One step.
Stawiasz krok. Normalny,
niczym niewyróżniający się spośród tych, które towarzyszyły Ci podczas
poprzednich wędrówek. Być może udajesz się do piekarni po świeże pieczywo albo
w planach masz potężnie wyczerpującą Twój organizm siłownie. Możliwe, że śpieszysz
się na samolot do Manchesteru lub zamierzasz zrobić zakupy, uzupełniające Twoją
świecącą pustką lodówkę. W gruncie rzeczy, gdzieś idziesz. Nieważne gdzie. To
nie odgrywa żadnej znaczącej roli. Po prostu idziesz. Na twarzy masz szeroki
uśmiech, w ręce trzymasz rurki wypełnione Twoim ulubionym kremem, a spojrzenie
skrywasz za przyciemnionymi okularami. To normalny dzień, normalna wędrówka -
nie stwarzaj w swojej głowie tylu różnych i sprzecznych scenariuszy. Wyobraź
sobie tylko jeden krok. Nic więcej.
Chcę przypomnieć Ci jedną
wypowiedź, jedno zdanie, które wypowiedziałeś tamtego poranka, pamiętasz je? Pamiętasz
co wtedy powiedziałeś? Pamiętasz co powiedziałeś tego jesiennego poranka, kiedy
przyszedłeś do mojego mieszkania po dwóch dniach nieobecności, a ja nie
wiedziałem co się z Tobą dzieje? W tamtym momencie wydawało mi się, że znów
budzi się w Tobie ten okropny, samolubny egoista, który zamyka się na świat i
zespala ze swoimi wyobrażeniami. Przepraszam.
Wiem, że to zdanie
rozbrzmiewa teraz w Twojej głowie jak również wiem to, że przed Twoimi oczami,
których nikt nie jest w stanie dostrzec przelatuje dziesiątki, setki, a nawet
tysiące wspomnień przez które Twoje nogi odmawiają Ci posłuszeństwa. Wiem, że
pomimo upływu czasu te wspomnienia są wciąż żywe. Za żywe.
Step by step.
Wstępuję w Ciebie
niesamowita energia. Twoje tempo wzrasta, a właściwie z marszu przechodzisz do
sprintu. Nie zwracasz uwagi na ludzi przyglądających Ci się z dziwnym wyrazem
twarzy ani nawet na kapryśną londyńską pogodę, kiedy słoneczne niebo
niespodziewanie przykrywa ogromna warstwa chmur, z których wydostają się gęste
strugi deszczu. Ty uciekasz. A ja zdaję sobie również sprawę z tego, że nie
wypowiesz go na głos. Nigdy więcej te słowa nie przejdą przez Twoje gardło. A
ja nawet tego nie wymagam. O szczęście walczych latami, a w pół dnia z
niego spadasz, w kilka minut je tracisz, kilka minut, stary. Ale to nie to. Nie to. Nie o to
tutaj chodzi. Nie mam w planach rozdrapywać starych ran.
Dlatego właśnie chcę żebyś
wyobraził sobie zwyczajny krok, tak jak zwyczajne było Twoje życie do tamtej
chwili. Musisz znaleźć w sobie siłę i dopuścić do swojej świadomości fakt, że
nieco wcześniej pojawia się rysa. Z początku nie jest ona tak wyraźna, lecz
wręcz ledwo dostrzegalna. Nieświadomie Cię atakuje, ale przecież taki właśnie
jest jej cel - niszczyć wszystko co daję Ci radość. Unicestwia powoli wszystkie
najważniejsze wartości, rujnuje światopogląd, a Ty z nią walczysz. Właściwie,
próbujesz walczyć, pragnąc sprawić żeby ta ryska nie była widoczna na pierwszy rzut
oka. Żeby pozostała tylko naszym wyobrażeniem, ukrytym za stertą cudownych
uśmiechów, żartów i gestów.
I powoli o niej zapominasz.
Powoli sprawiasz, że ona osadza się w głębinach samego Ciebie i daje znać o
swoim istnieniu w najbardziej krytycznych sytuacjach.
Step back.
Robisz kolejny krok w przód,
ale nie jest on już tak odważny jak wszystkie stawiane dotychczas. Jest
niepewny i mały, a co gorsza prawie tracisz przy nim równowagę, bo
nieoczekiwanie grunt pod Tobą ustępuje i czujesz jak Twoje ciało przeszywają
pojedyńcze dreszcze, a żołądek zwija się w supeł. Zaczynasz wymachiwać rękami,
próbując złapać odpowiedni balans, ale Twoje przymiarki kończą się fiaskiem.
Niespodziewanie Twoje stopy zasypuje parzący od letniego słońca piasek, a Ty
nie masz w sobie wystarczających pokładów energii by wydostać się z unicestwiającej
pułapki. Z minuty na minute zapadasz się coraz bardziej, a w Twojej głowie
kiełkuje obraz, w którym jednego dnia, jak za machnięciem czarodziejskiej
różdżki, wszystko się zmienia. Nagle świat przewraca się do góry nogami. Drzewo
w parku przy głównej alei traci barwy, a wręcz szarzeje. Nie bleknie, ono
szarzeje, a jego liście, jeden za drugim, powoli opadają na trawnik, który
również nie jest już zielony. Rozglądasz się, a wszystko wokół staje się
czarno-białe i powietrze robi się nie do zniesienia. Słońce nie świeci swoim
najpiękniejszym blaskiem, a wiatr przeszywa Twoje ciało do szpiku kości. Śnieg
nie pada zimą, lecz latem.
Jednego dnia nasz poukładany
dotąd świat całkowicie się zmienia. Upadają najważniejsze konstrukcje, a
solidne fundamenty się prószą, powoli zamieniając w pył, który odlatuje. I
mimo że dotąd wydawało nam się, że granice między dobrem a złem, między
fortuną a nieszczęściem, między marzeniami a rzeczywistością są idealnie
zarysowane to w realnym świecie te niewidoczne i umowne znaki są zbyt bliskie
sobie, bo wręcz zacierają i nakładają się na siebie. Dobro wiąże się ze złem,
nieszczęście naciska na pomyślność, powodując, że ono nigdy nie jest wieczne, a
marzenia dominują na jawie i sprawiają, że wyobrażamy sobie świetlaną przyszłość,
w której to panujemy nad własnym życiem i przestrzegamy idealnie zapisanego
planu. I już nic nie jest takie samo. I już nie ma po co żyć. I nie
wiadomo co robić. Jeden dzień
potrafi zmienić wiele. O ile nie wszystko. A jedynym Twoim ratunkiem prawdopodobnie
jest jej pomoc.
At the beginning.
Jesteś dwudziestotrzyletnim
mężczyzną, który zgubił się na drodze do własnych marzeń, a chwila, w której
one o mało co nie prysły, zmieniła Cię na wszystkie możliwe sposoby. Znasz
siebie, ale, wiesz, ja sądzę, że jesteś potrzebujący do czego Ty nigdy byś się
nie przyznał.
Jesteś dwudziestoletnią
dziewczyną, która odnajduje siebie na nowo, która zabłądziła na drodze
podążania po wielką miłość. Jest wciąż marzycielką, budującą swój idealny świat
w myślach i próbującą go urzeczywistnić, lecz ten plan jest dużo trudniejszy
niż mogłoby się wydawać. Jest za ciężki.
I jeżeli już to wszystko
wiesz. I jeżeli wiesz co przyniosła przeszłość i co może przynieść przyszłość -
co z tym zrobisz?
Co z tym zrobisz?
Udajmy, że wcale się nie zgubiłam. Udajmy, że od początku wiedziałam, gdzie nacisnąć, żeby skomentować. A jak już skończymy udawać, to ja Ci powiem prawdę.
OdpowiedzUsuńTęskniłam, Adka. Cholernie mocno tęskniłam za każdym słowem stworzonym przez Ciebie, bo to, co tworzysz, jest cudowne, piękne, magiczne. Mogłabym tak wymieniać bez końca. Cieszę się, że w końcu jesteś, bo jak jesteś Ty, to mi się chce i wtedy ja też jestem u siebie.
Czekam na pierwszy rozdział, trzymam za Ciebie kciuki i kocham! No i jestem strasznie ciekawa całej historii.
<3
No, to udajmy, że ja też nie miałam problemu z komentarzem i nie prześwietliłam dolnej części strony, zanim wpadłam na genialny pomysł sprawdzenia gdzieś wyżej.
OdpowiedzUsuńWiesz, że twoje opowiadania działają lepiej niż jakiekolwiek lekarstwo. Kurczę, czy to dziwnie zabrzmi, kiedy powiem, że czytając to opowiadanie, czułam się, jakby coś we mnie się zmieniało? No, bo to takie Adkowe, a Adkę to ja kocham już od dawna i bardzo potrzebowałam tego powrotu do tego, co było, nawet jeśli tak się nie powinno.
To znaczy wiem, że tego jeszcze nie było. A to jest takie nowe, takie dobre i nadal takie twoje i mimo wszystko bardzo świeże i wnoszące coś, czego do tej pory nie spotkałam.
Mam nadzieję, że się nie zgubisz, bo chyba trudno będzie dotrzymać kroku temu komentarzowi, ale wierzę, że będziesz wiedziała, co autor miał na myśli.
Stoję na straży i czekam na więcej.
Też trzymam kciuki.
I jestem.
A ja nie będę nic udawać. Adka, jesteś fenomenalna. Wiesz to, a ja będę to ciągle powtarzać.
OdpowiedzUsuńNo, a tak w ogóle - Arsenal! <3
Już mi się podoba i chcę więcej.
OdpowiedzUsuńTo coś zgoła innego niż storczyk. Tu jest tysiąc emocji na jedno zdanie. Tu jest smutek. I chyba to tutaj powinnam dzisiaj być.
OdpowiedzUsuńWiem, że za jedenaście postów będę znowu czuła niedosyt. Więc jeżeli wciąż to piszesz, to mam nadzieję, że zapełnisz tę listę po prawej stronie do ostatniego miejsca.