wtorek, 30 czerwca 2015

6. I know nothing at all.

Nie można powiedzieć, że tej nocy spałem źle, bo w porównaniu do kilku poprzednich były momenty, kiedy Morfeusz porywał mnie w swoje objęcia i naprawdę mogłem całkowicie oddać się odpoczynkowi. To był sen po prostu lekki, oparty na czuwaniu. Budziłem się co jakiś czas, zdezorientowany rozglądałem się po całym pomieszczeniu, ale słysząc spokojny i miarowy sen Milie, opierającej się o moje ścierpnięte już ramię, po moim ciele rozlewała się wyraźna ulga dzięki której potrafiłem zamknąć oczy i znów odpływać. Ta czynność bez mojego wpływu powtarzała się kilkukrotnie jednak kiedy za oknem pojawiły się pierwsze prześwity wschodzącego Słońca, czułem się wypoczęty, więc można również powiedzieć, że to była noc spokojna. Nie chciałem jej budzić, więc uniosłem jej ciało do góry. Potężny ból i lekki paraliż w prawym barku w tamtym momencie dały o sobie znać. Zacisnąłem mocno zęby i czekałem. Odgarnąłem z jej policzków pasma włosów wciąż związanych w luźnego kucyka, ale na szczęście nie zdołałem wyrwać jej ze snu. W końcu wstałem z kanapy, trzymając Milie na rękach i podążyłem przed siebie. Po drodzę zdążyłem kopnąć spadającą poduszkę oraz pchnąć delikatnie nogą drzwi od sypialni. Położyłem ją na łóżku, w którym pierwotnie spędzić miała minioną noc i przykryłem ją miękką kołdrą. Poruszyła się kilkukrotnie, biorąc równocześnie głębsze i nierównomierne oddechy, a sam wyszedłem z pomieszczenia.
Nie wiem ile siedziałem bezczynnie na krześle przy stole przyglądając się płaskiej powierzchni blatu, ale pamiętam, że zdążyłem zrobić i zjeść śniadanie, zaparzyć i wypić herbatę oraz posprzątać całe pomieszczenie. Kiedy wychodziłem spod prysznica, usłyszałem jednak melodię, która dobiegała jak się później okazało z płaszcza Milie. Nie mam w zwyczaju grzebać w cudzych rzeczach jednak włączyła się we mnie czerwona lampka, przypominająca o poprzednich kilkunastu godzinach oraz śpiącej za ścianą przyjaciółką Wojtka. Naprawdę, chciałem tylko go wyłączyć, jedynie odrzucić połączenie i wyciszyć urządzenie, ale zdjęcie które zobaczyłem na wyświetlaczu telefonu komórkowego wgniotło mnie dosłownie w ziemię i sparaliżowało. Czułem się jakbym dostał w twarz, a jednocześnie ktoś zadawał mi potężny cios w sam żołądek – na ekranie znajdowało się zdjęcie osoby oddalonej o kilka tysięcy kilometrów od Anglii, zdjęcie osoby, której Milie nie mogła znać. Po prostu nigdy nie powinna jej poznać. Dlatego złamałem swoje postanowienie i go nie wyłączyłem, dlatego naruszyłem jej prywatność i ugasiłem swoją ciekawość ale i narastające przerażenie, dlatego odebrałem ten cholerny telefon.
Po drugiej stronie słuchawki ktoś westchnął, a następnie szepnął ledwo dosłyszalnie to krótkie pięcioliterowe imię z ulgą w głosie. Właściwie już po tym dźwięku potrafiłem bez problemu zorientować się, że głos, odbijający się echem w mojej głowie jest przesiąknięty chrypką, którą doskonale udało mi się zapamiętać.
-Milie.. – Kolejny raz imię i nic więcej. Kolejna dawka milczenia, która trwała zbyt długo, ale to nie to dawało w tym wszystkim najwięcej do myślenia. Pustkę w mojej głowie tworzyła cisza i nierównomierny oddech mojego przyjaciela. – Patrzyłem dzisiaj na pełnie. – Usiadłem. Nogi po prostu odmówiły mi posłuszeństwa. – Nie masz pojęcia jak bardzo żałuję. Że nie ma dnia, kiedy nie myślę co się stało. Szczęścia nie można kupić za pieniądze, teraz już to wiem. – Znów ten oddech. – Żałuję, bo rozumiem, że czuję coś więcej, że naprawdę mogę powiedzieć, że cię kocham. Zadzwoń, nie dziś, nie jutro, ani za tydzień. Zadzwoń za miesiąc, bo wtedy będę czekać na telefon, wiem, że potrzebujesz czasu.
Wtedy zadzwonił dzwonek, który przywrócił mnie do rzeczywistości. Zacząłem rozglądać się na prawo i lewo oraz automatycznie rozłączyłem się z rozmówcą. Miałem wrażenie, że słowa, które dotarły dosłownie przed chwilą do moich uszu są niezwykle daleko ode mnie, że tak naprawdę nie zarejestrowałem ani jednego zdania. Uczuć, które kłębiły się wewnątrz mnie nie można było nazwać jedynie szokiem czy niezrozumieniem – ja byłem wstrząśnięty i niezdolny do funkcjonowania. Właściwie, do tej pory nie wiem co doprowadziło mnie do właśnie takiego stanu. Przecież jej nie znałem, przecież nie interesowało mnie jej życie, nie interesowały mnie jej plany i postanowienia, to co robi i to co robiła w przeszłości, w gruncie rzeczy, zdałem sobie sprawę z tego, że moja początkowo wielka ciekawość już dawno wyparowała, że zastąpiła ją nieustępliwość i wieczna chęć doprowadzenia czegoś do ostatniej kropki, do ostatniego etapu. Żałowałem, że poznałem jakiś rąbek prawdy, że powodem jej przyjazdu musiały być problemy lub zawód na osobach, na których dotąd mogła polegać. Wiedziałem jedno: dziewczyna zajmująca łóżko w mojej sypialni; dziewczyna, która spędziła wieczór upijając się w barze na obrzeżach stolicy Wielkiej Brytanii; nieśmiała przyjaciółka bramkarza Arsenalu Londyn znaczyła naprawdę wiele dla samego Garetha Bale'a.
Gość robił się niecierpliwy. Co kilka sekund zwiększał częstotliwość naciskania dzwonka, a po mieszkaniu rozchodził się nieprzyjemnie drażniący uszy dźwięk. Odłożyłem telefon na stolik i udałem się do przedpokoju żeby jak najszybciej dać osobie znajdującej się po drugiej stronie drzwi możliwość znalezienia się wewnątrz pomieszczenia. Widok jaki ujrzałem wcale mnie nie zdziwił – za nimi stał mocno zniecierpliwiony Wojtek, który zmarszczył brwi gdy tylko zobaczył moją osobę. Jakby co najmniej spodziewał się, że drzwi od mojego mieszkania otworzy mu sam José Mourinho. Kilka chwil później się uśmiechnął oraz szturchnął mnie dwa razy w ramię i udał w głąb mieszkania. Może ktoś powiedzieć mi, co tu się dzieje?
-Gdzie jest Milie?
-W sypialni. – Krzyknąłem, ponieważ dzieliło nas kilka metrów. Szczęsny rozglądał się po doskonale znanych mu pomieszczeniach, a ja zajęty byłem wycieraniem mokrych śladów, które zostawał stawiając każdy krok. Zmarszczyłem czoło. – Czy w nocy spadł śnieg?
Ta sytuacja była normalna – ja starałem utrzymać się pozorny porządek we własnym domu, mój przyjaciel ze zwyczajną swobodą czuł się jak u siebie, ale do czasu. Później wszystko potoczyło się szybko: wypuściłem z ręki miotłę, mocno uderzyłem głową w ścianę, a Wojtek gniótł materiał mojej koszulki w swojej dłoni.
-Możesz mi powiedzieć, co do jasnej cholerny, ona robi w twoim łóżku?
-Co ty pierzysz? – Wysyczałem.
-Raczej kogo ty pieprzysz? – Z jego oczu tryskał ogień. Nie było w nich niczego prócz zabójczych iskierek złości i jeszcze gniewu, a jedyne na co miał ochotę to zrobienie mi krzywdy, lub sprawienie bólu. Wtedy zrozumiałem wszystko, dosłownie wszystko. – Nigdy więcej nie waż się jej dotknąć, rozumiesz?
-Stary. – Zacząłem, cicho parskając. - Nie spałem z nią. – Próbowałem go odepchnąć, ale był zdecydowanie silniejszy. – No już odpuść. Chciała się upić, przecież nie mogłem przyprowadzić jej do ciebie w takim stanie. – Prawie krzyknąłem. – Ma za sobą naprawdę ciężką noc, więc daj sobie spokój, bo ją obudzisz.
Patrzył mi w oczy naprawdę długo. Nie jestem w stanie stwierdzić ile, ale wypełnia mnie przekonanie, że trwało to naprawdę długo. Później wyprostował palce i poklepał mnie po torsie, ale ta sytuacja wbrew pozorom wiele między nami zmieniła. Zmieniła nasze relację.
Wojtek znów potrafił mi ufać. Przez chwilę czułem się nawet jakby nic między nami się nie zmieniło, że wypowiedziane przez niego tuż przed wyjściem słowa: Wiesz gdzie idę rozpoczynają jakiś nowy rozdział, że kończy się ciągłe podstawianie kłód pod nogi. Patrząc na tę sytuację z perspektywy czasu wydaję mi się ona żenująca. Mogłem się spodziewać wszystkiego – że Wojtek wkurzy się, ponieważ wciąż się kłócimy, że upomni mnie oraz zaneguje schematy mojego postępowania, ale nigdy, nigdy nie sądziłem, że stanie się porywczy i nieopanowany. To świadczyło o jednym. On był przerażony, na pierwszy rzut oka, ten cholernie wysoki i silny facet dusił w sobie przerażenie, które urosło lub też pojawiło się w nim w momencie, kiedy Milie nadepnęła na pierwszy kamień jego ogrodu. On próbował ją ochronić.
-Aaron? – Nie słyszałem żeby wstawała, nie dotarł do mnie żaden szmer a tym bardziej choćby skrzypnięcie drzwi. Leżałem na kanapie wpatrując się w sufit. Dzisiaj muszę przyznać, że zawładnął mną strach. Bo bałem się, że już nigdy nie spojrzę na nią tak jakbym patrzeć chciał, że to co było jeszcze kilkanaście godzin temu to przeszłość, która nigdy nie stanie się czasem teraźniejszym. Zamrugałem kilkakrotnie. – Przepraszam. I dziękuje.
Stała w drzwiach. Miała kościste nogi i bladą twarz. Właściwie, ona cała była blada – przez chwilę miałem wrażenie, że wtapia się w kolor ścian i znika z mojego pola widzenia. A tą całość dopełniała moja biała bluzka i sterczące na wszystkie strony pojedyncze kosmyki jej prostych włosów. Jej wygląd w stu procentach odzwierciedlał moje samopoczucie.
-Przestańmy się za wszystko przepraszać, bo mam wrażenie, że tylko na tym opierają się nasze rozmowy.
-Może nie przesadziłam z ilością alkoholu, ale nie czułam się najlepiej i nie powinnam pić. – Pokręciła niedowierzająco głową i zakryła twarz dłońmi. Ta sytuacja wyglądała komicznie. – Trzy piwa, a budzę się w obcym mieszkaniu, u obcego faceta, który nie spał pół nocy i w dodatku czuję, że nie zjem nic do piątku.
Był wtorek.
-Dla ciebie trzy piwa to chyba aż. – Zakpiłem, ale w moim głosie była chyba troska i życzliwość. Nie miałem zamiaru pokazywać znów tego starego, nieznośnego oblicza złego Aarona. Wstałem, wyciągnąłem z szafki ręcznik i wcisnąłem go w jej ręce, a następnie zaprowadziłem ją do łazienki. – Spędziliśmy dwie, dwie noce Milie w jednym budynku, więc nie możesz twierdzić, że się nie znamy. – Mój ton był normalny. Taki naturalny.
W ten sposób udowodniłem sobie, że można, że dam radę, że czasami potrafię ze sobą wygrać. W ten sposób zapaliłem pierwszą małą latarnię w tunelu i postanowiłem nie zapominać, że korytarz jest długi, że potrzeba ich naprawdę wiele. W ten sposób uświadomiłem sobie, że zbliża się właściwy czas i że warto na niego czekać.
Jednak kiedy wyszła znów popełniłem błąd, znów na chwilę pozwoliłem zapanować nade mną przeszłości: po powrocie do salonu usunąłem z telefonu, którego nie zabrała połączenie i wyciągnąłem z barku wódkę. Tak, tylko wódka mogła mi pomóc.

Były takie chwile, kiedy byłem bliski zadania pytania: Kim dla ciebie jest Gareth, kim dla ciebie on, do cholery jasnej, jest?, ale za każdym razem zdawałem sobie sprawę z tego, że to nie jest odpowiedni moment ani odpowiednie pytanie.
Siedziała obok Wojtka, trzymając w dłoni przezroczystą szklankę, którą chyba się bawiła, bo delikatnie obracała ją w dłoniach co jakiś czas prawie wylewając jej zawartość na swoje nogi, ale nie wiem czy był to bardziej odruch, który miał za zadanie zatuszować drżenie jej rąk czy po prostu był to jej swoisty i życiowy nawyk. Co jakiś czas podnosiła wzrok na Jacka, opowiadającego mało śmieszne kawały przy czym żywo gestykulował dłońmi, a ja obserwowałem każdy jej najmniejszy ruch za co głośno wyzywałem i przeklinałem się w myślach. Wydawało mi się, że patrzenie na nią, obserwowanie i analizowanie czynów i gestów jakie wykonuje to akt tak nieodpowiedni, a wręcz tak niegodny dla mojej osoby, że chciałem wydostać się ze swojego ciała i gdzieś niepostrzeżenie uciec i nie wracać. Nie musieć być skazanym na przebywanie w jej towarzystwie, które nieświadomie i bez mojej woli irytowało mnie i działało bardzo destrukcyjnie na moje pozytywne emocje. Denerwował mnie ten szeroki i chyba najpiękniejszy uśmiech jaki dane mi było zobaczyć w ostatnim czasie, bo świadomie całkowicie izolowałem się od świata zewnętrznego, skazując się na bliskość swojej drużyny, która była dla mnie drugim domem i denerwował mnie również głośny śmiech, który pragnąłem zapamiętać chyba już na zawsze i radość, bo wokół tkwiło tyle smutku, bólu i cierpienia, że ta euforia była dla mnie również nieodpowiednia i niepojętna.
Była dla mnie niezrozumiała, bo sądziłem, że skoro spotkało ją tyle żalu i smutku, o którym sam dowiedziałem się nieświadomie i całkowicie przypadkowo, nie ma prawa się śmiać i cieszyć z byle jakiego kawału Wilshere'a, bo mnie również bolało coś głęboko w moim wnętrzu.
Chciałem uciec od tej euforii i zdawało mi się, że jeżeli tego nie zrobię to coś we mnie pęknie. Pęknie na milion kawałeczków i przepadnie na zawsze nie dając się poskładać, ale nie miałem wystarczającej odwagi by zrobić chociażby jeden krok. Nie miałem odwagi wstać z fotela, krzyknąć bawcie się dobrze beze mnie i tak po prostu bez niczego odejść, pozbawiając się jednocześnie wszystkiego co podtrzymywało mnie przy życiu przez ostatnie miesiące, co pomagało funkcjonować z dnia na dzień, co dawało wiarę w lepsze jutro i powrót silniejszym i mocniejszym niż kiedykolwiek wcześniej. Byłem tchórzem, wiedziałem to i byłem świadomy tej wiedzy od początku moich wszelkich niepowodzeń i spotkań ze ścieżkami pod górkę, ale skutecznie wypierałem te myśli ze swojej świadomości, licząc na to, że się mylę, ale wszystko dookoła boleśnie utwierdzało mnie w przekonaniu, że właśnie tak jest. Później postanowiłem zapomnieć. O rozmowie; słowach, które usłyszałem; ale również o godzinach poświęconych na myślenie. Później postanowiłem zostawić przeszłość za sobą i zapalić jednocześnie kilka lampek więcej.
________ 
Pamiętam, że dwa ostatnie akapity były jednymi z pierwszych, które napisałam. To z nich zrodził się pomysł na całe to opowiadanie. I o ile wtedy miałam mnóstwo wątpliwości, co do niego, teraz czuję się dziwnie spokojna. Lubię to opowiadanie, czasami kocham, niekiedy też nienawidzę, ale każde słowo coś mi daję. Chciałabym żeby wam też dawało.

1 komentarz: