niedziela, 17 maja 2015

4. Oh this is just my luck.

Potężny ból rozsadzał moją czaszkę, a zidentyfikowanie miejsca pobytu zajęło mi kilka dobrych minut. Zasłoniłem twarz dłonią, ucinając dostęp jasnemu strumieniowi słonecznego światła na co automatycznie odetchnąłem z ulgą i podparłem się na łokciu. Nie rozpoznawałem tych pustych ścian, białej pościeli a tym bardziej ciemnych szaf, więc przez długi czas szukałem jakiegokolwiek szczegółu, który pomógłby mi zidentyfikować pomieszczenie, w którym spędziłem poprzednią noc. Na właściwy trop naprowadziły mnie dopiero duże drzwi, które przez przeważającą ilość czasu oglądałem tylko z drugiej strony. Byłem w mieszkaniu Wojtka. Znów odetchnąłem z ulgą i opadłem na miękką poduszkę. Dostałem przynajmniej sygnał, że na pewno moim jedynym kłopotem było złe samopoczucie. Ból był nie do zniesienia i w dodatku w żaden możliwy sposób nie potrafiłem go załagodzić. Zakrywałem głowę poduszką, zaciskałem mocno powieki, ale mimo wszystko, okazywało się to całkowicie niepotrzebne, bo moja głowa wciąż kompletnie nie nadawała się do funkcjonowania. Wyobrażacie sobie ten ból, prawda? Wyobrażacie sobie co czuję człowiek, kiedy budzi się następnego ranka, po imprezie na której zdecydowanie nie powinien sięgać po alkohol, ale to zrobił i wcale nie skończył na czterech puszkach piwa tylko całkowicie niepotrzebnie stał się wodzirejem imprezy? Wyobrażacie sobie jak bardzo jego organizm jest sponiewierany i niezdolny do działania? Więc potraficie wyobrazić sobie również tę wdzięczność, radość i ulgę wymalowaną na jego twarzy, kiedy na szafce tuż obok swojej głowy dostrzega szklankę wody i dwie białe pastylki.
Nigdy nie byłem zwolennikiem zażywania tabletek, ale w tamtym momencie wiedziałem i czułem, że to najodpowiedniejsza rzecz na jaką jest mnie stać. Szybko sięgnąłem po pigułki i połknąłem je popijając zimną gazowaną jeszcze wodą. Głupi spodziewałem się, że wszystko minie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, więc od razu pożałowałem próby podniesienia się z wygodnego materaca, na który ciężko opadłem. Słońce, które jeszcze kilka minut temu drażniło moje oczy, przysłoniły gęste, kłębiaste chmury. W pomieszczeniu momentalnie zrobiło się ciemno i ponuro, a w szyby zaczął bębnić deszcz. Nie wiedziałem, która dokładnie jest godzina, ale po powoli zniżającym się na niebie słońcu mogłem łatwo wywnioskować, że już dawno po dwunastej. Przez chwilę tliła się we mnie nadzieja na odnalezienie komórki, ale wyparowała wraz ze zorientowaniem się, że mam na sobie jedynie bokserki. Próbowałem sobie przypomnieć – co robiłem, jak się tu znalazłem, czego mogłem się spodziewać po przekroczeniu progu tych drzwi, ale w mojej głowie tkwiła czarna plama, z którą nijak nie potrafiłem sobie poradzić. Nienawidziłem sytuacji, kiedy stawałem się zależny od towarzystwa i słów osób drugich, które mogły wcisnąć mi dosłownie każdą historyjkę, dając gwarancję, że mówią mi najszczerszą prawdę, a ja nie mogłem nawet zaprzeczyć tylko beznadziejnie potakiwać, godząc się z ich opinią.
Wstałem. Na zimnym parkiecie, z którym moje stopy miały teraz kontakt leżały rozrzucone spodnie, bluza i bluzka zaplamiona jakimś ciemnoróżowym napojem, którą wczoraj przed wyjściem idealnie wyprasowałem. Przetarłem twarz dłonią, zahaczając o lekki zarost. Nic z tego nie rozumiałem, ale bez trudu mogłem wywnioskować, że mam sporo na sumieniu i wiele do wytłumaczenia. Próbowałem przywołać w pamięci obrazy, które mogły towarzyszyć mi kilka godzin wstecz, ale te starania były na nic, bo przed moim oczami wciąż tkwiło jedynie wgniecenie w białej ścianie. Nie wiedziałem nawet od czego zacząć i czy aby na pewno rozlane wino było ostatnim epizodem tamtego wydarzenia.
Nogi dosłownie ugięły się pode mną, kiedy zmusiłem je do zmierzenia się z ciężarem mojego ciała. Panicznie chwyciłem ręką o komodę, przypadkiem potrącając do połowy wypełnioną jeszcze szklankę z wodą. Potrząsnąłem dłonią, pozwalając spłynąć pojedynczym kroplom wody. Nacisnąłem klamkę od drzwi, które bez najmniejszego problemu ustąpiły. W przedpokoju było ciemno i ponuro, ale bez przeszkód upewniłem się co do przekonania o miejscu pobytu. Na początku odniosłem wrażenie, że w mieszkaniu jestem całkowicie sam, ale moment później ciszę rozdarł radosny damski śmiech, do którego dołączył męski. Zapiekło mnie w przełyku. Przez chwilę, może jedną krótką chwilę, a może i długą, która mogła pojawić się w momencie, kiedy błagalnie zaciskałem powieki tuż przed snem, żyłem nadzieją, że już podczas kilku pierwszych chwil po przebudzeniu, nie będę musiał zderzać się z konsekwencjami dnia poprzedniego, że dostanę chociaż czas. Bałem się wykonać kilka kroków w stronę kuchni, z której jak wywnioskowałem dochodziły dźwięki. To zabawne, bo już wtedy, stojąc w przedpokoju Wojtkowego mieszkania, nie czekając na przykład na spojrzenie samego zainteresowanego, które mogłoby mi powiedzieć wiele, z góry założyłem że mam dużo na sumieniu.
Najpierw zobaczyłem tamtego dnia swojego przyjaciela, z którego wzrokiem musiałem zmierzyć się tuż po przekroczeniu progu pomieszczenia. Wojtek uśmiechnął się pokrzepiająco i ustąpił mi miejsca, po czym odłożył kubek, z którego wcześniej wypił resztki znajdującego się w nim napoju, a Milie spuściła głowę, bawiąc się palcami. Szczęsny złapał mnie za ramię i zacisnął na nim mocno palce po czym wyszedł z kuchni wyraźnie się śmiejąc. Nie potraficie wyobrazić sobie jak bardzo to wszystko mnie przygniotło. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Ten śmiech zbił mnie z tropu.
Poszedłem więc za nim.
On zamknął się w łazience i już po kilku sekundach puścił wodę w prysznicu, ja natomiast skręciłem do salonu. Mieszkanie Wojtka było nowe, zatem nie wszystko w nim wydawało się przejrzyste. Długo przeszukiwałem wszystkie szafki i komody, ale na ciuchy, które mogły zastąpić moją poplamioną koszulkę, leżącą wciąż na podłodze w jednym z pomieszczeń natrafiłem dopiero w sypialni. Nie czułem potrzeby stawania przed nią jedynie w tych durnych bokserkach, bo wiedziałem, że to wszystko nie wywarłoby na niej żadnego wrażenia, lecz wręcz przeciwnie – znienawidziłaby mnie doszczętne. Szybko więc przerzuciłem przez głowę odzież i długo wątpiąc czy to ma jakikolwiek sens skierowałem się w stronę kuchni.
Czas start.
-Nie pamiętam co wczoraj się wydarzyło, ale czuję, że to ja jestem winny. – Popatrzyła na mnie dosłownie jak na idiotę. Wcześniej przestraszona dziewczyna, nie potrafiąca przekonać się do spojrzenia w moje oczy, teraz nie spuszczała z nich wzroku. Przełknęła ostatni kęs kanapki, którą dotychczas trzymała w dłoni i kilkukrotnie zamrugała. Już całkowicie nie pojmowałem o co w tym wszystkim chodzi.
-Może to i lepiej. – Szepnęła ledwo dosłyszalnie, a następnie wyszła. To wręcz niepojęte, że kilka minut i parę słów wypowiedzianych przez naszą dwójkę w swoim kierunku za każdym razem robiło w mojej głowie mętlik większy niż tygodniowy licznik rozmów z kimkolwiek innym. Czułem się sponiewierany bardziej niż po dzisiejszym przebudzeniu, a przecież nic jeszcze dzisiaj nie zrobiłem. To dawało jej cholerną przewagę nad dosłownie wszystkim.
Jednak tego dnia to był dopiero początek. Nie zdążyłem nawet przyłożyć do warg kubka ze świeżo zaparzoną herbatą, a już kaszlałem krztusząc się powietrzem. Przede mną stanął bowiem Wojtek. Z cwaniackim uśmiechem, pewną siebie miną i słowami: Masz sprawić, że poczuje się szczęśliwa. Na początku byłem w stu procentach przekonany, że żartuje, ponieważ jego mina dawała przede wszystkim mi do zrozumienia, że czerpie z całej tej sytuacji niezły ubaw. Jednak później zaczynałem przekonywać się, że traktuję swoje słowa całkowicie na poważnie.
-Jak mam sprawić by poczuła się szczęśliwa samemu będąc wrakiem człowieka? – Parsknąłem. – Jesteś ślepy, że tego nie widzisz? Mam za sobą ciężką noc, a w planach żadnych postanowień związanych z twoją przyjaciółką.
-W twoją ciężką noc nie wątpię. – W jego głosie wyczuwałem tylko jad. – To ty jesteś temu wszystkiemu winny. Nikt nie steruję twoim życiem i nie włącza lampki dziś jestem skurwysynem, a jutro trochę się pouśmiecham, kiedy tylko ma na to ochotę. Nikt nie zabrania ci przy okazji samemu poczuć się lepszym człowiekiem.
Nie ukrywałem zaskoczenia, które niewątpliwie we mnie wywołał.
-W jej towarzystwie to chyba nie będzie możliwe.
-Wierzę w ciebie. – Miałem wrażenie, że nie dotarło do niego ani jedno wypowiedziane przede mnie słowo. Ten człowiek w ogóle mnie nie słuchał. Robił rzeczy, których za wszelką cenę starałem się unikać. Uderzał w punkty, które uznawałem za najsłabsze. – Idę na trening.
Mimowolnie się skrzywiłem. Zwykle nie wypowiadał tych słów na głos, wiedząc jak bardzo to we mnie trafia, jak bardzo czyni gorszym od innych, jak bardzo odbiera mi całą radość, którą wciąż starałem się szczelnie gromadzić, bo nauczyłem się przez te wszystkie lata mojego życia, a przekonałem się w przyszłości, że szczęście jest ulotne. A ja i Wojtek, bez wypowiadania żadnych słów, ustaliliśmy między sobą granicę praktycznie niewidzialną, której jednak żaden z nas nie przekraczał, że nie rozmawiamy prywatnie o footballu. Bo on doskonale wiedział jak cholernie mu zazdroszczę, że może grać. Zwłaszcza w tym momencie.
Dotychczas żyłem w przekonaniu, że potrafię się na to uodpornić, ale to uświadomiło mnie jak daleko od swojego celu jestem. Tak naprawdę uświadomiło mi, że nigdy nie będę w stanie tego zrobić, bo jestem za słaby by stawić czoło wszystkim przeciwnościom. One mnie zabijały.
-Dziękuje. –Szepnąłem, kiedy usiadłem na kanapie obok pogrążonej w serialu Milie. Każde słowo, które przechodziło przez moje gardło dosłownie kuło mnie w przełyk, ale dzięki temu czułem się również dużo lepiej. Właściwie były również momenty, w których w końcu czułem się swobodnie. – Za to, że mu nie powiedziałaś. Ja zrobiłbym inaczej i wiem, że ty również to wiesz. Czułbym się wielki, gdybym wyjawił mu wszystko co powiedzieliśmy sobie na tych cholernych trybunach.
-Zrobiłam to ze względu na niego, a nie ze względu na ciebie.
-O co ci znowu chodzi? – Nie wytrzymałem. Po prostu nie wytrzymałem.
-Jakie znowu? – W końcu na mnie spojrzała. – Ile tych razy było, Aaron? Ile, że mówisz znowu?
Wtedy po raz w pierwszy usłyszałem swoje imię z jej ust. Przemieszane było ze złością, irytacją, ale również pretensją, bo ta rozmowa zmierzała na niewłaściwe tory. Ale było już za późno.
-Myślisz, że pojawiłaś się tak nagle i..
-Nie pojawiłam się nagle.
-Wojtek nigdy mi o tobie nie wspominał.
-Może nie byłeś tego wart?
-Może to ty nie byłaś tego warta?
-Nie wyładowuj swojej złości za to że nie grasz na mnie. – Wyłączyła telewizor. – Ja po prostu nie dam się tak traktować. – Wstała. – Nie tobie.
I wyszła, zostawiając mnie z mętlikiem w głowie, stertą niezidentyfikowanych uczuć i masą wyrzutów sumienia. Za późno.

1 komentarz:

  1. Przeczytałam wszystko za jednym razem i potrzebuję chwili, by pozbierać myśli. Wiem tylko, że jesteś fenomenalna i nie wiem jak mam ci dziękować, że to jest o Arsenalu, o Aaronie.

    OdpowiedzUsuń