sobota, 15 sierpnia 2015

8. Run until you feel your lungs bleeding.

Co i gdyby to dwa nic nie znaczące słowa, ale jeżeli zestawimy je razem, mogą dręczyć przez całe życie – bo najgorsze nie jest to, że czasami coś się nie udaje; że potykasz się na prostej drodzę; że przeciwnik okazuje się zbyt silny; że przegrywasz najważniejszą walkę w życiu czy w zawodowej karierze i pogrążony w rozpaczy, lub sportowej złości musisz usunąć się w cień. Najgorsza jest bezradność. Chwila, kiedy do twojej świadomości dociera, że nie możesz zrobić już dosłownie nic. Chwila, kiedy wiesz, że przegrywasz mimo nieustannej walki, mimo nadziei – do końca, zawsze, wciąż – tylko, że przewaga jest zbyt duża, większa niż twoja wiara. I szukasz w pamięci meczów, które w podobnym stosunku odwracałaś, w których z piekła przenosiłaś się do raju i dumny wypinałeś piersi do przodu, czekając na pochwały, ale to na nic. Nie tym razem. Bo tym razem musisz uznać wyższość otoczenia, nie pokazując tego swoim kolegom. Im musisz pokazać, żeby się nie poddawali, wysyłać szczery uśmiech, żeby razem z tobą walczyli do końca, mimo że oni, czują to samo. Żyjesz nadzieją. W jednej chwili prawie się rozpadasz, w innej jest lepiej, ale nie da się zapomnieć. Nigdy, bo wszystko wyciska na twojej duszy niezatarte ślady. Ostatni gwizdek sędziego i koniec. Teraz nie możesz nic już zmienić, bo twoje marzenia pryskają jak bańki mydlane, które natrafiają na lekkie podmuchy powietrza. Po prostu zostały zniszczone. Przegrałeś jeden z najważniejszych pojedynków w swoim życiu. A ta pustka, która się pojawia jest nieznośna, prawda? Więc nie próbuj powstrzymywać łez, niech płyną, niech będą główną oznaką twojego okrutnego rozczarowania. Ból? Musisz go pokonać, bo nie da się go ominąć. Nie wmawiaj sobie, że przeciwnik był zbyt silny, bo to zaprowadzi cię do zguby. W twoich rękach była szansa na zwycięstwo, ale nieskończone akcje się zemściły. Koniec. Już nic nie możesz zrobić. Wszyscy wokół gratulują ci sukcesu, bo przecież doszedłeś tak daleko, ale każde wypowiadane słowo jest jak narzędzie, raniące skórę. Bo każdy z nas wie, że stać cię było na więcej. I to boli najbardziej - niezaspokojone ambicje.
Siedziałem na ławce, oparty o białą ścianę, w dłoniach obracałem już prawie pusty bidon, moje spodenki były brudne, koszulka podarta, policzek podrapany, a dusza pokaleczona. Nie wiedziałem gdzie podziać wzrok, każdy punkt wydawał mi się nieodpowiedni, każdy szczegół zbyt niezdatny, każdy element przypominał o porażce. Są takie chwile, kiedy nie potrafisz patrzeć nawet na swoje odbicie; wydaje ci się, że gdy tylko ujrzysz tą pustkę, którą czujesz teraz wewnątrz siebie również w oczach to twój świat runie. Wystarczy ci to wszystko co rejestrujesz w swoim otoczeniu. Masz wrażenie, że już dawno nie słyszałeś śmiechu, ba, ty nie słyszysz nawet słów w pomieszczeniu, które dotąd wypełniały ciągłe chichoty i rechoty. Masz ochotę się rozpłakać; po prostu chcesz ryczeć jak dziecko. Bo czy dałeś z siebie wszystko? Nie, chyba nie. Biegałem, walczyłem, grałem, wydawało mi się, że zostawiam na boisku całe swoje serce, ale nie dałem z siebie wszystkiego. Miałem tyle sytuacji, tyle dogodnych okazji do zamienienia ich na gole, a mecz zakończył się bezbramkowym remisem. To oznaczało koniec. Koniec marzeń, wyobrażeń, wielkich planów, postawienie kropki w sprawie dalszej rywalizacji o mistrzostwo ligi, mniejsze obciążenie, ale jakie to mogło mieć znaczenie skoro wraz z pojawieniem się dziesiątek wolnych dni uciekło coś co było dosłownie najważniejsze? Praktycznie nic nie liczyło się bardziej. Wszystko na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy krążyło jedynie wokół tego. A my daliśmy okazję temu tak po prostu uciec, skazując na porażkę kolejny sezon.
Chciałem coś powiedzieć, ale za każdym razem, kiedy otwierałem usta automatycznie zdawałem sobie sprawę z bezsensowności i niedopasowania moich słów. A najśmieszniejsze jest to, że dobierałem je dobrych kilka minut, budowałem w głowie zdania, próbując sprawić żeby były idealne, a jednak kiedy już miały wypłynąć na światło dzienne, dostrzegałem w nich mnóstwo wad. Wiecie, to tak jak z pisaniem czegoś na kartce: zapełniamy ją swoimi w wyobrażeniach pięknymi myślami, ale kiedy czytamy już całość zauważamy w nich mnóstwo błędów, kreślimy litery, zamazujemy białe pole, aż w końcu nie jesteśmy już w stanie dostrzec czystej przestrzeni. Tak było z moimi refleksjami, kiedy miałem nacisnąć już enter, wracałem do punktu wyjścia. W pewnym momencie pojawiała się mała rysa. Bolały mnie już nogi. Jeszcze kilka minut temu wydawało mi się, że ławka jest moim jedynym ratunkiem do której dążyłem w obawie przed utratą sił, a teraz nie mogłem już na nią patrzeć. Roznosiła mnie energia, niepohamowana złość, chodziłem tam i z powrotem, miałem po prostu ochotę coś zniszczyć.
Wiecie, od zawsze uważałem się za marzyciela. Wierzyłem, że moje myśli i pragnienia, a szczególnie te dotyczące sportu są w stanie się spełnić, że drużyna, której kibicuję przegrała mecz, ponieważ nie ubrałem koszulki z ich logiem, albo wykonałem jakiś gest nieprawidłowo; że odwróciłem głowę lub zamrugałem, kiedy ktoś strzelał gola, rzucał bramkę czy zagrywał piłkę. Później przez tygodnie potrafiłem wypominać sobie ten jeden mały błąd i obwiniać się za porażkę ukochanego zespołu, a kiedy ktoś pisał: jest mi przykro albo boli mnie ta porażka, miałem ochotę po prostu go przeprosić.
Dlatego miałem wrażenie, że oni wszyscy patrzą na mnie, chociaż w rzeczywistości każdy z osobna wybrał sobie jeden, nieistotny punkt, w który wpatrywał się od dłuższego czasu. W pomieszczeniu dominowała przytłaczająca atmosfera przy której nie dało się wytrzymać. Po prostu się nie dało. Nie mam pojęcia ile czasu to mogło trwać, ale na pewno długo. W zasadzie, szatnia powinna już dawno opustoszeć, ale nikt nie opuścił zajmowanego miejsca. Nikt się nawet nie poruszył. Trwaliśmy jak posągi, zdolni tylko do oddychania i rzadkiego mrugania, oczekując na nie wiadomo co. Później usłyszeliśmy szmery, zgrzyt, dźwięk otwieranych drzwi – jakby ktoś wchodził do pomieszczenia. Za ściany wyłonił się Arsene. Jego widok nie przyniósł mi ulgi. Właściwie, nie dostarczył mi nic. Nie powiedział ani słowa, unosił kilkukrotnie ręce, próbował kreślić coś w powietrzu, ale w ostateczności zgarbił się lekko i schował dłonie do kieszeni.
-Nie ukrywam, że mnie to boli, bo mogliśmy ziścić swoje marzenia. – Jego angielski, wyraźnie zalatujący francuskim nie był przesycony uczuciami, ale też nie był wypruty z emocji. Brzmiał jak głos mędrca i nauczyciela, dającego naukę w jakiejś ważnej kwestii. Był głosem zawiedzionego trenera, który został doświadczony przez życie. – Wierzyłem w mistrzostwo dla Arsenalu, ponieważ wszystko mogło się zdarzyć.
Zrobił kilka kroków, przesuwając palcem po jasnym drewnie: jakby próbował otrzeć z niego niewidzialną warstwę kurzu.
-Teraz musimy znaleźć w sobie siłę żeby mimo odłożenia naszych marzeń na następny sezon zmobilizować się do ciągłej walki i wiary we własne umiejętności. Jesteście świetnymi facetami i teraz to wszystko musicie rozegrać w swojej głowie. – Przyłożył palec wskazujący do skroni. – Musicie odpowiedzieć sobie na tylko jedno, ale może najważniejsze pytanie w waszej karierze: czy chcę się teraz poddać? W ciągu kilku tygodni udało nam się na nowo zbudować drużynę, a to nie udaje się każdemu. Pamiętajcie, że mamy FA Cup i z nim w głowie idźcie do domów. Ufam wam.
Arsene Wenger od zawsze był moim mentorem. Mimo że wielu ludzi często nie zgadzało się z jego tokiem myślenia, decyzjami transferowymi czy sposobem prowadzenia zespołu, dla mnie on zawsze był kimś wielkim. Czułem do niego olbrzymi szacunek, mogłem słuchać go godzinami. Był jednym z tych ludzi, którzy kiedyś postanowili we mnie uwierzyć, a przede wszystkim nigdy we mnie nie zwątpił. I każdego dnia uczył mnie czegoś nowego.
Po tym przegranym meczu Premier League starałem się szybko przedostać się do domu. Nie miałem ochoty spędzać tamtego wieczoru ze znajomymi, zapijać smutków czy roztrząsać motywów tej porażki. Chciałem po prostu odpocząć psychicznie. Marcowe wieczory były chłodne i rześkie, ale z pewnością już nie mroźne. Wyszedłem z szatni praktycznie jako ostatni. Kiedy opuszczałem Emirates Stadium moje płuca wypełniło zimne powietrze, którego potrzebowałem równie mocno jak w upalne letnie dni w Hiszpanii. Chodniki były mokre mimo że przestało padać już jakiś czas temu, okolica powoli cichła, parking pustoszał. Początkowo szukałem w mroku niewysokiej sylwetki Milie, ale w końcu zrozumiałem, że od meczu upłynęło już naprawdę dużo czasu, więc musiała już dawno być w domu. Moje auto nie stało daleko, ponieważ już przed meczem zdawałem sobie sprawę, że będę mocno wycieńczony dziewięćdziesięciominutową potyczką jednak nie potrafiłem ruszyć się w jego stronę. Stałem jak wryty w betonowy chodnik, wmawiając sobie, że to co widzę jest tylko złudzeniem.
Spotkanie moje i Alice wyobrażałem sobie wiele razy. Zastanawiałem się wtedy jak zareaguję, co powiem, co będę czuć, kiedy jeszcze raz dostanę możliwość spojrzenia w jej tęczówki. Wiele razy tłumaczyłem sobie, że nie powinienem o tym myśleć, że ta jasnowłosa dziewczyna po prostu na to nie zasługuje, ale to było silniejsze ode mnie, bo przez bardzo długi czas wydawało mi się, że ją kocham i jestem w stanie pójść za nią w ogień. Później to wyobrażenie słabło i traciło w moich oczach, opadając na dno rzeki i praktycznie tonęło w brudnej głębi. Przez wiele tygodni żyła we mnie obawa, że cała nienawiść, którą czuję do jej osoby przy spotkaniu z jej postacią wyparuję i powiem wiele słów, których pragnąłbym uniknąć, że coś spowodowałoby, że teraz potrafiłbym jej wybaczyć. Wtedy stałem na tym parkingu; z gęstych czarnych chmur, pokrywających granatowe londyńskie niebo sączył się deszcz, a jedyne na co miałem ochotę, kiedy usłyszałem swoje ciche imię, wydobywające się spomiędzy jej wart to śmiech. Czekałem na wytłumaczenia, śmiejąc się do rozpuku.
-Co tu robisz? – Nie kryłem swojej agresji, ponieważ miałem do niej pełne prawo. Byłem zawiedziony, ale moje serce nie krwawiło. Praktycznie, nie czułem nic i to niezwykle mnie cieszyło – nie pragnąłem wykonać absolutnie żadnego gestu. Stałem tylko biernie, przeszywając jej tęczówki swoim wzrokiem.
-Cześć. – Roześmiałem się. Była taka bezbronna i zagubiona, że aż śmieszna. Nie mogąc wytrzymać spojrzałem wysoko do góry, kręcąc tylko głową na prawo i lewo. Nie dowierzałem.
-Czy ty siebie słyszysz? Nie mam prawa zabronić ci tu przychodzić, ale nie potrafię zrozumieć jak śmiesz mówić do mnie nawet zwykłe cześć. Jak do jasnej cholery śmiesz?
-Chciałam cię zobaczyć, sprawić czy drżę słysząc twój głos, czy cokolwiek się zmieniło Aaron!
-Alice. – Chwyciłem jej twarz w swoje dłonie. Nie miał był to ruch przesycony uczuciami, czy jakimkolwiek innym pozytywnym gestem. To miał być ruch przeszywający ją od koniuszków palców aż po same końcówki włosów, wstrząsający nią. Miał pomóc jej zrozumieć prawdę. – Zmieniło się wszystko! – Teraz już krzyczałem. – Nic już nie jest takie samo! Ludzie się zmieniają.
Wyglądała jak osoba, której nagle odcięto wszystkie pokłady tlenu. Łapała powietrze tak łapczywie, że sam zacząłem oddychać zdecydowanie szybciej, bojąc się, że może być to ostatni oddech w moim życiu.
-Ale uczucia się nie zmieniają. Kochałeś mnie, a tego nie da się od tak zapomnieć.
-Co ty do cholery jasnej pieprzysz?! Zrozum najpierw gdzie popełniłaś błąd, bo chyba sądzisz, że jesteś bez skazy. Z grzeczności powiem żebyś zadzwoniła jak już to wszystko ogarniesz, ale tak naprawdę nigdy tego nie rób.
Dawno nie kotłowało się we mnie tyle negatywnych uczuć na raz. O ile przez wiele miesięcy czułem niepochamowaną nienawiść to w tamtym momencie ona cała zamieniła się w niechęć i odrazę. Wtedy uświadomiłem sobie, że jej łzy czy przerażone spojrzenie nie robi na mnie żadnego wrażenia. Alice mnie zdradziła. W zasadzie, nie wiem czy zdarzyło się to raz, czy może dziesiątki, ale w dniu, kiedy dowiedziałem się prawdy przeświadczenie o wielkiej i nieprzezwyciężonej miłości, która jest w stanie przetrwać wiele wyparowało. Nagle poczułem się taki mały i rozczarowany, taki pusty i zawiedziony, bo Alice niewątpliwie była osobą, której tak prawdziwie zaufałem, więc w tamtym momencie zacząłem się zastanawiać czy ja po prostu nie pokochałem moich wyobrażeń o niej. Gdybym wtedy był trochę rozważniejszy i bardziej czujny to wszystko by się nie wydarzyło.
Wsiadłem do samochodu, oddychając głośno. W tym samym momencie poczułem niewyobrażalną ulgę, ale jednocześnie gdzieś w głębi mnie tliły się również złość i przerażenie. Zrozumiałem, że teraz mam całkowicie inne plany w życiu. Kiedy jechałem przed siebie, pokonując kolejne kilometry na londyńskich ulicach jedyny obrazek, który przelatywał mi przed oczami to postać Milie, stojącej koło Jacka, Wojtka i Alexa. Dzień, w którym zobaczyłem ją po raz pierwszy zapadł w mojej pamięci niezwykle głęboko. Odtwarzałem go wiele razy. Mogę pokusić się nawet o stwierdzenie, że robiłem to tysiące razy. Może moja reakcja spowodowana była przerażeniem i nienawiścią do Alice, do kobiet? Może podcinałem jej skrzydła na każdym krokiem, bojąc się kontaktów damsko-męskich po tak drastycznym czasie w moim życiu? Zdawałem sobie sprawę, że zachowałem się wtedy nie fair w stosunku do niej, ale problem tkwił w tym, że ona postąpiła w niedalekiej przyszłości identycznie.
Po tamtym meczu nie pojechałem do swojego mieszkania. Moje przymusowe spotkanie się z przeszłością sprawiło, że zaparkowałem na podwórku Wojtka i to jego zobaczyłem jako pierwszego. Najbardziej zdziwiła mnie świadomość, że po raz pierwszy dojrzałem w jego oczach przerażenie. Pamiętam, że swoją miną wyraziłem wtedy nieme pytanie o co chodzi, Wojtek co się dzieje?, które on bez problemu zrozumiał. Poszedł wtedy do kuchni, a ja czując, że chcę bym zrobił to samo, nie zwlekałem ani sekundy. W mieszkaniu panowała cisza. Cholerna cisza. Szczęsny stanął na środku pomieszczenia, łapiąc się za głowę, a ja rozejrzałem się po jego wnętrzu dosłownie nic z tego nie rozumiejąc. Wskazał dłonią na kartkę, leżącą na stole. Dokładnie obserwując jego ruchy podszedłem do drewnianego mebla i wziąłem kawałek papieru w swoje dłonie. Był prawie pusty. Na środku ktoś nabazgrał jedynie pochyłym pismem: Muszę znaleźć ten swój świat. Milie. Długo patrzyłem na te słowa i dopiero po jakimś czasie dotarł do mnie ich sens.
-Zabrała wszystkie swoje rzeczy.
Coś ze mnie uleciało. Moją największą ambicją było codzienne dawanie Milie powodów do szerokiego uśmiechu. Tamtego dnia to zrozumiałem. Przez kilkanaście tygodni nasze relacje z całkowitej nienawiści i niechęci zmieniały się o sto osiemdziesiąt stopni, a między nami potrafiła rodzić się przyjaźń i tak na zmianę. Jak w błędnym kole. Raz nienawidziliśmy się z całego serca, a już drugiego potrafiliśmy śmiać się ze swoich żartów i wpadek.
-A może ona po prostu jest u ciebie?
Wojtek zaszczepił we mnie nadzieje.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ


5 komentarzy:

  1. Niesamowite jak potrafisz oddać emocje bohaterów, które odczuwam razem z nimi. Z pierwszym słowem rozdziału przenoszę się w ich świat, z którego przez długi czas po skończeniu czytania nie jestem w stanie wyjść. To pierwsze takie opowiadanie, które wzbudza we mnie tyle skrajnych odczuć. Uwielbiam je i nie mogę doczekać się kolejnej części.

    OdpowiedzUsuń