
całkowicie różna od tej drugiej. Szczegóły. To były najpiękniejsze elementy w
moim życiu. Coś, za co mógłbym dać miliony.
Przed domem Wojtka zahamowałem nazbyt
agresywnie, a hałas, który wywołałem niesamowicie podrażnił moje bębenki.
Zwróciłem tym uwagę chyba wszystkich zebranych ludzi w przestrzeni kilkunastu
metrów, ale to nie wpływało wcale źle na moje samopoczucie. Nie to.
Wysiadłem z auta przypuszczalnie najszybciej
jak potrafiłem i oddaliłem się od niego. Wojtek stał na trawniku tuż przy
drzwiach, ale nie był sam. To mnie przeraziło. To uderzyło we mnie na tyle
niespodziewanie, że na moment zabrakło mi tchu. On stał z kobietą. I patrzył na
nią z miłością. Tak, to była miłość, pamiętałem to uczucie. Pamiętałem, że
identycznie patrzyłem kiedyś na Alice, której powierzyć w stanie byłem całego
siebie, od koniuszków palców aż po same krańce włosów, a moja pewność, że
trafiłem w samo sedno, budziła we mnie pokłady tak niesamowitej energii, która
potrafiła wręcz w niesamowity sposób zamazać wszystkie nędzne i mizerne
wspomnienia, próbujące powrócić ze zdwojoną siła i której wręcz nie chciałem
czuć, bo to nie był odpowiedni moment. Każdy, tylko akurat nie tamten.
Przerażała mnie perspektywa, że Wojtek może
patrzeć na kogokolwiek prócz Oli z miłością czy jakimkolwiek innym, zbliżonym
do niej uczuciem. Przerażała mnie myśl, że w życiu Wojtka mógł pojawić się
ktokolwiek nowy. Przerażało mnie wszystko, bo wtedy po raz pierwszy pomyślałem,
że mogę go tak naprawdę stracić. A to była perspektywa straszna.
Po chwili dołączyli do nich Jack i Alex, a ja
wciąż stałem w miejscu. Jak kołek. Nie potrafiłem się ruszyć. Nie potrafiłem
ani postawić odważnego kroku w przód, ani tchórzliwego w tył, a przecież
chciałem tylko stamtąd uciec. Czy to takie wiele? Wszystkie moje postanowienia,
wszystkie plany i ambicje w jednym momencie prysły. Wyparowały. Kiedy stanąłem
z nią twarzą w twarz czułem się bezbronny. Nie wiem dlaczego, ale zakłopotanie
w jakim tkwiłam powodowało, że nie potrafiłem wykonać żadnego ruchu, chociaż
ona była taka niewinna, taka nieposzlakowana, że poczułem się okropnym
człowiekiem, który milczał. Bo był przerażony. Dlaczego? Dlaczego przerażony?
Nie wiem, czy kiedyś będzie taki rozdział, że będę wiedziała, co pod nim napisać...
OdpowiedzUsuńPowiem tyle, wiem jak czuje się Aaron. Kiedy każdy dzień zlewa się w jedność, kiedy powtarzasz schematy i za czymś tęsknisz. Bezsilność dołuje i nawet to, co tak kochasz robić, nie pomaga...
OdpowiedzUsuńNa dzisiaj już odpuszczę, wrócę jutro. I to po pracy, bo te opowiadanie zasługuje na pełne skupienie.