sobota, 24 stycznia 2015

PROLOG

One step.
Stawiasz krok. Normalny, niczym niewyróżniający się spośród tych, które towarzyszyły Ci podczas poprzednich wędrówek. Być może udajesz się do piekarni po świeże pieczywo albo w planach masz potężnie wyczerpującą Twój organizm siłownie. Możliwe, że śpieszysz się na samolot do Manchesteru lub zamierzasz zrobić zakupy, uzupełniające Twoją świecącą pustką lodówkę. W gruncie rzeczy, gdzieś idziesz. Nieważne gdzie. To nie odgrywa żadnej znaczącej roli. Po prostu idziesz. Na twarzy masz szeroki uśmiech, w ręce trzymasz rurki wypełnione Twoim ulubionym kremem, a spojrzenie skrywasz za przyciemnionymi okularami. To normalny dzień, normalna wędrówka - nie stwarzaj w swojej głowie tylu różnych i sprzecznych scenariuszy. Wyobraź sobie tylko jeden krok. Nic więcej.

Chcę przypomnieć Ci jedną wypowiedź, jedno zdanie, które wypowiedziałeś tamtego poranka, pamiętasz je? Pamiętasz co wtedy powiedziałeś? Pamiętasz co powiedziałeś tego jesiennego poranka, kiedy przyszedłeś do mojego mieszkania po dwóch dniach nieobecności, a ja nie wiedziałem co się z Tobą dzieje? W tamtym momencie wydawało mi się, że znów budzi się w Tobie ten okropny, samolubny egoista, który zamyka się na świat i zespala ze swoimi wyobrażeniami. Przepraszam.
Wiem, że to zdanie rozbrzmiewa teraz w Twojej głowie jak również wiem to, że przed Twoimi oczami, których nikt nie jest w stanie dostrzec przelatuje dziesiątki, setki, a nawet tysiące wspomnień przez które Twoje nogi odmawiają Ci posłuszeństwa. Wiem, że pomimo upływu czasu te wspomnienia są wciąż żywe. Za żywe.

Step by step.
Wstępuję w Ciebie niesamowita energia. Twoje tempo wzrasta, a właściwie z marszu przechodzisz do sprintu. Nie zwracasz uwagi na ludzi przyglądających Ci się z dziwnym wyrazem twarzy ani nawet na kapryśną londyńską pogodę, kiedy słoneczne niebo niespodziewanie przykrywa ogromna warstwa chmur, z których wydostają się gęste strugi deszczu. Ty uciekasz. A ja zdaję sobie również sprawę z tego, że nie wypowiesz go na głos. Nigdy więcej te słowa nie przejdą przez Twoje gardło. A ja nawet tego nie wymagam. O szczęście walczych latami, a w pół dnia z niego spadasz, w kilka minut je tracisz, kilka minut, stary. Ale to nie to. Nie to. Nie o to tutaj chodzi. Nie mam w planach rozdrapywać starych ran.
Dlatego właśnie chcę żebyś wyobraził sobie zwyczajny krok, tak jak zwyczajne było Twoje życie do tamtej chwili. Musisz znaleźć w sobie siłę i dopuścić do swojej świadomości fakt, że nieco wcześniej pojawia się rysa. Z początku nie jest ona tak wyraźna, lecz wręcz ledwo dostrzegalna. Nieświadomie Cię atakuje, ale przecież taki właśnie jest jej cel - niszczyć wszystko co daję Ci radość. Unicestwia powoli wszystkie najważniejsze wartości, rujnuje światopogląd, a Ty z nią walczysz. Właściwie, próbujesz walczyć, pragnąc sprawić żeby ta ryska nie była widoczna na pierwszy rzut oka. Żeby pozostała tylko naszym wyobrażeniem, ukrytym za stertą cudownych uśmiechów, żartów i gestów.
I powoli o niej zapominasz. Powoli sprawiasz, że ona osadza się w głębinach samego Ciebie i daje znać o swoim istnieniu w najbardziej krytycznych sytuacjach.

Step back.
Robisz kolejny krok w przód, ale nie jest on już tak odważny jak wszystkie stawiane dotychczas. Jest niepewny i mały, a co gorsza prawie tracisz przy nim równowagę, bo nieoczekiwanie grunt pod Tobą ustępuje i czujesz jak Twoje ciało przeszywają pojedyńcze dreszcze, a żołądek zwija się w supeł. Zaczynasz wymachiwać rękami, próbując złapać odpowiedni balans, ale Twoje przymiarki kończą się fiaskiem. Niespodziewanie Twoje stopy zasypuje parzący od letniego słońca piasek, a Ty nie masz w sobie wystarczających pokładów energii by wydostać się z unicestwiającej pułapki. Z minuty na minute zapadasz się coraz bardziej, a w Twojej głowie kiełkuje obraz, w którym jednego dnia, jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko się zmienia. Nagle świat przewraca się do góry nogami. Drzewo w parku przy głównej alei traci barwy, a wręcz szarzeje. Nie bleknie, ono szarzeje, a jego liście, jeden za drugim, powoli opadają na trawnik, który również nie jest już zielony. Rozglądasz się, a wszystko wokół staje się czarno-białe i powietrze robi się nie do zniesienia. Słońce nie świeci swoim najpiękniejszym blaskiem, a wiatr przeszywa Twoje ciało do szpiku kości. Śnieg nie pada zimą, lecz latem.
Jednego dnia nasz poukładany dotąd świat całkowicie się zmienia. Upadają najważniejsze konstrukcje, a solidne fundamenty się prószą, powoli zamieniając w pył, który odlatuje. I mimo że dotąd wydawało nam się, że granice między dobrem a złem, między fortuną a nieszczęściem, między marzeniami a rzeczywistością są idealnie zarysowane to w realnym świecie te niewidoczne i umowne znaki są zbyt bliskie sobie, bo wręcz zacierają i nakładają się na siebie. Dobro wiąże się ze złem, nieszczęście naciska na pomyślność, powodując, że ono nigdy nie jest wieczne, a marzenia dominują na jawie i sprawiają, że wyobrażamy sobie świetlaną przyszłość, w której to panujemy nad własnym życiem i przestrzegamy idealnie zapisanego planu. I już nic nie jest takie samo. I już nie ma po co żyć. I nie wiadomo co robić. Jeden dzień potrafi zmienić wiele. O ile nie wszystko. A jedynym Twoim ratunkiem prawdopodobnie jest jej pomoc.

At the beginning.
Jesteś dwudziestotrzyletnim mężczyzną, który zgubił się na drodze do własnych marzeń, a chwila, w której one o mało co nie prysły, zmieniła Cię na wszystkie możliwe sposoby. Znasz siebie, ale, wiesz, ja sądzę, że jesteś potrzebujący do czego Ty nigdy byś się nie przyznał.
Jesteś dwudziestoletnią dziewczyną, która odnajduje siebie na nowo, która zabłądziła na drodze podążania po wielką miłość. Jest wciąż marzycielką, budującą swój idealny świat w myślach i próbującą go urzeczywistnić, lecz ten plan jest dużo trudniejszy niż mogłoby się wydawać. Jest za ciężki. 
I jeżeli już to wszystko wiesz. I jeżeli wiesz co przyniosła przeszłość i co może przynieść przyszłość - co z tym zrobisz?
Co z tym zrobisz? 

5 komentarzy:

  1. Udajmy, że wcale się nie zgubiłam. Udajmy, że od początku wiedziałam, gdzie nacisnąć, żeby skomentować. A jak już skończymy udawać, to ja Ci powiem prawdę.
    Tęskniłam, Adka. Cholernie mocno tęskniłam za każdym słowem stworzonym przez Ciebie, bo to, co tworzysz, jest cudowne, piękne, magiczne. Mogłabym tak wymieniać bez końca. Cieszę się, że w końcu jesteś, bo jak jesteś Ty, to mi się chce i wtedy ja też jestem u siebie.
    Czekam na pierwszy rozdział, trzymam za Ciebie kciuki i kocham! No i jestem strasznie ciekawa całej historii.
    <3

    OdpowiedzUsuń
  2. No, to udajmy, że ja też nie miałam problemu z komentarzem i nie prześwietliłam dolnej części strony, zanim wpadłam na genialny pomysł sprawdzenia gdzieś wyżej.
    Wiesz, że twoje opowiadania działają lepiej niż jakiekolwiek lekarstwo. Kurczę, czy to dziwnie zabrzmi, kiedy powiem, że czytając to opowiadanie, czułam się, jakby coś we mnie się zmieniało? No, bo to takie Adkowe, a Adkę to ja kocham już od dawna i bardzo potrzebowałam tego powrotu do tego, co było, nawet jeśli tak się nie powinno.
    To znaczy wiem, że tego jeszcze nie było. A to jest takie nowe, takie dobre i nadal takie twoje i mimo wszystko bardzo świeże i wnoszące coś, czego do tej pory nie spotkałam.
    Mam nadzieję, że się nie zgubisz, bo chyba trudno będzie dotrzymać kroku temu komentarzowi, ale wierzę, że będziesz wiedziała, co autor miał na myśli.
    Stoję na straży i czekam na więcej.
    Też trzymam kciuki.
    I jestem.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja nie będę nic udawać. Adka, jesteś fenomenalna. Wiesz to, a ja będę to ciągle powtarzać.
    No, a tak w ogóle - Arsenal! <3

    OdpowiedzUsuń
  4. To coś zgoła innego niż storczyk. Tu jest tysiąc emocji na jedno zdanie. Tu jest smutek. I chyba to tutaj powinnam dzisiaj być.

    Wiem, że za jedenaście postów będę znowu czuła niedosyt. Więc jeżeli wciąż to piszesz, to mam nadzieję, że zapełnisz tę listę po prawej stronie do ostatniego miejsca.

    OdpowiedzUsuń