Mówią, że większości dni nie należy pamiętać, bo
mają początek i koniec, a środek nie jest wart zarejestrowania; że żeby
przemknąć przez życie z łatwością, należy oceniać wszystko powierzchownie, nie
zagłębiając się w szczegóły. Mówią, że w miejscu nie da się zatrzymać; że nad losem
nie da się zapanować; że przeznaczenia nie jest się w stanie zmienić. Że mijają
dni, tygodnie, miesiące, lata i każdego dnia doświadczamy tylko różnych sobie
wrażeń, że nie jesteśmy w stanie ich wszystkich spamiętać.
Z dnia na dzień, wspomnienia są coraz bardziej
wyblakłe. Po upływie czasu nie pamiętamy już tak dokładnie rysów twarzy
zmarłego ojca, mimo że na siłę wytężamy umysł, żeby przypomnieć sobie chociaż
te durne rozmieszczenie piegów na jego nosie. Jednak mimo wszystko; mimo
usilnych starań i setek nieprzespanych nocy, przed naszymi oczami pozostaje
pustka, której nie są w stanie wypełnić nawet zdjęcia.
Budzę się wtedy przerażony, szukając dłonią
jakiegokolwiek punktu zaczepienia, ale zahaczam tylko o pozaginane fragmenty
prześcieradła, uświadamiając sobie, że jestem sam i nie potrafię już patrzeć w
gwiazdy. Jestem sam. I zadaję sobie pytanie: jak to
jest, że nie pamiętam rysów twarzy człowieka, z którym spędziłem praktycznie
całe życie, który nauczył mnie chodzić, mówić i czytać, a pamiętam dokładnie
każdą chwilę spędzają z nią; jak to możliwe, że pamiętam te dni, te chwile, te dialogi i sytuacje
jakby to było wczoraj, dosłownie kilka minut temu? I jestem w stanie do tego
znów wrócić, rozdrapywać wciąż świeże rany, mówić otwarcie co leży mi na sercu,
co dręczy moją duszę i dlaczego nie jestem szczęśliwym człowiekiem? Bo właśnie
teraz, w tej chwili, o tej porze, kiedy zajmuje miejsce na białym krzesełku
przy oszklonej szybie, a przede mną rozciąga się panorama całego Londynu,
jestem na to gotowy.
Jak jeszcze nigdy wcześniej.
Miliony pojedynczych kropel spadało z nieba i
odbijało się od betonowych chodników by na końcu z pluskiem rozbryzgać się we
wszystkie strony. Uniosłem głowę do góry, aż wzrokiem natrafiłem na gęstą
warstwę chmur, przez które wciąż bezskutecznie próbowało przebić się słońce.
Ówcześnie idealnie wyprasowana koszula teraz cała pognieciona i przemoczona do
ostatniej suchej nitki, przyklejała się do mojego ciała, powodując, że choćby
najmniejszy podmuch wiatru wywoływał dreszcze. Przede mną górował wielki
Emirates Stadium, a ja mimo że miałem ogromną ochotę rzucić wszystkim co
trzymałem w dłoniach o beton, nawet przez chwilę nie pomyślałem, żeby schować
się przed potężną ulewą.
Do szatni wpadłem jak burza, cały przemoczony i
drżący z zimna. Praktycznie nikt nie zwrócił na mnie uwagi - każdy siedział
pogrążony we własnych myślach, nie odzywając się nawet by powiedzieć
głupie cześć czy siema. Co prawda nie
oczekiwałem tego gestu - znałem ich nie od dziś i wiedziałem o ich prywatnych
sposobach na znalezienie skupienia i wyciszenie przed meczem, ale ta głucha
cisza była dołująca, więc kiedy usłyszałem pierwsze szepty, poczułem się jakby
z serca spadał mi wielki głaz, który jednak zatrzymał się gdzieś w okolicy
żołądka.
-A co jeżeli przegramy właśnie dziś? - Thomasowy głos wywołał
głuchą ciszę, przerywając wszystkie szepty w szatni. Mimo że dotąd nie
słuchałem rozmów otaczających mnie mężczyzn, teraz nieco zaskoczony wyrwałem
się ze świata swoich skomplikowanych myśli, a moja ręka zastygła w bezruchu,
trzymając do połowy ściągnięty krawat. Najpierw spojrzałem na Mikela
skołatanego równie mocno jak ja. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, lecz z
oczu biło przerażenie. Przestałem bawić się gumką recepturką co Bacary
skwitował rozważnym skinieniem głowy, bo niewzruszony Laurent wciąż wiązał
sznurówkę swojego lewego korka, a Theo z zamkniętymi oczami słuchał muzyki,
więc prawdopodobnie nawet nie zarejestrował wydarzeń, które właśnie gdzieś
obok, miały miejsce. W końcu popatrzyłem na autora słów, wytrzeszczając oczy,
bo kto jak kto, ale Thomas nie powinien co do naszej wygranej mieć żadnych
wątpliwości, lecz nas wspierać, a wręcz motywować i zachęcać do wyrzucenia z
głowy wszystkich obaw i czarnych scenariuszy. Co prawda ja czułem presję.
Ogromną, zalewającą cały mój organizm, od koniuszków palców, aż po czubek głowy
presję, że coś może się nie udać, ale miałem do tego cholerne prawo, bo tu
chodziło tylko i wyłącznie o mnie, moje słabości, które w końcu muszę
przezwyciężyć, by iść dalej do przodu i o moją psychikę, którą muszę unormować,
wbijając sobie do głowy zasadę, że nic nie może mnie zniszczyć, bo jestem coś
wart.
Jestem coś wart w przeciwieństwie do
oczerniających mnie ludzi.
-Chodzi mi o to, że kibice wymagają od nas naprawdę dużo.
Dlatego stawili się tu dziś w komplecie. - Urwał i chcąc uniknąć zaciekawionych
spojrzeń, uniósł głowę delikatnie do góry, zatrzymując wzrok na suficie.
Zagryzł dolną wargę, żywo gestykulując rękoma i właśnie w tym momencie
uświadomiłem sobie co ma na myśli i do czego zmierza. Byłem prawie pewny, że
analizuje w głowie każde słowo, które już za chwilę wypowie, dbając o to, żeby
wszystko było idealnie skonstruowane i zabrzmiało w ten a nie inny sposób. - Od
dwóch lat nie wygraliśmy meczu otwarcia Premier League. Znacie to uczucie. -
Potrząsnął głową. - To znaczy, wiecie co mam na myśli. - Zbił mnie tym z tropu,
ponieważ nie o to mi chodziło. Nie wiedziałem o czym mówi i w tym właśnie tkwił
mój problem. Nie wiedziałem jakie uczucia mu towarzyszą, bo nigdy wcześniej nie
miałem okazji brać w tym wszystkim udziału, ale zdawałem sobie sprawę do czego
dąży mimo że nie był idealnym mówcą, a przede wszystkim ta rola była dla niego całkowitą
nowością. - Chodzi mi o to, że..
-Nie możemy wciąż roztrząsać odejścia Robina. - Przerwał mu
Santi, a ja wyraźnie się skrzywiłem, mając nadzieje, że nikt nie dostrzegł tego
gestu. Jedynie Wojtek popatrzył na mnie dość wymownie. - Jego już nie ma i musimy
o tym zapomnieć, bo już nigdy nie wróci. Nigdy, a jego temat może nas tylko
osłabić.
I rzeczywiście ten temat osłabiał nas każdego
dnia. W prawdzie nikt nie wypowiedział słów na głos, ale czuć było, że oni
wszyscy biją się w myślach z tym wszystkim co miało miejsce jeszcze nie tak
dawno temu. Mnie również to gnębiło, temu nie można zaprzeczyć, ale bardziej
irytowała mnie w tym wszystkim świadomość jak bardzo ludzie są zmienni i
niejednostajni. Jak bardzo wszystko może zmienić się w ciągu kilku chwil.
-Porozmawiamy o tym. Ale nie dziś.
Wyszedłem z szatni jako ostatni, pełny
przerażenia i lęku, jednak mimo wszystko pamiętam, że się uśmiechałem.
Uśmiechałem się do wszystkich, którzy mnie otaczali, bo czułem się szczęśliwy
jak nigdy. Podskakiwałem w miejscu, wiedząc, że znajduję się w odpowiednim
punkcie, że tysiące dni wyrzeczeń były słusznością, że dzięki zapalczywej walce
jestem tu i teraz, w tym miejscu i nie oddam tego nikomu. Ten moment, to
wspomnienie wspólnie spędzonych chwili z ukochanym zespołem po miesiącach walki
o siebie, swoje zdrowie i pomoc im, po miesiącach znoszenia ciągłych drwin i
wyzwisk, po miesiącach nauki cierpliwości i odporności zostanie ze mną już na
zawsze. Już nigdy nikomu tego nie oddam i nikt tego mi nie zabierze, bo musiałby
wydzierać to wszystko wprost z mojego serca, a to nie mogło zakończyć się
powodzeniem. Byłem tego pewny - przynajmniej w tamtym momencie.
Chciałem zapamiętać każdy szczegół, każdy ruch,
każdy gest, zapach świeżo skoszonej trawy i radość kibiców, bo ich najdroższa
drużyna znów pojawiła się na ukochanym stadionie. Chciałem zapamiętać w jaki
sposób przybijam piątkę Jackowi, ile razy przed wyjściem z tunelu zawiązywałem
sznurówkę lewego korka i że miałem pewną minę, pokazując uniesiony w górę kciuk
Wojtkowi. Chciałem to mieć na zawsze, złapać i zamknąć szczelnie w dłonie, a
później przekazać sercu.
Wszystko co mnie otaczało wydawało się kolorowe,
ale były i są w pewnym sensie mgnienia, ułamki sekund, które obracają wszystko
o sto osiemdziesiąt stopni, które zmieniają wszystko nie do poznana. Wraz z
ukłuciem w lewej nodze poczułem się nikim. W jednym momencie poczułem się chyba
przegrany i pusty mimo skutecznych podań, świetnych not i sukcesu całego
naszego małego świata. Czułem się nikim, bo nie potrafiłem im pomóc, nie
potrafiłem znów pomóc sobie. Zawodziłem w najważniejszych momentach, bo kiedy
miałem być - znikałem, kiedy miałem pomóc - uciekałem, kiedy myślałem, że jest
dobrze - wszystko kończyło się źle.
Zazwyczaj w momentach bezsilności zakrywałem
twarz dłonią i płakałem. W przeciwieństwie do swojego życia prywatnego, na
boisku nie bałem się okazywać swoich uczuć, emocji, a tym bardziej nie
ukrywałam ich przed światem. Nie chciałem tego robić. To nie byłoby w moim
stylu. Ale wtedy.. nie czułem nic. Nie wiedziałem co mogę czuć, prócz okrutnego
rozczarowania światem i zawodu, że znów wszystko jest nie tak jak powinno.
Z całych sił, najmocniej jak potrafiłem
zaciskałem dłonią skrawek koszulki z ukochaną armatką, próbując wyładować
złość, wściekłość i gniew. Niezrozumienie, dlaczego to znów muszę być ja,
dlaczego ten pech i całe zło spotyka mnie.
Chciałem stamtąd uciec, uciec przed tysiącami
współczujących spojrzeń i zrobiłbym to gdybym tylko mógł wykonać krok o
własnych siłach, bo przez szok, że coś znów jest źle, nie potrafiłem się
ruszyć.
Chciałem przenieść się z tamtego miejsca w inne -
oddalone o tysiące kilometrów i być sam z dala od ludzi, znów patrzących na
mnie z tą znienawidzoną litością w oczach. Nie chciałem tej litości, już
wystarczająco dużo naoglądałem się jej w ciągu ostatnich lat.
-Aaron! - Krzyknął ktoś w oddali. Nie
musiałem długo zastanawiać się do kogo należy głos, wypowiadający moje imię,
ale nie zareagowałem na nie, mimo że bardzo chciałem z kimś porozmawiać albo
chociaż poczuć obecność choć trochę bliskiej mi osoby. Wciąż starałem się iść
przed siebie - może i lekko utykając, co jakiś czas krzywiąc się z uporczywego
bólu, ale wciąż stawiałem kroki w przód. Mój charakter nie pozwalał mi się
zatrzymać. Pieprzony
charakter. -Daj sobie spokój.
Nie potrafiłem dać sobie spokoju. Łatwo użyć
takich słów - wypowiedzieć je w kierunku drugiej osoby, a po chwili zapomnieć
co się powiedziało i żyć normalnie, jak gdyby nigdy nic, ale we mnie to
siedziało i nie chciało odejść przez dłuższy czas. Stałem się ckliwy, bo
analizowałem każde słowo, zdarzenie i gest, co chyba było dowodem mojego braku
wiary i zaufania w ludzi, którym do tej pory byłem gotowy powierzyć każdą
tajemnicę.
Odczułem ulgę przekraczając próg tunelu,
jednocześnie umykając przed palącym wzrokiem ludzi. Samoistnie się roześmiałem,
kręcąc głową w geście niedowierzania. Czułem się okropnie, że potraktowałem tak
Wojtka, jedyną osobę, która w jakiś sposób mnie rozumiała i akceptowała moje
zachowanie, które diametralnie się zmieniało, a nie starała się zrozumieć jak
pozostała część zespołu.
Kurz na białej szafce mnie deprymował. I naprawdę
ukradł tę iskierkę radości, która jeszcze pięć sekund temu pojawiła się na
chwilę we mnie, mimowolnie zdzierając z twarzy uśmiech, który był tak rzadko na
niej widoczny w przeciągu ostatnich kilku tygodni do tego stopnia, że
zaczynałem powoli za nim tęsknić. W gruncie rzeczy, czasami zastanawiałem się
czy jego obecność nie jest tylko moim złudnym wyobrażeniem, czy naprawde się
pojawia i jest, trwa i pokazuje, że odzwyskuję radość z życia. Właściwie.. tego
nie można było nazwać radością. Radosnym nie jest się kiedy przeszłość i
przyszłość, a nawet teraźniejszość wymyka ci się z rąk i przelatuje przez
palce, a ty nie możesz w żaden sposób tego procesu zatrzymać.
Usiadłem na twardym i wbrew pozorom moim
ulubionym, co jest całkowitym nonsensem podeście, odchylając głowę lekko do
tyłu i wlepiłem wzrok w śnieżnobiały sufit. Chciałem chyba pokazać w ten sposób
jak bardzo jestem zły, sfrustrowany i bezradny, jak bardzio nie wiem co robić
dalej, co przyniesie jutro. Każda kolejna sekunda wydawała mi się niesamowicie
odległa, jakby w czasie, w którym dłuższa wskazówka zegara przeważnie pokonuje
odległość od jednej do drugiej liczby mijały godziny. Setki, niezliczonych godzin,
które uciekają ode mnie bezpowrotnie, czego przez całe życie starałem się
unikać. Chciałem je łapać, schwycić i prosić żeby zostały tylko ze mną i dla
mnie, ale wiedziałem, że stoję na straconej pozycji. Już od dawna we wszystkim
na niej byłem i czułem się z tego powodu prawdziwym wrakiem człowieka. Byłem na
siebie wściekły.
-Odpuść. -Przeszedł obok mnie, rzucając brudnymi
rękawicami w moją stronę. Powtarzał, że jestem egoistą, pieprzonym samolubem, a
sam nie odważył się nawet na mnie popatrzeć. Bolało mnie to. Byłem na niego
wściekły, bo znów mnie oceniał, znów osądzał moje zachowanie w ogóle nie znając
sytuacji. Nie wiedział co się ze mną dzieje. Co dzieje się z moim organizmem,
dlaczego nie cieszę się grą i tym, że znów otrzymałem prawo przebywania w tym
miejscu, wśród ludzi, których kocham całym sercem. On sądził, ze to tylko
kolejna zagrywka z mojej strony, kolejny kaprys, którym pokazuje, że coś mi się
nie podoba, ale mnie nie podobał się jedynie ten przeszywający i straszny ból w
prawym udzie. Znałem diagnozę. Wiedziałem, że to moje ostatnie chwile w tym
pomieszczeniu, w tych pustych białych ścianach, które dostaję, bo znów się to
skończy na długi okres czasu i starałem się je wykorzystywać w pełni, nie
zważając nawet na gniewne spojrzenia przyjaciela. Bolało mnie ciało, serce i
umysł. Bolały mnie myśli, które za wszelką cenę chciałem wyeliminować.
-Aaron, nie jesteś pępkiem świata.
-Masz rację, nie jestem pępkiem świata. - Mój
głos był obdarty ze wszystkich uprzejmości. - Pępek świata nie zszedłby z murawy
w trakcie meczu, by usłyszeć, że nie wróci na nią przez kolejne kilkanaście
tygodni. Wojtek, dlaczego znów mnie oceniasz? Dlaczego taki jesteś? Myślisz, że
nie doceniałbym tego co dostałem, że odpuściłbym i zszedłbym z boiska, ot tak,
bo naszła mnie taka ochota po tych wszystkich miesiącach walki podczas których
miałem okazję zwątpić wiele razy? Zbyt wiele razy? I tego żałuję jak cholera,
bo gdyby nie ty, gdyby nie twoje treningi, opowieści i emocje, które w tobie
były, kiedy o tym wszystkim wciąż i wciąż mówiłeś to nie byłoby mnie tutaj. -
Czułem jak z każdym kolejnym słowem coś coraz mocniej zaciska mi się w
okolicach gardła. - Nie byłoby mnie tutaj. Dlatego doceniam i kocham to co mnie
otacza, ale życie jest chujowe. Życie dla mnie jest chujowe.
Normalny człowiek po prostu wstałby z zajmowanego
miejsca, powycierał zawadzający pył i wyszedł z pomieszczenia, które tak go
przytłacza, usuwając jednocześnie wszystko co zakłóca jego spokój i niszczy
wewnętrzną harmonię, ale nie ja. Nie ja. Zawsze powtarzałem, że jestem
specyficznym i trudnym człowiekiem o dziwnym i niezrozumiałym dla samego mnie
charakterze, ale byłem również stanowczy. Nie nie chciałem dopuścić by byle
jaki czarny osad mnie zniszczył, by zniszczył moje postanowienia, których tak
bacznie starałem się trzymać. Czasami zastanawiałem się czy właściwie one są
ważne, czy wewnętrzny spokój i poczucie, ze wykonało się coś w stu procentach i
dało z siebie wszystko? Czy walczyło się do końca i wylało się z siebie resztki
potu i ani przez moment nie zwątpiło się w osiągnięcie celu? Czy po prostu
wybiera się odpuszczenie? Ja nie odpuściłem. Nie odpuściłem tamtego dnia ani
przez minutę, ani przez sekundę, ale mimo wszystko przegrałem. To świadczyło o
braku równowagi świata - o tym, że nie ma żadnego określonego schematu, według
którego mamy żyć. Nie ma niczego co decyduję o czymkolwiek we wszechświecie. Że
zrządzenie losu nie istnieje.
Starałem się nie odpuszczać, ale powoli i wbrew
własnej woli izolowałem się. Separowałem i starałem się jednocześnie pokazywać,
że wszystko jest dobrze. Byłem przeciwieństwem samego siebie. Nie miałem już
odwagi wyjawiać swoich uczuć przed nikim. Nie miałem odwagi otwarcie
powiedzieć, że czuję się źle, że nie daję sobie rady, że wątpię i powoli tracę
wiarę w słuszność tego co robiłem do tej pory. To nie było podobne do
prawdziwego mnie - zwykle nie chciałem być sam. Nie chciałem udawać przed
ludźmi, na których mi zależy, a tak naprawdę we wnętrzu siebie krzyczeć i
błagać o ich pomoc.
Powoli przestawałem poznawać samego siebie. Nie
wiem, może bałem się otwarcie powiedzieć, że czegoś potrzebuje, że potrzebuje
kogoś, że jestem potrzebujący?
Miałem zły dzień, tydzień, miesiąc, roku, życie.
I nic. Istniałem. Cholera jasna.
Kocham Cię, Adka, dziękuję <3
OdpowiedzUsuńNawet nie wiem, co powiedzieć. To po prostu cudowne. Cudownie bolesne.
Aaron chyba wpadł w błędne koło. Na dodatek niosące ze sobą jedynie ból i zwątpienie. Może gdyby się przełamał i wyjaśnił? Może gdyby powiedział komuś, gdzie jest źródło tego wszystkiego coś by się poprawiło?
OdpowiedzUsuńboze jak sie chlop pogubil az mi sie smutno zrobilo. zupelnie ja wtedy kiedy moj telefon ś.p. padł :(
OdpowiedzUsuńa tak wgl to moglabyc czesciej
bo Aaron jest tak dziwnie nieszczęśliwy, taki istniejący, a nie żyjący, że aż mi smutno. ale wiesz, Adka? tego było mi trzeba. mimo wszystko mam cholerną nadzieję, że w każdym kolejnym rozdziale będzie się podnosił. i będzie miał lepszy dzień, tydzień, miesiąc, rok, życie. i COŚ.
OdpowiedzUsuńBrakuje mi słów.
OdpowiedzUsuńMajstersztyk. Potrafisz zaczarować opisami i zatrzymać czas emocjami.