poniedziałek, 16 lutego 2015

1. How far is been the game.

Mówią, że większości dni nie należy pamiętać, bo mają początek i koniec, a środek nie jest wart zarejestrowania; że żeby przemknąć przez życie z łatwością, należy oceniać wszystko powierzchownie, nie zagłębiając się w szczegóły. Mówią, że w miejscu nie da się zatrzymać; że nad losem nie da się zapanować; że przeznaczenia nie jest się w stanie zmienić. Że mijają dni, tygodnie, miesiące, lata i każdego dnia doświadczamy tylko różnych sobie wrażeń, że nie jesteśmy w stanie ich wszystkich spamiętać. 
Z dnia na dzień, wspomnienia są coraz bardziej wyblakłe. Po upływie czasu nie pamiętamy już tak dokładnie rysów twarzy zmarłego ojca, mimo że na siłę wytężamy umysł, żeby przypomnieć sobie chociaż te durne rozmieszczenie piegów na jego nosie. Jednak mimo wszystko; mimo usilnych starań i setek nieprzespanych nocy, przed naszymi oczami pozostaje pustka, której nie są w stanie wypełnić nawet zdjęcia. 
Budzę się wtedy przerażony, szukając dłonią jakiegokolwiek punktu zaczepienia, ale zahaczam tylko o pozaginane fragmenty prześcieradła, uświadamiając sobie, że jestem sam i nie potrafię już patrzeć w gwiazdy. Jestem sam. I zadaję sobie pytanie: jak to jest, że nie pamiętam rysów twarzy człowieka, z którym spędziłem praktycznie całe życie, który nauczył mnie chodzić, mówić i czytać, a pamiętam dokładnie każdą chwilę spędzają z nią; jak to możliwe, że pamiętam te dni, te chwile, te dialogi i sytuacje jakby to było wczoraj, dosłownie kilka minut temu? I jestem w stanie do tego znów wrócić, rozdrapywać wciąż świeże rany, mówić otwarcie co leży mi na sercu, co dręczy moją duszę i dlaczego nie jestem szczęśliwym człowiekiem? Bo właśnie teraz, w tej chwili, o tej porze, kiedy zajmuje miejsce na białym krzesełku przy oszklonej szybie, a przede mną rozciąga się panorama całego Londynu, jestem na to gotowy.
Jak jeszcze nigdy wcześniej. 

Miliony pojedynczych kropel spadało z nieba i odbijało się od betonowych chodników by na końcu z pluskiem rozbryzgać się we wszystkie strony. Uniosłem głowę do góry, aż wzrokiem natrafiłem na gęstą warstwę chmur, przez które wciąż bezskutecznie próbowało przebić się słońce. Ówcześnie idealnie wyprasowana koszula teraz cała pognieciona i przemoczona do ostatniej suchej nitki, przyklejała się do mojego ciała, powodując, że choćby najmniejszy podmuch wiatru wywoływał dreszcze. Przede mną górował wielki Emirates Stadium, a ja mimo że miałem ogromną ochotę rzucić wszystkim co trzymałem w dłoniach o beton, nawet przez chwilę nie pomyślałem, żeby schować się przed potężną ulewą. 
Do szatni wpadłem jak burza, cały przemoczony i drżący z zimna. Praktycznie nikt nie zwrócił na mnie uwagi - każdy siedział pogrążony we własnych myślach, nie odzywając się nawet by powiedzieć głupie cześć czy siema. Co prawda nie oczekiwałem tego gestu - znałem ich nie od dziś i wiedziałem o ich prywatnych sposobach na znalezienie skupienia i wyciszenie przed meczem, ale ta głucha cisza była dołująca, więc kiedy usłyszałem pierwsze szepty, poczułem się jakby z serca spadał mi wielki głaz, który jednak zatrzymał się gdzieś w okolicy żołądka.
-A co jeżeli przegramy właśnie dziś? - Thomasowy głos wywołał głuchą ciszę, przerywając wszystkie szepty w szatni. Mimo że dotąd nie słuchałem rozmów otaczających mnie mężczyzn, teraz nieco zaskoczony wyrwałem się ze świata swoich skomplikowanych myśli, a moja ręka zastygła w bezruchu, trzymając do połowy ściągnięty krawat. Najpierw spojrzałem na Mikela skołatanego równie mocno jak ja. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, lecz z oczu biło przerażenie. Przestałem bawić się gumką recepturką co Bacary skwitował rozważnym skinieniem głowy, bo niewzruszony Laurent wciąż wiązał sznurówkę swojego lewego korka, a Theo z zamkniętymi oczami słuchał muzyki, więc prawdopodobnie nawet nie zarejestrował wydarzeń, które właśnie gdzieś obok, miały miejsce. W końcu popatrzyłem na autora słów, wytrzeszczając oczy, bo kto jak kto, ale Thomas nie powinien co do naszej wygranej mieć żadnych wątpliwości, lecz nas wspierać, a wręcz motywować i zachęcać do wyrzucenia z głowy wszystkich obaw i czarnych scenariuszy. Co prawda ja czułem presję. Ogromną, zalewającą cały mój organizm, od koniuszków palców, aż po czubek głowy presję, że coś może się nie udać, ale miałem do tego cholerne prawo, bo tu chodziło tylko i wyłącznie o mnie, moje słabości, które w końcu muszę przezwyciężyć, by iść dalej do przodu i o moją psychikę, którą muszę unormować, wbijając sobie do głowy zasadę, że nic nie może mnie zniszczyć, bo jestem coś wart.
Jestem coś wart w przeciwieństwie do oczerniających mnie ludzi.
-Chodzi mi o to, że kibice wymagają od nas naprawdę dużo. Dlatego stawili się tu dziś w komplecie. - Urwał i chcąc uniknąć zaciekawionych spojrzeń, uniósł głowę delikatnie do góry, zatrzymując wzrok na suficie. Zagryzł dolną wargę, żywo gestykulując rękoma i właśnie w tym momencie uświadomiłem sobie co ma na myśli i do czego zmierza. Byłem prawie pewny, że analizuje w głowie każde słowo, które już za chwilę wypowie, dbając o to, żeby wszystko było idealnie skonstruowane i zabrzmiało w ten a nie inny sposób. - Od dwóch lat nie wygraliśmy meczu otwarcia Premier League. Znacie to uczucie. - Potrząsnął głową. - To znaczy, wiecie co mam na myśli. - Zbił mnie tym z tropu, ponieważ nie o to mi chodziło. Nie wiedziałem o czym mówi i w tym właśnie tkwił mój problem. Nie wiedziałem jakie uczucia mu towarzyszą, bo nigdy wcześniej nie miałem okazji brać w tym wszystkim udziału, ale zdawałem sobie sprawę do czego dąży mimo że nie był idealnym mówcą, a przede wszystkim ta rola była dla niego całkowitą nowością. - Chodzi mi o to, że..
-Nie możemy wciąż roztrząsać odejścia Robina. - Przerwał mu Santi, a ja wyraźnie się skrzywiłem, mając nadzieje, że nikt nie dostrzegł tego gestu. Jedynie Wojtek popatrzył na mnie dość wymownie. - Jego już nie ma i musimy o tym zapomnieć, bo już nigdy nie wróci. Nigdy, a jego temat może nas tylko osłabić.
I rzeczywiście ten temat osłabiał nas każdego dnia. W prawdzie nikt nie wypowiedział słów na głos, ale czuć było, że oni wszyscy biją się w myślach z tym wszystkim co miało miejsce jeszcze nie tak dawno temu. Mnie również to gnębiło, temu nie można zaprzeczyć, ale bardziej irytowała mnie w tym wszystkim świadomość jak bardzo ludzie są zmienni i niejednostajni. Jak bardzo wszystko może zmienić się w ciągu kilku chwil.
-Porozmawiamy o tym. Ale nie dziś. 

Wyszedłem z szatni jako ostatni, pełny przerażenia i lęku, jednak mimo wszystko pamiętam, że się uśmiechałem. Uśmiechałem się do wszystkich, którzy mnie otaczali, bo czułem się szczęśliwy jak nigdy. Podskakiwałem w miejscu, wiedząc, że znajduję się w odpowiednim punkcie, że tysiące dni wyrzeczeń były słusznością, że dzięki zapalczywej walce jestem tu i teraz, w tym miejscu i nie oddam tego nikomu. Ten moment, to wspomnienie wspólnie spędzonych chwili z ukochanym zespołem po miesiącach walki o siebie, swoje zdrowie i pomoc im, po miesiącach znoszenia ciągłych drwin i wyzwisk, po miesiącach nauki cierpliwości i odporności zostanie ze mną już na zawsze. Już nigdy nikomu tego nie oddam i nikt tego mi nie zabierze, bo musiałby wydzierać to wszystko wprost z mojego serca, a to nie mogło zakończyć się powodzeniem. Byłem tego pewny - przynajmniej w tamtym momencie.
Chciałem zapamiętać każdy szczegół, każdy ruch, każdy gest, zapach świeżo skoszonej trawy i radość kibiców, bo ich najdroższa drużyna znów pojawiła się na ukochanym stadionie. Chciałem zapamiętać w jaki sposób przybijam piątkę Jackowi, ile razy przed wyjściem z tunelu zawiązywałem sznurówkę lewego korka i że miałem pewną minę, pokazując uniesiony w górę kciuk Wojtkowi. Chciałem to mieć na zawsze, złapać i zamknąć szczelnie w dłonie, a później przekazać sercu. 
Wszystko co mnie otaczało wydawało się kolorowe, ale były i są w pewnym sensie mgnienia, ułamki sekund, które obracają wszystko o sto osiemdziesiąt stopni, które zmieniają wszystko nie do poznana. Wraz z ukłuciem w lewej nodze poczułem się nikim. W jednym momencie poczułem się chyba przegrany i pusty mimo skutecznych podań, świetnych not i sukcesu całego naszego małego świata. Czułem się nikim, bo nie potrafiłem im pomóc, nie potrafiłem znów pomóc sobie. Zawodziłem w najważniejszych momentach, bo kiedy miałem być - znikałem, kiedy miałem pomóc - uciekałem, kiedy myślałem, że jest dobrze - wszystko kończyło się źle. 
Zazwyczaj w momentach bezsilności zakrywałem twarz dłonią i płakałem. W przeciwieństwie do swojego życia prywatnego, na boisku nie bałem się okazywać swoich uczuć, emocji, a tym bardziej nie ukrywałam ich przed światem. Nie chciałem tego robić. To nie byłoby w moim stylu. Ale wtedy.. nie czułem nic. Nie wiedziałem co mogę czuć, prócz okrutnego rozczarowania światem i zawodu, że znów wszystko jest nie tak jak powinno.
Z całych sił, najmocniej jak potrafiłem zaciskałem dłonią skrawek koszulki z ukochaną armatką, próbując wyładować złość, wściekłość i gniew. Niezrozumienie, dlaczego to znów muszę być ja, dlaczego ten pech i całe zło spotyka mnie. 
Chciałem stamtąd uciec, uciec przed tysiącami współczujących spojrzeń i zrobiłbym to gdybym tylko mógł wykonać krok o własnych siłach, bo przez szok, że coś znów jest źle, nie potrafiłem się ruszyć.
Chciałem przenieść się z tamtego miejsca w inne - oddalone o tysiące kilometrów i być sam z dala od ludzi, znów patrzących na mnie z tą znienawidzoną litością w oczach. Nie chciałem tej litości, już wystarczająco dużo naoglądałem się jej w ciągu ostatnich lat.
-Aaron! - Krzyknął ktoś w oddali. Nie musiałem długo zastanawiać się do kogo należy głos, wypowiadający moje imię, ale nie zareagowałem na nie, mimo że bardzo chciałem z kimś porozmawiać albo chociaż poczuć obecność choć trochę bliskiej mi osoby. Wciąż starałem się iść przed siebie - może i lekko utykając, co jakiś czas krzywiąc się z uporczywego bólu, ale wciąż stawiałem kroki w przód. Mój charakter nie pozwalał mi się zatrzymać. Pieprzony charakter. -Daj sobie spokój.
Nie potrafiłem dać sobie spokoju. Łatwo użyć takich słów - wypowiedzieć je w kierunku drugiej osoby, a po chwili zapomnieć co się powiedziało i żyć normalnie, jak gdyby nigdy nic, ale we mnie to siedziało i nie chciało odejść przez dłuższy czas. Stałem się ckliwy, bo analizowałem każde słowo, zdarzenie i gest, co chyba było dowodem mojego braku wiary i zaufania w ludzi, którym do tej pory byłem gotowy powierzyć każdą tajemnicę. 
Odczułem ulgę przekraczając próg tunelu, jednocześnie umykając przed palącym wzrokiem ludzi. Samoistnie się roześmiałem, kręcąc głową w geście niedowierzania. Czułem się okropnie, że potraktowałem tak Wojtka, jedyną osobę, która w jakiś sposób mnie rozumiała i akceptowała moje zachowanie, które diametralnie się zmieniało, a nie starała się zrozumieć jak pozostała część zespołu.
Kurz na białej szafce mnie deprymował. I naprawdę ukradł tę iskierkę radości, która jeszcze pięć sekund temu pojawiła się na chwilę we mnie, mimowolnie zdzierając z twarzy uśmiech, który był tak rzadko na niej widoczny w przeciągu ostatnich kilku tygodni do tego stopnia, że zaczynałem powoli za nim tęsknić. W gruncie rzeczy, czasami zastanawiałem się czy jego obecność nie jest tylko moim złudnym wyobrażeniem, czy naprawde się pojawia i jest, trwa i pokazuje, że odzwyskuję radość z życia. Właściwie.. tego nie można było nazwać radością. Radosnym nie jest się kiedy przeszłość i przyszłość, a nawet teraźniejszość wymyka ci się z rąk i przelatuje przez palce, a ty nie możesz w żaden sposób tego procesu zatrzymać.
Usiadłem na twardym i wbrew pozorom moim ulubionym, co jest całkowitym nonsensem podeście, odchylając głowę lekko do tyłu i wlepiłem wzrok w śnieżnobiały sufit. Chciałem chyba pokazać w ten sposób jak bardzo jestem zły, sfrustrowany i bezradny, jak bardzio nie wiem co robić dalej, co przyniesie jutro. Każda kolejna sekunda wydawała mi się niesamowicie odległa, jakby w czasie, w którym dłuższa wskazówka zegara przeważnie pokonuje odległość od jednej do drugiej liczby mijały godziny. Setki, niezliczonych godzin, które uciekają ode mnie bezpowrotnie, czego przez całe życie starałem się unikać. Chciałem je łapać, schwycić i prosić żeby zostały tylko ze mną i dla mnie, ale wiedziałem, że stoję na straconej pozycji. Już od dawna we wszystkim na niej byłem i czułem się z tego powodu prawdziwym wrakiem człowieka. Byłem na siebie wściekły.
-Odpuść. -Przeszedł obok mnie, rzucając brudnymi rękawicami w moją stronę. Powtarzał, że jestem egoistą, pieprzonym samolubem, a sam nie odważył się nawet na mnie popatrzeć. Bolało mnie to. Byłem na niego wściekły, bo znów mnie oceniał, znów osądzał moje zachowanie w ogóle nie znając sytuacji. Nie wiedział co się ze mną dzieje. Co dzieje się z moim organizmem, dlaczego nie cieszę się grą i tym, że znów otrzymałem prawo przebywania w tym miejscu, wśród ludzi, których kocham całym sercem. On sądził, ze to tylko kolejna zagrywka z mojej strony, kolejny kaprys, którym pokazuje, że coś mi się nie podoba, ale mnie nie podobał się jedynie ten przeszywający i straszny ból w prawym udzie. Znałem diagnozę. Wiedziałem, że to moje ostatnie chwile w tym pomieszczeniu, w tych pustych białych ścianach, które dostaję, bo znów się to skończy na długi okres czasu i starałem się je wykorzystywać w pełni, nie zważając nawet na gniewne spojrzenia przyjaciela. Bolało mnie ciało, serce i umysł. Bolały mnie myśli, które za wszelką cenę chciałem wyeliminować.
-Aaron, nie jesteś pępkiem świata.
-Masz rację, nie jestem pępkiem świata. - Mój głos był obdarty ze wszystkich uprzejmości. - Pępek świata nie zszedłby z murawy w trakcie meczu, by usłyszeć, że nie wróci na nią przez kolejne kilkanaście tygodni. Wojtek, dlaczego znów mnie oceniasz? Dlaczego taki jesteś? Myślisz, że nie doceniałbym tego co dostałem, że odpuściłbym i zszedłbym z boiska, ot tak, bo naszła mnie taka ochota po tych wszystkich miesiącach walki podczas których miałem okazję zwątpić wiele razy? Zbyt wiele razy? I tego żałuję jak cholera, bo gdyby nie ty, gdyby nie twoje treningi, opowieści i emocje, które w tobie były, kiedy o tym wszystkim wciąż i wciąż mówiłeś to nie byłoby mnie tutaj. - Czułem jak z każdym kolejnym słowem coś coraz mocniej zaciska mi się w okolicach gardła. - Nie byłoby mnie tutaj. Dlatego doceniam i kocham to co mnie otacza, ale życie jest chujowe. Życie dla mnie jest chujowe. 
Normalny człowiek po prostu wstałby z zajmowanego miejsca, powycierał zawadzający pył i wyszedł z pomieszczenia, które tak go przytłacza, usuwając jednocześnie wszystko co zakłóca jego spokój i niszczy wewnętrzną harmonię, ale nie ja. Nie ja. Zawsze powtarzałem, że jestem specyficznym i trudnym człowiekiem o dziwnym i niezrozumiałym dla samego mnie charakterze, ale byłem również stanowczy. Nie nie chciałem dopuścić by byle jaki czarny osad mnie zniszczył, by zniszczył moje postanowienia, których tak bacznie starałem się trzymać. Czasami zastanawiałem się czy właściwie one są ważne, czy wewnętrzny spokój i poczucie, ze wykonało się coś w stu procentach i dało z siebie wszystko? Czy walczyło się do końca i wylało się z siebie resztki potu i ani przez moment nie zwątpiło się w osiągnięcie celu? Czy po prostu wybiera się odpuszczenie? Ja nie odpuściłem. Nie odpuściłem tamtego dnia ani przez minutę, ani przez sekundę, ale mimo wszystko przegrałem. To świadczyło o braku równowagi świata - o tym, że nie ma żadnego określonego schematu, według którego mamy żyć. Nie ma niczego co decyduję o czymkolwiek we wszechświecie. Że zrządzenie losu nie istnieje.
Starałem się nie odpuszczać, ale powoli i wbrew własnej woli izolowałem się. Separowałem i starałem się jednocześnie pokazywać, że wszystko jest dobrze. Byłem przeciwieństwem samego siebie. Nie miałem już odwagi wyjawiać swoich uczuć przed nikim. Nie miałem odwagi otwarcie powiedzieć, że czuję się źle, że nie daję sobie rady, że wątpię i powoli tracę wiarę w słuszność tego co robiłem do tej pory. To nie było podobne do prawdziwego mnie - zwykle nie chciałem być sam. Nie chciałem udawać przed ludźmi, na których mi zależy, a tak naprawdę we wnętrzu siebie krzyczeć i błagać o ich pomoc. 
Powoli przestawałem poznawać samego siebie. Nie wiem, może bałem się otwarcie powiedzieć, że czegoś potrzebuje, że potrzebuje kogoś, że jestem potrzebujący?
Miałem zły dzień, tydzień, miesiąc, roku, życie. I nic. Istniałem. Cholera jasna.

5 komentarzy:

  1. Kocham Cię, Adka, dziękuję <3
    Nawet nie wiem, co powiedzieć. To po prostu cudowne. Cudownie bolesne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Aaron chyba wpadł w błędne koło. Na dodatek niosące ze sobą jedynie ból i zwątpienie. Może gdyby się przełamał i wyjaśnił? Może gdyby powiedział komuś, gdzie jest źródło tego wszystkiego coś by się poprawiło?

    OdpowiedzUsuń
  3. boze jak sie chlop pogubil az mi sie smutno zrobilo. zupelnie ja wtedy kiedy moj telefon ś.p. padł :(
    a tak wgl to moglabyc czesciej

    OdpowiedzUsuń
  4. bo Aaron jest tak dziwnie nieszczęśliwy, taki istniejący, a nie żyjący, że aż mi smutno. ale wiesz, Adka? tego było mi trzeba. mimo wszystko mam cholerną nadzieję, że w każdym kolejnym rozdziale będzie się podnosił. i będzie miał lepszy dzień, tydzień, miesiąc, rok, życie. i COŚ.

    OdpowiedzUsuń
  5. Brakuje mi słów.
    Majstersztyk. Potrafisz zaczarować opisami i zatrzymać czas emocjami.

    OdpowiedzUsuń